Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Neglerioza rozdział XXXI.

XXXI. Штурбуч

 

Mężczyzna jest gabarytowo większy od samochodu, co samo w sobie byłoby zabawne, cyrkowo- klaunowskie (czerwonotwarzy Zimbo, Pimpo, czy jak mu tam, rozśmiesza dzieci do łez usiłując wgramolić się do środka; wywala język, poci się, stęka, sapie, drapie po łysawej, grubo upudrowanej głowie; publiczność - wyje), gdyby nie było tak ciężko, soczyście, boleśnie, dojmująco wkurwiające.

Tico, tyciuśkie, bezbronne, w zasadzie pisklę, zalążek samochodu normalnych rozmiarów, nieopierzony, pocieszny gniazdowniczek-nielotek, stoi na małym parkingu pośród astr, golfów i cors. W towarzystwie dobitych, poniemieckich szrotów nie prezentuje się tak znowu najgorzej, odstaje co prawda stylistycznie, ale nie razi archaicznym designem. Maluśkie jest, ale na swój sposób ładne.

Łukasz otwiera drzwi. No i znowu... Dwa, albo i więcej razy dziennie ta sama, charkotliwa, grana na basetli i śpiewana sznaps-dyszkantem przez górali-alkoholików polka ze wsiadaniem. Gimnastyka po pracy, joga, wygibasy artystyczne, psia mać. Parighasana, Balansana (Pozycja Dziecka), Supta Baddha Konasana (Leżący, Spętany Kot), Halasana (Pozycja Pługa) i najbardziej adekwatna do łukaszowego samopoczucia - Savasana (Pozycja Trupa).

Niekiedy, gdy zmęczenie sięga zenitu, nieszczęsny właściciel tikacza wykonuje też Makasanę, przykuc pozwalający rozciągnąć kostki, pachwiny i grzbiet, Grandasanę (w jego przypadku - łamaną) - Pozycję Orła (zdechłego w locie), Utkatasanę - Pozycję Krzesła (na jednej nodze i bez oparcia), Urksasanę - pozycję Drzewa (odwzorowuje spalony od środka Dąb Chrobry), Malasanę - Pozycję Girlandy (tłuszczowej i porwanej), Virabhadrasanę - Pozycję Wojownika (który roztył się po przeniesieniu do cywila), Setu Bandhę Sarvangsanę - Pozycję Budowania Mostu (od nowości grozi zawaleniem!); do tego - Ryby - Matsyasanę (rekin z fałdą smalcu na głowie), Sfinksa - Sakambę Bhujangasanę (z dziury po nosie, przy najmniejszym nachyleniu, kapie mu smalec), Wielbłąda - Ustrasanę (tysiąc smalczych garbow na grzbiecie, karku i każdej innej części ciała, ze spojówkami włącznie), Jednonożnego Króla Gołębi - Ekę Padę Rajakapotasanę (nawet w przybliżeniu ciężko jest porównać Łukasza do gołębia; do króla; do czegokolwiek, co żyje, oddycha nie jest wielorybem, manatem, lwem morskim, czy olbrzymią meduzo-płaszczko-stułbią).

Rytuał gramolenia się, bo tak, bez cienia przesady można nazwać powolne i jednocześnie nerwowe, ospałe i rozpaczliwe próby wsiadania do za małego o co najmniej trzy numery wozu, za każdym razem przebiega odmiennie; różnią się te, pełne sapania potyczki z oporną materią sadła, ciasnoty w kabinie, od siebie, jak dzień od nocy. Nie ma dwóch takich samych, czy choć podobnych prób zajęcia miejsca za kierownicą.

Ta, zdawałoby się banalna i nieskomplikowana czynność jest istną walką, często straceńczą, na śmierć i życie, wojaczką z własnym bebechem, szałem zabijania, w jaki niekiedy wpadają drapieżniki i żołnierze, bitwą do krwi ostatniej, bez zmiłowania, bez brania jeńców.

Morduje się strasznie pan Leoniuk, męki nieopisane przechodzi wraz ze swym autkiem; obaj cierpią, rozprzęgają się, rozchodzą na boki. Mikrosamochodzikowi pękają spawy, puszczają uszczelki, zawiasy, skrzywia się geometria kół, podwozia, geometria zagłówka fotela kierowcy.

Właściciel-opas rozlewa się we wnętrzu, z chwilą zajęcia pozycji jako - tako umożliwiającej skuteczne (nie znaczy: bezpiecznej, bo czy ktoś zasłaniający sobie oczy brzuchem, kolanami i fałdami łydko-udo-stóp - a u grubasów nie takie twory cielesne występują - może prowadzić bezpiecznie?) kierowanie wehikułem marki Daewoo-FSO - staje się małym, zaśmieconym oponami, gęstym i gorącym morzem. Targa nim szkwał, dwa wielkie miechy płuc operują wolantami, obsługują potencjometry, gaźnik, dwumasę, trójmasę, wielomasę, masę, masę...

Człowiek zespolony z samochodem, wpełzły i zawiadujący nim. Pasożytniczo. Rozsadzający wątły organizm. Wieprz. Bomba. Beczka z opóźnionym zapłonem. Wek, w którym burzy się, fermentuje kwas.

Strzeli, prędzej czy później rozerwie go ciśnienie. I będzie smród, zjawią się pracownicy MPO Włodawa w białych kombinezonach krótkiego użytkowania, z włókniny z dodatkiem kevlaru. Pozbierają złomotrupię, łopatami do pomarańczowych beczek. Szczelnie je zamkną, pod eskortą policji wywiozą na składowisko materiałów niebezpiecznych.

I zostaniesz zadołowany, Łukaszku, razem z taflami falistego azbestu.

Jakkolwiek byś się nie łamał, nie giął, nie wygibaso-prostował, czego nie odpierdzielał, byleby się tylko znaleźć na fotelu kierowcy - i tak zawsze będziesz siedział "szturbucz".

Pan Leoniuk nie lubi, używanej jeszcze przez jego dziadków, niegdyś powszechnej na rubieżach wschodnich, gwary chachłackiej, uważa to za wsteczniactwo, wiejskość w negatywnym znaczeniu, ciemną, niedomytą, krostowatą, dewocyjnie-zabobonnie-analfabetyczną wsiowość. Wsiurstwo.

Całę to zaciąganie, zaśpiew kojarzą mu się z zaprzeszłością, wiekami średnimi, gdzie królowały przesądy, a ludzie chodzili spać z jałówkami, bo panował taki syf, że trudno było odróżnić chałupę od obory.

Kultywowanie gwary, gminne konkursy piosenek ludowych są dla Łukasza czymś irracjonalnym, chęcią powrotu do... bajora. Błota. Nieoświecenia.

Polacy nie tyle powinni, co są, według niego wręcz obowiązani do mówienia czysto po polsku, bez żadnych skaz, naleciałości, wtrętów z języków sąsiadów, bez blizn, garbów, wyprysków, wykoślawień. Ma być prosto i klarownie: tak-tak, nie-nie, jestem Polakiem - więc nie powinienem szprechać, robić z siebie Angola, Ruska, czy Kazacha.

Ale spójrzcie: za każdym razem, gdy góra mięsa zajmuje pozycję za kierownicą, można - nieco żartobliwie-metaforycznie - określić, że siedzi "szturbucz". Czyli jak?

Przekładajac z chachłackiego na nasze (postaram się oddać jak najwierniej ducha tego - bądź co bądź śmiesznego wyrażenia): "na sztorc, ale w nieładzie". Dokładnie tak. Wyrażonko, którego używa się w dość rzadkich przypadkach, w zasadzie trudno przytoczyć inny poza "ułóż to (np rzeczy w szafie), a nie rzucasz szturbucz".

Zmięte niczym pościel, pod którą dogorywało się całą noc na kaca giganta, w którą się pociło, smarkało, charczało; pod którą absolutnie nie szło zasnąć.

Zmierzwione, jak włosy czarownicy, kłębiąca się i sycząca fryzura Gorgony.

Tak wygląda tłuszcz, wielomięso, mięso spotworniałe, gigantyczne, rozlewające się za kierownicą auta. Człowiek siedzący szturbucz, jakby wrzucony, ciśnięty z odrazą.

Człowiek, którego porasta samochód. Nie tyle kierowca, co wyjątkowo wielki pasożyt.

Każde siadanie, gramolenie się do środka przybliża nieuchronny kres wozu; tylko patrzeć, jak pewnego dnia rozpadnie się na czynniki pierwsze, rozkruszy, puszczą wszystkie nity, pękną spawy co do spawuńcia, trzasną blachy, drzwi, podwozie, dach, nadwozie, śródwozie. Aż połamie się nawet leżące bezpiecznie w bagażniku koło zapasowe, eksploduje gaśnica i zostanie pan Leoniuk na kupie pogiętych, pomiętych, porozdzieranych blach, poszatkowany przez nie, cały w ranach, krwawiący jak zarzynany wieprzek.

Dlatego parkuje dwie ulice dalej od miejsca pracy, na Grzewskiego, między przedwojennymi brudokamienicami, koło śmietnika. W razie, jakby wóz trzasnął, niczym guma w majciochach - przynajmniej nie naje się wstydu, obejdzie się bez świecenia oczami, nie trzeba będzie znosić rechotu gapiów i widoku ich uchachanych mord.

No co - przecież nie jego wina ze waży, ile waży. Skłonności do tycia się nie wybiera, to nie, kuźwa, hobby, pasja - takie zapuszczanie bebecha, obrastanie słoniną.

Nałogowo żarte, pochłaniane, wtłaczane w siebie śmieciowe żarcie? A kto tego nie lubi?

Kocha, Łukaszek, jak każdy normalny, nie zniewieściały facet, jak chłop z krwi i kości, wszystko, co tuczące. Nie je. Pałaszuje bez opamiętania, zażera się wysokokalorycznym tałatajstwem. Kompletnie nie przejmuje się prowadzącą do szeregu groźnych chorób otyłością, patologicznym wręcz zapasieniem. Otłuszczeniem. Zalaniem się sadłem.

Będzie co będzie, raz się w końcu żyje, tylko durnie myślą, ze wygląd jest najważniejszy.

Odchudzanie? To dobre dla instagramowych fit-pizduś, blogerek, modeleczek i innych gówniar, które poza ciuchami, mejkapem i lajkami na fejsbuku nie widzą świata; on jest mężczyzną i nie wypada mu zawracać sobie głowy i (czteropośladkowej!) dupy takimi błahostkami, a nawet, jeśli w końcu nie będzie w stanie samodzielnie podnieść się z łóżka, dopadnie go cukrzyca, miażdżyca, choroba wieńcowa, w zatkanych tłuszczem żyłach pojawią się półkilogramowe złogi, albo umrze na zawał przed pięćdziesiątką - to co? Trudno, przyjmuje to, opas, godzi się nawet na przedwczesne pójście do piachu, byleby tylko żreć. Tuczyć się. Przejadać. Aż, nieraz, prawie do porzygu.

Kryptosamobójstwo w imię napychania bebecha. Rozdymanie się, rozrost. Niekontrolowany. Zgalaretowacenie.

Pan Leoniuk ma zły dzień. Wszystko go boli po wczorajszym wieczorze, nocy. Pieprzony byczek, lubił na ostro. I rozorał, pogruchotał kości, zgniótł, zmiażdżył mięśnie.

Przetoka na przetoce, pęknięte jelita (grube - w strzępach!), pokruszona miednica, pęknięte żebra, stłuczenie płuc, mózgu, pośladki - całe w sińcach.

Działo się wczoraj, cholera jasna, aż wstyd wspominać. Lepiej nie sięgać pamięcią, nie dłubać śrubokrętem w niezabliźnionej ranie. Bo łatwo o zakażenie, zdech na gangrenę. Bezpieczniej udawać niepamięć, nie pchać blaszanego, rozgrzanego dildoska w głąb mózgu, między pofałdowane, zatkane tłuszczem, gąbczaste struktury, gdzie powinna rodzić się myśl. A gdzie powstaje wyłącznie chuć, rodzą się jedynie sprośne, sparszywiałe obrazy. Pornosy nagrywane na taśmie ze smalcu. Wizje nie do opowiedzenia komukolwiek, no, chyba, ze usilnie che się wyjść na zboka, perwersa, psychotłuszczopatę.

Ohyda, obrzydzenie do samego siebie. Uczucie głębokiej porażki, choć wszystko, co zaszło parę godzin wcześniej, było dobrowolne - teraz - zbrukanie. Zeszmacenie. Nawet jaja pieką żywym ogniem.

Nigdy, kuźwa, więcej, nie spotkam się z tym bydlakiem! - biadoli w myślach przekoszony, pochlastany Łukasz, ofiara... eee - jak on miał na imię? Damian? Darek? Żesz jasny.... Wywiało z pamięci. Pozostał ból, na przemian tępy i ostry, rozrywający trzewia. Żganie majchrem, to znowu uderzenia młotkiem, oklepywanie flaków przez sadystę, który jest już daleko, poszedł w świat, w Polskę, gwałcić, katować, smagać ognistym batogiem innych, Bogu ducha winnych facetów.

Jego razy ciągle bolą. Przeokrutnie. Nie da o sobie zapomnieć, kat. Zostawił biednego Łukaszka, niewinne dziecko, w pozycji gorzej, niż szturbucz, przeorał na milion kawałków ostrym jak brzytwa pługiem. Zmienił w pulpę, papkę mięsno-kostną.

Początkowo - przyjemne ukłucia, lekkie klapsy zmieniły się w bicie, łomot, sadomasochistyczny, tęgi wpierdol. W zabawę na ostro, po której zostaje się w kawałkach. Drzazgach. Odpetowany, roztarty podeszwą martensa, niczym ośliniony filtr szluga. Wjeżdżony w asfalt.

Brzuch - cały w sińcach, na tyłku ledwie da się usiedzieć, pachwiny bolą, jakby wbito w nie druty, takie babcine, do szydełkowania. I haki, z pół kilograma stalowych haczyków - od przepony, przez płuca, krtań, mózg, uda, stopy, jądra... wszędzie powbijane. Niewidzialne, bolesne. Żarzące się.

W pochlastanym żołądku przewalają się zardzewiałe gwoździe, hacele, połamane podkowy.

Droga jest rozmiękła, półpłynna, jakby z wystygłej, niegorącej lawy. Albo kawowo-asfaltowego błota. Koła zapadają się, wgłębiają w nią. Kisiel, cholera jasna, normalnie niedosłodzony, szaro-bury kisiel domowej roboty. Niezjadliwy.

Wóz tańczy po szlamodrodze, buja się od prawej do lewej. Mdłości. Cierpkie, spienione fale. W radiu - zawodzenie syren. Policyjnych, syren straży pożarnej, karetek pogotowia wiozących na sygnale kolejne ofiary Damiana-Darka, nekrogwałciciela, sadomasojebcy.

Połowa facetów w okolicy, geje, hetero, biseksualiści ulegli czarowi potwora, dali się namówić na wspólny spacer, albo (naiwniacy!) oglądanie kolekcji znaczków, resoraków, czy etykiet zapałczanych - i skończyli podobnie: z rozoraną dupą, trzustką, szyszynką, przecweleni, zmiażdżeni, jako ludzkie szmaty, worki na nasienie, żywe gumowe lalki.

Hipermarmoladyzacja: bloki, mijające samochody, znaki drogowe, piesi, sygnalizacja, płachty krzyczące, że JUŻ DZIŚ W SKLEPACH EURO, inne szmaty reklamowe, na których półnagie modelki prężą się, nadymają, jakby próbowały powstrzymać pierdy, czy nagły atak biegunki, lustrzane okna wieżowczyków, maluśkich nie tyle drapaczy, co podskrobywaczy chmur, wszystko to mięknie, staje się wizualnym dżemem, wlewa się przez przednią szybę pod równie mamałygowate, półpłynne powieki opasa.

Kraz jest pancerny, wyposażony w działa, armaty, wyszczerzony po same, wyszczerzone zębiska atrapy chłodnicy, w zasadzie - przezbrojony, przeładowany amunicją, granatami, uginający się pod ciężarem luf, jakie wiezie na grzbiecie.

Kraz jest betonowy, zbrojony diamentem, ma hipertwardy szkielet. Bestia, nie ciężarówka, monstrum stworzone, by siać zniszczenie, pożerać monster trucki, wygrywać niezliczone pojedynki drogowe, łamać przepisy, uciekać policji, taranować blokady, przejeżdżać czających się w krzakach łapsów z radarem, być postrachem emerytów, bab za kierownicami lancii i alf romeo, dzieciaków na pierwszokomunijnych rowerkach, japiszonów w leasingowanych beemwicach, szarej, ludzkiej, przewalającej się każdego dnia prze ulice, bezkształtnej masy.

Kraz, nie hamując, wyjeżdża na czerwonym świetle z podporządkowanej. W szoferce - zimny wiatr, lodowate i suche powietrze. Nikogo, ani żywej duszy. Cisza. Samoprowadzący się zniszczeniowóz kontra rozgalaretowane auto i jego równie falisty, miękki, rozlazły i oślizły właściciel.

Pochłonięty cierpieniem, skupiony na ciężkim do zniesieniu bólu kich pan Leoniuk nawet nie zauważa, że jest rozgniatany, okruchy szyb i rozszarpana blacha, okruchy plastiku z potrzaskanej kierownicy i deski rozdzielczej, sprężyny siedzenia, guma z opon łączą się z jego pokrojonymi przez brutala bebechami.

Powtórka z sado-orgietki. Poprawka - na maksa, najgłębiej, jak się da. Zrobienie nieodwracalnego "kuku", krzywdy krzywd.

Pękasz, Łukaszku, niczym przestrzelony balon. Wiatrówką jest poradziecki, trzydziestoletni samochód. Nie miał kierowcy, bo nikt poza tobą nie mógł być odpowiedzialny za tę śmierć. Musiałeś ją stworzyć sam, wygenerować z bólu i beznadziei (kto ich dziś nie doświadcza?).

Nawet nie wydaje ci się, że gniesz w wypadku, że twoje meduzowate ciało zostaje rozkawałkowane na amen.

Umierasz bezprzytomnie, na ślepo, w oczadzeniu, dotknięty omamicą. Tak, jak żyłeś.

Zapadasz się do wnętrza, w tłustogłowie wybija szambo i toniesz w endopowodzi, zalewają cię gęste od smalcu, żółte ścieki. Nie czujesz nic.

Kałuża na środku drogi, drobiny paznokci, połamane zęby, resztki samochodowej tapicerki.

Rozejdźmy się, nic tu nie ma. Nigdy nie było.

Średnia ocena: 3.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Trening Wyobraźni 2 miesiące temu
    A moze Pan Florian oderwie sie od serii i pobawi sie z nami w tw? :) Zapraszamy :)
  • Florian Konrad 2 miesiące temu
    dziękuję za zaproszenie. zobaczymy, jak dowklejam, wowklejowywuję do końca to, co mam.. książka się napisała, jeszcze kilka rozdzialąt :)
  • Trening Wyobraźni 2 miesiące temu
    Florian Konrad ojjj tam, wowklejowywujesz w miedzyczasie :p No ale nic na chama, w razie czego wątek TW na forum otwarty calodobowo :)
  • Florian Konrad 2 miesiące temu
    Trening Wyobraźni ale zaraz... organizujecie konkursy na opowiadania, tak? Ostatni -jak widzę - zakończony.
  • Trening Wyobraźni 2 miesiące temu
    Florian Konrad tak, choć to przede wszystki zabaww, jutro obdarowywujemy się zestawami na kolejny (tylko wczesniej trzeba nalosowac do puli). Dostajesz postać, zdarzenie, gatunek, masz dwa tygodnie na tekst.
  • Trening Wyobraźni 2 miesiące temu
    przede wszystkim* zabawa*
  • Florian Konrad 2 miesiące temu
    Trening Wyobraźni ależ bardzo chętnie wchodzę w to, zwłaszcza że od czasów szkoły nie pisałem na zadany temat, a i nie mam czegoś rozpoczętego (nie piszę paru rzeczy na raz). chętnie zgłoszę się po postać, darzenie, gatunek
  • Trening Wyobraźni 2 miesiące temu
    Florian Konrad nooooo to zapraszam :)
  • Florian Konrad 2 miesiące temu
    Trening Wyobraźni wpadnę :)
  • Trening Wyobraźni 2 miesiące temu
    Florian Konrad okej, super :) Bylebys wpadl do jutra do 20.00
    Tutej:
    http://www.opowi.pl/forum/trening-wyobrazni-w1130/
  • jesień2018 2 miesiące temu
    Fo-rian, Fro-rian!
  • Florian Konrad 2 miesiące temu
    Florian - i co?
  • jesień2018 2 miesiące temu
    Florian Konrad nooo to zachęta do udziału :) Wzywam Cię z zapałem neofity!
  • Florian Konrad 2 miesiące temu
    jesień2018 będę. i coś wyzmażę :)
  • jesień2018 2 miesiące temu
    Fajnie:)
  • sensol 2 miesiące temu
    tyle jest w tym wierszu beznadziejnego smutku, jakiejś tęsknoty nieokreślonej, że... chwyta za serce
  • Florian Konrad 2 miesiące temu
    ła ha ha, jaka ironia.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania