Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Pamięć Pustkowia - rozdział 30

Nero siedział na dachu ze skrzyżowanymi nogami i patrzył przed siebie, nie obserwując niczego w szczególności. W obejściu czuł emocje wielu ludzi, krzątających się służących, należących do nich dzieci, które biegały dookoła i śmiały się, spokojną energię Tesseithy, szalone emocje Catriony i krążącego wokół niej Filina, mrok Wilarda, troskę Rogera, pasję Zodana trenującego zawzięcie na placu treningowym oraz nostalgię przyglądających mu się bliźniaków.

 

Nocny wędrowiec od wielu lat trzymał się z dala od ludzi, nie licząc krótkich pobytów w twierdzy. Wiedział, że jego przyjaciele martwią się, że kiedyś odejdzie na zawsze w głąb Pustkowia.

 

Nero bynajmniej nie miał takiego zamiaru, chociaż sam przed sobą nie chciał się przyznać, że przebywanie tam ma dla niego jakiś magnetyczny urok. Na Pustkowiu wszystko stawało się prostsze. Odczuwanie emocji innych ludzi wcale nie sprawiało, że rozumiał je lepiej. Chyba było wręcz odwrotnie. Sprawiało, że zupełnie gubił się w burzy napływających do niego uczuć.

 

Zwłaszcza młodych panienek. Nero udawał, że nie zauważa ukradkowych spojrzeń Catriony i unikał jej jak mógł. Odkąd dowiedziała się, kim jest, emocje targały nią jak chorągiewką w czasie burzy, a jego zaczynała boleć głowa na samą myśl o dziewczynie.

 

Westchnął ciężko. Pomyślał, że przez ostatnie dni za bardzo zbliżył się do otaczających go osób. Musiał znowu zbudować dystans i znaleźć spokój. Na Pustkowiu nic nie miało prawa go rozpraszać. Jakiekolwiek niekontrolowane uczucia działały tam na jego niekorzyść.

 

Lato miało się już ku końcowi. Nadal było ciepło, ale w powietrzu pojawił się już ten ulotny spokój, kiedy przyroda stopniowo wycisza się przed nadejściem jesieni.

 

Nero spędził na dachu całe przedpołudnie, delektując się ciepłymi promieniami słońca, padającymi mu na twarz. Nagle ciszę przerwało wołanie Wilarda.

 

– Hej, ty tam! Zamierzasz siedzieć na tym dachu przez cały dzień, czy idziesz na obiad?

 

Zapachy z kuchni dolatywały do nocnego wędrowca już od jakiegoś czasu, nie pozwalając mu się skupić. Wstał więc, przeciągnął się leniwie i ruszył na skraj dachu. Odbił się i złapał gałąź wysokiej lipy rosnącej obok ściany budynku. Zakołysał się lekko i puścił, wyginając się w bok. Tym razem zawisł niżej na barierce balkonu. Puścił ją i złapał za barierkę kolejnego balkonu, po czym zeskoczył na ziemię, przetoczył się, wytrącając impet i po chwili był już obok łowcy.

 

– Idziemy? – zapytał.

 

– No normalnie jak jakaś małpa, kurwa – skomentował Wilard, patrząc z niedowierzaniem.

 

– Co to jest małpa? – zaciekawił się Nero.

 

– Nieważne – powiedział Wilard, ruszając do głównego wejścia.

 

Kiedy skręcili za róg budynku, ich oczom ukazał się wjeżdżający na podjazd wóz. Powoził nim piegowaty chłopak z pyrkowatym nosem i spłoszonym spojrzeniem. Ubrany był w prosty uniform z godłem Akademii Magii na piersi.

 

Po schodach schodziła właśnie Catriona, machając mu radośnie. Za nią postępowało dwóch służących, niosąc na noszach nieprzytomnego czarodzieja. Na jej widok chłopak rozluźnił się zauważalnie i uśmiechnął nieśmiało.

 

Catriona kojarzyła go z wykładów, uczyli się razem na tym samym roku. Niestety nie wszyscy studenci mogli cieszyć się wakacjami. Czesne na Akademii Magii było bardzo wysokie, dlatego biedniejsi studenci dostawali możliwość odpracowania należności. Wiążący ich kontrakt wymuszał pracę na rzecz uczelni w przerwach semestralnych oraz przez kolejne cztery lata po zakończeniu edukacji. Dzięki temu zdolni uczniowie z biedniejszych rodzin nie byli pozbawieni możliwości rozwoju, a akademia zyskiwała na nich podwójnie.

 

Wśród arystokracji panował zwyczaj kupowania kontraktów absolwentów uczelni. Każdy chciał się poszczycić posiadaniem maga na swój użytek, a akademia zarabiała na tym więcej, niż zyskałaby na ściągnięciu regulaminowych opłat. Ostatnio zdarzało się nawet, że kontrakty najbardziej zdolnych młodych czarodziejów były licytowane na aukcji, organizowanej pod koniec roku przez uczelnię.

 

Akademia nie mogła się ograniczać do przyjmowania tylko arystokracji. Spowodowałoby to gwałtowny przyrost liczby dzikich magów i utratę kontroli przez Gildię. Mimo wszystko nadal zdarzali się indywidualiści, czujący niesmak w stosunku do polityki akademii i robienia za pieska pokojowego w domu jakiegoś arystokraty.

 

Prawdziwa liczba dzikich magów nie była do końca znana. Póki siedzieli cicho, Gildia zadowala się sporadycznymi pokazami siły i zostawiała ich w spokoju. Nikomu nie chciało się tracić sił i środków na uganianie się za jakimiś niedouczonymi wieśniakami.

 

Po chwili, kiedy ranny został już wygodnie ułożony na wozie, chłopak cmokał na konie i wóz ruszył z powrotem.

 

Czarodziejka dogoniła Wilarda i Nero, znikających wewnątrz budynku. Nadal nie mogła uwierzyć w to, czego dowiedziała się na temat szarookiego chłopaka. Chociaż teraz przynajmniej rozumiała, skąd tyle wiedział na temat zasłony i Pustkowia.

 

Miała do niego tysiące pytań, ale trochę ją onieśmielał i nie wiedziała, jak ma zacząć rozmowę. Niestety, zanim zdecydowała się odezwać, znaleźli się w jadalni.

 

Na widok suto zastawionego stołu Wilard uśmiechnął się szeroko.

 

– Jeśli o mnie chodzi, to możemy zawsze dla ciebie pracować, Tesa – stwierdził krępy łowca, siadając do stołu.

 

Tesseitha podniosła na niego zmęczone oczy i uśmiechnęła się.

 

– Wierz mi, że sama bym tego chciała – powiedziała.

 

– Która by nie chciała – skwitował, nakładając sobie solidną porcję parującego mięsa.

 

Catriona wywróciła oczami, ale pomału przestawała się już dziwić stosunkom panującym pomiędzy łowcami a ciocią. Zaczynała pojmować, że Tesseitha ma więcej tajemnic, niż mogła dotąd przypuszczać.

 

– Kiedy wyruszymy do folwarku? – zapytała zamiast tego.

 

– Jutro z rana – odpowiedziała Tesa. – Gildia wysłała już tam wsparcie, więc mam nadzieję, że do tego czasu sobie poradzą. Chciałabym jeszcze przejrzeć resztę dokumentów Sarezedasa, no i porządnie się wyspać. Potem może nie być na to okazji.

 

Roger popatrzył na nocnego wędrowca, który wsuwał obiad, ignorując rozmowę.

 

– Nero, czy byłbyś w stanie zabezpieczyć dziewczyny runami i zająć się ich bronią? Nie chciałbym, żeby skończyły jak ten czarodziej od rektora – powiedział.

 

Nocny łowca pokiwał głową, próbując nieufnie sałatki.

 

– Zabezpieczyć runami? – zaciekawiła się Tesseitha.

 

– Mhmm – mruknął Nero z pełnymi ustami. Sałatka z pieczonych warzyw okazała się wyjątkowo dobra. – Wyrysowanie run na ciele zabezpiecza przed zainfekowaniem energii życiowej. Niestety, nadal jest się podatnym na zranienie, ale z tym sobie poradzicie.

 

– To świetna wiadomość – ucieszyła się Tesseitha.

 

Na ciele? – pomyślała za to Catriona, trochę zaniepokojona.

 

– Każdy z nas, przed wyruszeniem na Pustkowie, musi być tak zabezpieczony. Nie zawsze jest pod ręką ktoś, kto będzie mógł na czas narysować runy – powiedział Nero, dźgając nieufnie widelcem jakieś dziwne coś, z mackami zakończonymi licznymi przyssawkami.

 

– Myślałam, że każdy z nocnych wędrowców umie posługiwać się magią run? – zaciekawiła się czarodziejka.

 

– Niestety nie, obecnie jest nas bardzo mało – przyznał, podnosząc do oczu ukrojony kawałek.

 

– To chyba mieliśmy szczęście, że przez przypadek cię nie zaciukaliśmy – stwierdził Wilard. Nagle krzyknął przerażonym głosem – Nie jedz tego!

 

Nero zakrztusił się połykanym właśnie kawałkiem i rozkaszlał się. Wilard, widząc to, zaczął rżeć, aż rozbolał go brzuch. Catriona pokręciła z niedowierzaniem głową.

 

Nocny wędrowiec przełknął w końcu i spiorunował wzrokiem chichoczącego łowcę. Doszedł jednak do wniosku, że rzucenie się na niego z pięściami jest poniżej jego godności.

 

– Kretyn – rzucił tylko w stronę rozbawionego Wilarda.

 

Tesa ukryła uśmiech, cisnący jej się na usta i spytała normalnym tonem.

 

– Zaraz po obiedzie pójdę z Catrioną po broń, będziemy mogli spotkać się w bibliotece? Poprosiłam praczkę, żeby zajęła się twoim ubraniem. Powinno być już gotowe i czekać w twoim pokoju – powiedziała.

 

Nero uśmiechu się na te słowa. W stroju łowcy czuł się jak przebieraniec.

 

Zebrali się w trójkę w bibliotece, krótko po zakończonym obiedzie. Catriona czuła się lekko podenerwowana i ściskała w dłoniach swój miecz. Tesseitha sprawiała za to wrażenie radośnie podekscytowanej. Przyniosła ze sobą delikatną, pięknie wykonaną szablę. Dziewczyna zdziwiła się. Nigdy jeszcze nie widziała broni w ręku ciotki.

 

– Pamiątka po przygodach z czasów młodości – wyjaśniła czarodziejka, widząc zdziwione spojrzenie swojej wychowanicy.

 

Ile ja jeszcze o tobie nie wiem? – przemknęło przez myśl dziewczyny.

 

Nero przyszedł już przebrany. Skórzane spodnie i kurtka zostały starannie wyczyszczone z krwi i błota oraz zacerowane. Z koszulą niestety nic już nie dało się zrobić. Razem z jego rzeczami zostawiono mu na szczęście nową. Nero zastanawiał się, jak długo zostanie biała. Roger oddał mu też broń. Przyjemnie było czuć jej ciężar, w specjalnie w tym celu przygotowanych uchwytach, a nie upakowaną byle gdzie po kieszeniach.

 

Położył na stoliku narzędzia do grawerowania run, które wcześniej przygotowała mu czarodziejka. Z zaciekawieniem wziął szablę Tesseithy i zamachnął się nią na próbę.

 

– Ciekawa broń – powiedział.

 

– Pochodzi z wysp na południe od Istengardu – odpowiedziała. – Jest bardzo stara. Nie wiem, czy jeszcze ktoś umie takie wykuć.

 

Nero przyglądał się broni jeszcze przez chwilę, po czym zabrał się do pracy.

 

Catriona wierciła się niespokojnie w fotelu.

 

– Czy nas zabezpieczysz w ten sam sposób? – zapytała w końcu.

 

– Tak, będę musiał wyciąć ci te znaki na skórze – palnął zirytowany, że dziewczyna rozprasza go przy pracy.

 

Czując jednak jej narastający strach, westchnął i powiedział.

 

– Żartowałem.

 

– Ach, tak – bąknęła młoda czarodziejka i postanowiła więcej się nie odzywać.

 

Po chwili znaki na broni były już gotowe. Nero odłożył je na bok i podciągnął rękaw koszuli. Wysypał owoce z misy stojącej na stoliku.

 

– Żeby nie zachlapać ci podłogi – wyjaśnił, widząc pytające spojrzenie Tesseithy. Wyciągnął mały, smukły nóż i wykonał nim szybkie nacięcie na wewnętrznej stronie przedramienia. Krew zaczęła płynąć po palcach i skapywać do misy.

 

– Od której z was mam zacząć? – zapytał.

 

– Zaczniemy ode mnie – powiedziała Tesa. – Co mam zrobić?

 

– Rozbierz się – powiedział.– Możesz zostać w bieliźnie – dodał szybko, czując bombardujące go zakłopotanie, płynące od strony Catriony.

 

Znowu mnie głowa rozboli – pomyślał zrezygnowany.

 

Tesseitha zdjęła ubrania, ukazując delikatną, koronkową bieliznę i uśmiechnęła się zachęcająco.

 

Nero wyczuł, jak w myślach czarodziejki skrywają się jeszcze inne propozycje. Uśmiechnął się do niej radośnie w odpowiedzi i przystąpił do pracy. Catriona uspokoiła się trochę, obserwując, jak nocny wędrowiec rysuje krwawe znaki profesjonalnie i szybko. Kiedy całe ciało czarodziejki było już nimi pokryte, Nero zamknął oczy i skupił się na chwilę. Znaki rozbłysły złotawym blaskiem i wchłonęły się w skórę. Po chwili nie było po nich żadnego śladu.

 

– Niesamowite – westchnęła Tesseitha. Energia, którą poczuła, była czymś bardzo subtelnym i potężnym jednocześnie. W żaden sposób nie przypominała znanych jej form magii.

 

– Twoja kolej. – Nero obrócił się do Catriony, nie zwracając uwagi na szkarłatny rumieniec, wypływający na policzki dziewczyny.

 

Catriona spuściła oczy i zaczęła zdejmować ubranie drżącymi dłońmi. Tesseitha obserwowała jej delikatny profil, jędrne ciało i zaróżowioną skórę.

 

Młodość jest taka piękna – pomyślała z lekka nutą zazdrości.

 

Po chwili, której Catrionie wydawała się wiecznością, runy na jej ciele również zalśniły i zniknęły. Zamrugała, tak samo zdziwiona, jak wcześniej Tesa.

 

– W porządku – powiedział Nero, dając jej znać, że skończył. Wziął ponownie broń i pomazał krwią znaki wyryte w metalu. Po aktywowaniu run odwrócił się do Tesseithy i wyciągnął do niej zakrwawioną rękę.

 

– Mogę cię poprosić?

 

– Oczywiście – powiedziała Tesseitha, ujmując jego dłoń i zaczynając czary lecznicze.

 

– Przyjdziesz się pożegnać, zanim wyruszysz? – spytała, patrząc mu głęboko w oczy.

 

– Spotykamy się jeszcze przy kolacji – palnął, niszcząc ulotność chwili i zbierając się do wyjścia.

 

Tesseitha pokręciła z uśmiechem głową, patrząc za oddalającym się nocnym wędrowcem.

 

Catriona spojrzała zdziwiona na ciocię, zastanawiając się, czy coś jej umknęło.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • Vespera 7 miesięcy temu
    Komentarz Taktyczny oraz podziw, że ta część pojawiła się tak szybko po poprzedniej.
  • OsMiornicaDave 7 miesięcy temu
    Właśnie wszystkie już są napisane, tylko wrzucam powoli, kiedy wyrobię się z korektą ;)
  • Narrator 7 miesięcy temu
    „– Nie ważne – powiedział Wilard, ruszając do głównego wejścia.”
    powinno być:
    „– Nieważne – powiedział Wilard, ruszając do głównego wejścia.”

    „Nieważne” zapisywane jest łącznie, ponieważ partykułę „nie” wraz z przymiotnikami w stopniu równym pisze się razem.

    „– Mogę cię poprosić? – zapytał.”
    Opuściłbym „– zapytał.”, bo to oczywiste, wynika z kontekstu, nic nie wnosi.

    Moim zdaniem fragmenty opisowe niezłe, ale dialogi wymagają doszlifowania.
  • OsMiornicaDave 7 miesięcy temu
    Dzięki. Znając życie, ten tekst będę jeszcze nie raz szlifować ;)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania