Neglerioza (moja 6.powieść), rozdział I.

" J’ai plongé mes mains dans ton ventre, en ai retiré le cheval de bois blanc comme un astre, avec son harnais de tulipe."

Gilberte H. Dallas

 

I. Wewnętrzna okupacja

 

Stoję na skraju. Budynek rozrasta się na boki, wzdłuż wszerz, po przekątnej. Wieje zimnobetonowy wiatr, z nieba padają grube, szklane promienie.

Tfu - fałszywe słońce, kolejna nieudana mutacja. Skąd to się bierze? - zastanawiam się stawiając kołnierz. Jedna wielka lodówa, nie miasto, zamrażalnik kostniczy. Nic, tylko położyć się i czekać aż wtopi, weżre, wgniecie człowieka w głąb pustki, tak wielkiej, że... tylko...

- Ej, ty co - śpisz? - stalowooki ARio patrzy spode łba. Fakt, ociągam się nieco, zamarudziło mi się.

- No śmiało! Nie bój się! - iriEa klepie mnie przyjacielsko po plecach, próbuje dodać otuchy.

Tia, jasne, mam być odważny, przezwyciężać słabości, doskonalić się, de facto - zgrywać kogoś, kim nigdy będę, łgać przed samym sobą, ładować się w niebezpieczną sytuację z uśmiechem na ustach, bez cienia strachu... Jakoś średnio potrafię, kochana.

Wstrzymuję oddech.

- Pospiesz się! Zobacz!

Fakt - od północnego wschodu, powoluteńku wysuwają się szare i ostre wyfizdrzenia. Suną ku nam, lepkie, kłujące. Zabójcze.

Zaciskam zęby. Będzie bolało, wiem to.

- Raz! - biorę rozpęd. Nie uchodzi to uwadze Rehandian. Zauważyły, bydlaki, że przygotowuję się do przejścia; lecą, by mnie powstrzymać. Jak śmiałem! Uciekinier, zdrajca narodu, kolonii, gatunku!

- Dwa! - zaczynam biec. W ciągu sekundy przemierzam światy. Wirują przed oczami, zlepiają się, jakby były z rozgrzanej gumy.

- Trzyyy... - rzucam się w opalizującą toń. Frunie mi się lekko, prawie nie czuję, że to lot w dół. Mam wrażenie, że przemieszczam się między gradowymi chmurami, jestem piórkiem o napędzie atomowym. Wzbiłem sięę w przestworza i trafiłem w sam środek burzy.

Ciężkie łapska Rehandian. Milimetry, centymetry ode mnie. Już-już łapią; szarpię, wyrywają z objęć czeluści. Ale - cud! - wymykam im się. Zostaję wymknięty. Wyślizguję się z żelaznych objęć - i tyle mnie widziały, gnoje!

Nurkuję w przewielką, hiperogromniastą gardziel. Połyka mnie wieloryb, inny wymiar. Wciąga nieznana planeta, straszna, groźna i niepoznana rzeczywistość. Zostaję oblizany przez kosmaty i zarazem ognisty, piekielny jęzor. Przeciąga się po mnie, roziskrzony, parzący, krowio-szatański ozór. Co za okropne uczucie. No puszczaj, puszczaj mnie, paskudooo...

I puścił. I wyrzygał. I urodziłem się/ zostałem wypluty (czy to nie to samo?).

Jest późny wieczór. Siedzę za biurkiem, usiłuję, a może raczej próbuję usiłować (sic!) pisać. Gryzmolę jakieś gzygzoływ notatniku o buroniebieskich kartkach. W popielniczce dopala się pall-mall. Z laptopowego głośniczka cichuśko ćwierka "Wuthering heights". Lekko, przyjemniasto. Muzyczka odpowiednio dobrana do stanu żołądka, niewrzodogenna.

It;s mija, kamhija, kamhołm.

Niby nie pamiętam poprzedniego życia, jestem przeświadczony, przekonany, że urodziłem się trzydzieści pięć lat temu, dziewiętnastego lutego z matki Jadwigi i ojca Aleksandra, nie żyłem wcześniej, jestem jednowymiarowy, nieskomplikowany, wręcz monolityczny... Jednak od czasu do czasu coś doskwiera, wyje w środku, kłuje. Coś przebija skórę, chce wyjść, znaleźć się na powierzchni, wykluć się. Jestem pan Humpty-Dumpty, jajko mieszczące w sobie kosmos, całe pustynie antymaterii, jedwabne dywany z mgławic, czarne i spalone na żużel post-gwiazdy, eks-słońca, zbiorowiska martwych planet, zdechłych cywilizacji, padłych z głodu trójgłowych mędrców, bagna wypełnione zatęchłymi filozofiami, dekomponujące się prawa, zbutwiałe kodeksy, pokryte pleśnią konstytucje.

Jestem wypełniony skarbami, których nie wolno mi poznać w pełni, moje ciało to dworcowa skrytka. Dawniej, gdy miałem jeszcze zdolność zapamiętywania, włożyłem do niej kuferek. Dziś nikt nie umie powiedzieć, co jest w środku: szkielet kota, czy regalia zapomnianej nacji, klejnoty koronne wybitego ludu zamieszkującego infra-świat. Może jestem wypełniony lodowatym wiatrem, a uczucie wewnętrznego bogactwa to jedynie złuda, humbug, żart okrutnego szydercy, sadystycznego anioła stróża?

Mam wrażenie, nieczęste, ale jednak, że kryję w sobie odpowiedź na świat-pytanie (kto ma odpowiednio duże usta i wystarczająco donośny głos, by je zadać?). Pełno tam istot, niesłychana mnogość mikro- i makroorganizmów. Skrzydlate i nie, w większości dawno zmarłe, co w żadnym stopniu nie przeszkadza im wrzeszczeć i piszczeć, furkotać, wznosić się w bezpowietrzu, nurkować, tonąć i znów wzlatywać pod bezgwiazdy. Śmieją się do mnie ze środka Królowe Lodu, Królowe Jodu, Królowe Jodyn, bezzębne, radowe księżniczki, radioaktywne damy dworu, klekoczą zardzewiałe dzwoneczki na rogach czap oganessonowych trefnisiów.

It's mija, kamhija, kamhołm.

Nie chce mi się nic, nawet sprawdzić poczty. Radek miał przesłać ostatnią część Ambiancé, najdłuższego filmu świata. Nuda, ale zawziąłem się w sobie, postanowiłem, że obejrzę, zmarnotrawię parędziesiąt godzin swego niedotrawionego życia na ultranudne dzieło pana Andresa Weberga.

Kryształodiamentowa szpilka ciągle kłuje. Buzują we mnie mikronacje, upadają powstania ćwierćnarodów.

Planowałem opisać historię prawnuka stusiedemnastoletniej kobiety, który chce, by jego praszczurka została najstarszą osobą na świecie, jeździ w tym celu od kraju do kraju i morduje starszych od prababuni superstulatków.

Może opisałbym coś innego, zrobił sobie trzecią już dziś kawę, włączył odtwarzanie w pętli "mija kamhija", ale... jakoś nie za bardzo jestem w stanie. Ogarnęła mnie stagnacja, ze środka drze się, wrzeszczy niepoznawalne. Przed oczami trzepoczą mroczki, tyciusie, skrzydlate mrówki, ćmy niosące na grzbietach supernowe.

Otwierają mi się drzwi percepcji i przeżywam rozczarowanie, bowiem okazują się być drzwiami obory. Jedyne co widzę, to pryzmy obornika, z których wystają rogate głowy marsjańskich, technetowych krów.

Brodzę po pas w mierzwie, przerzucam ją, pragnę dogrzebać się do poprzedniego, domniemanego życia, wywlec się na powierzchnię, wyciągnąć z wraku zatopionej w ubiegłym millenium łodzi podwodnej, złapać jednego ze wzniecających bezustanne bunty rewolucjonistów, potrząsnąć nim i spytać, czemu stara się mnie przenicować, destabilizuje psychikę swego nosiciela nie wyjaśniając, nie...

...łeb już pęka!

Ostatkiem sił dźwigam się z krzesła, gaszę Jęczykate Bush. Zawirowałem się, rozkręciłem. Wstecznie. Toczy mnie wirus, tajemnica, ogarnia mutyzm. Przebłyski, półflashbacki - tym na tę chwilę jestem. Wrogie wojska nacierają, armady dzikusów przepływają przez krtań, inne - więzną w głośni. Jestem krzykiem, wykrzykiwany. Jestem ciszą, milczany ze zgrozą. Niedeklamowalny, jak list samobójczy, rymowane pożegnanie, którego nie mam siły napisać.

Średnia ocena: 4.8  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Zaciekawiony ponad tydzień temu
    "- Ej, ty co - śpisz? - stalowooki" - w takim przypadku dopowiedzenie narratorskie powinno być pisane od dużej litery bo nie tworzy zdania z wypowiedzią. Podobnie będzie w tym odliczaniu.

    "jakieś gzygzoływ notatniku" - gzygzoły w

    Tekst całkiem całkiem, podoba mi się to dookreślanie w obrębie zdań. Mamy tylko nadzieję, że narracja nie stanie się zaględzeniem.
  • Florian Konrad ponad tydzień temu
    przepraszam za literówki. Może nie zaględzę :)
  • Canulas tydzień temu
    Tekst, po przeczytaniu którego muszę opłukać się zwykłym upłynięciem czasu. Zarówno męczy, co wciąga.
    O skillu już wielokrotnie mówiłem.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania