Neglerioza rozdział VII.

VII. Z pamiętnika autokanibala

 

Osiemset złotych - niekompletny wrak, de facto pozostałości edkowego fiacika.

Sto pięćdziesiąt - koła do malczana, z oponami, sztuk cztery, kupione od Heńka Juchimiuka.

Sto nowych polskich złociszy - przyciągnięcie, po przykręceniu tychże kół, na podwórko (władimirec, psia morda, znowu robi wstręty, jak nie pompa paliwa, to rozrusznik), wepchniecie zwłok do stodoły.

Suma - ponad tysiąc PLN za coś nie wartego funta kłaków, omszałego i nie do odratowania.

Ośmieszenie się - w gratisie, jako bonus, produkt uboczny chęci posiadania strucla. Karcąco-ironiczny wzrok Heńka, nieme "ej, co ty odpierdalasz? Dałeś tyle pieniędzy za śmiecia, złom, po prostu odpad?".

Owszem, dałem i nie żałuję. Siedzę za kierownicą nowego nabytku, skorodowane sprężyny przebiły skajową tapicerkę i wrzynają mi się w tyłek. Nasiąkam stęchlizną, wonią zeschłych liści, mchu wyściełającego resztki podłogi i podszybia, smrodem sparciałej gumy, mysich odchodów, każdego rodzaju kiły i trądu, które toczą posamochód.

Dotykam nie tyle legendy, bo Edziu był gwiazdą lokalną, nieznana szerszej publiczności, żaden z niego ogólnopolski szwarchcharakter, jak dajmy na to Karol Kot, czy Joachim Knychała, zresztą - nie nagrzeszył aż tyle, był w porównaniu z seryjnymi zabójcami prawdziwym aniołkiem czarnoskrzydłym, cichym i pokornego serca stałym bywalcem czytelni, wieczorków poetyckich, bibliotek, oper.

Głaskam po główce naszego bisurmanka, traktuję niczym kocurka, który po paru długich, marcowych dniach łajdaczenia się, wychudły wrócił do domu i postanowił zregenerować siły, przez jakiś czas pozgrywać pupila marnotrawnego.

Ruina samochodu lokalnej gwiazdy, króla życia, jest magicznym przedmiotem służącym do odczytywania przyszłości, patrzenia poza świat.

Nie zwariowałem, ani sobie tego nie wymyśliłem, jak uznałby ktoś prostacki i płaski, o umyśle cienkim i przypominającym bibułę, sprasowanym przez problemy dnia codziennego, prymitywność, chucie, pragnienia, pragnionka, dziesiątki tysięcy spraw.

Jestem wolny od uczuć, popędów, można by nawet rzec: aseksualny, dotknięty anhedonią, toczony przez bierność, albo przez nią kierowany. Sterowany.

Potrafię widzieć więcej, dostrzegać ponadnaturalne właściwości z pozoru błahych przedmiotów.

Kupiłem prawie Little bastarda, wrak należący do kwirewskiego Jamesa Deana, najlepszego (bo jedynego) piosenkarza w dziejach wsi, punkrockowego wyznawcy sloganu NO FUTURE, by przy jego pomocy jeszcze szerzej otworzyć trzecie oko. By wizje, jakich doświadczam były wyraźniejsze, bardziej klarowne, głębsze, niosące więcej treści i logiki, nie stanowiły wreszcie niestrawnej brei, papki, sałatki wielowarzywnej z dodatkiem pokruszonych płyt winylowych, kaset z nagranym z radia disco polo, podeszew korkotrampków, juniorków, palt z kotów transsyberyjskich, angorskich, kotów wielorasowych.

Wiem, że mi się uda, rozklekotanym trupem, którego nie można już nawet określić mianem grata, bo jest na to o co najmniej dekadę za późno, osiągnę prędkość nadświetlną, wzbiję się w chmury. Między Układy Słoneczne. Poszybuję biednym szrotem kosić mgławice, wyżymać ogony kometom, zapędzać do kojców zbiegłe, rozbrykane perseidy.

Myśli mi przyspieeeeeszają. Zaczęły galopować, cwaaaa..

Piszę kilka wierszy naraz. Żadnego nie jestem w stanie zapamiętać. Układają mi się przecudnaczne tytuły:

- Zupa humidorowa

- Szoszon z kaboszonem

- Rozdrażniony wychuchol

- Wytrzeszczone gały prezesa Jarosława

- Gryzometr

- Najlepszy seks w życiu wielebny Thompson przeżył w małpiarni

- Przyrząd do bicia Calineczek

- Wielotwarznik zachłystowy

- Setna rocznica śmierci ryby

- Skrzatoobcowanie

- Korzeniosapiens

- Kasztan bezpieczeństwa

- Cisza, jak masłem zasiał

- Szrotówek kasztanowcowiaczek i jego wszystkie fobie

- Bajkosłuchy

- Oczyzm, albo wypluta różowa landrynka

- Elegia o policjancie, którego nie było stać na zakup markowych uszu

- ...a Judasze płynęli całą ławicą zjadając wszystko naokoło

- Słoneczny Troll

- Płaskownik rekurencyjny

- Jak cię burzumnę, to cię rodzona mayhem nie pozna

- Różyczko, różyczko, czy chcesz być doniczką?

- Jest tak zimno, że nawet adapter bambino popełnił samobójstwo

- Niedołężnica partyjna, strażniczka bagien sejmowych

- Orgasmic astral t-shirt

- Boziullah

- Bohomaznikov kładzie pierze

- Peniśnik strzelisty

- Orgia u obojnaków

- Chwała niepoświęconym

- Maybach macht frei, lub krematorium dla ciężarnych krokodylic

- Odwieczne pragnienie zmiany stanu skupienia

- Mokry pazur głaszcze półkulę, a my się nie cieszymy

- Wiejska golgota, albo historia ocielenia

- Przygody Towarzysza Pietucha

- Przeproś za rozwlekłość brwi

- Smutny wiersz o panu, któremu śmierdziało spod katedry

Pędzę trzymającą się na wypłowiałym lakierze budą o numerze rejestracyjnym BPW 7428, wjeżdżam na zagubioną w bezkresie bezdroży, bezasfalciu totalnym, autostradę. Ścigam się ze zdezelowanym wartburgiem z lat sześćdziesiątych, również na czarnych blachach.

PTI 4133. Znam ten wóz, widziałem w fotogalerii na stronie Faktu. Nie kto inny, jak sam Mariusz Trynkiewicz Superstar jedzie pożyczonym od ojca autem. W bagażniku spoczywają kilkudniowe zwłoki zamordowanych w bestialski sposób chłopców.

Szatan z Piotrkowa nie jest dobrym kierowcą, zapewne z nerwów i pośpiechu dekoncentruje się, przestaje zwracać uwagę na drogę, zamiast patrzeć przed siebie, przez ramię rzuca mi groźne spojrzenia.

Nagle traci panowanie nad kierownicą, jego niebieski rumak, wzbijając kłęby kurzu, piachu, żwiru, zalicza pobocze, wjeżdża do rowu i - jakby nieco ospale, z ociąganiem - wywala się na dach.

Pruję dalej, slalomem. Mijam garbusa Teda Bundy'ego, Armina Meiwesa w starym mercedesie 115, Timmiego McVeigha w mercurym marquisie, przygarbionego Edmunda Kolanowskiego, który popyla rowerem z siatką świeżo wykopanych kości na bagażniku, paru innych seryjnych zabójców ciągnących ofiary do miejsca kaźni, różowe karawany, samochody komiwojażerów, obwoźnych dentystów, logopedów, mobilne studia tatuażu, więzienia na kołach (zza okratowanych szyb wyziera rozpacz, widzę puste, niekiedy załzawione oczy skazańców), wężykujących heroinistów, którym nie straszna policja, ani kraksa, bo są wypadko- i mamroodporni, karetki wiozące pacjentów do psychuszek, więźniów politycznych na przymusowe odwyki w zakładach zamkniętych, ule tętniące pszczołami, gniazda szerszeni na kołach, tabory cygańskie, cyrkowe, karawany kowbojów, poszukiwaczy złota, diamentów, rudy żelaza, soli i zaginionej Arki, tragarzy niosących z mozołem skrzynie ze szczątkami Bursztynowej Komnaty, grubasów taszczących kadzie czekolady, hamburgery wielkości dorodnego nosorożca, koncert-busy radośnie kiwające się od muzyki, pijane Jimem Beamem i Ballantinesem autokary o przyciemnianych szybach, budzące grozę auta mafii, najtańsze samochody kierowane przez zubożałe i podstarzałe prostytuty, eks-kokoty wykopane z pałaców na zbite buzie, byłe call-girls, po urodzie których nie pozostał nawet ślad, wozy polityków plujące z rur wydechowych szumnymi hasłami o potrzebie zaprowadzenia porządku, zakazie aborcji, in vitro, badań prenatalnych, klonowania i sprzedaży prezerwatyw (wsteczniacka, skrajna prawica!), limuzyny nowych Ruskich, rozklekotane wołgi starych Ruskich, czołgi inwalidzkie emerytów, amfibie, jeżdżące drony-nieloty, brezentowe velorexy jeżdżące na propan, butan, metan, etan i merkaptany, tico i cinquecenciaki napędzane skroplonym gazem błotnym, syropem na kaszel i tabletkami przeciwgruźlicznymi, kibitki pełne zesłańców na Sybir (car Władimir Władimirowicz znów miał zły humor, co dobiło się na podsądnych Polakach; biada tym, co podpadli możnowładcy!), kolaski z obżartymi do nieprzytomności feudałami, vany zmienione w dynie i na odwrót, motoryzacyjne trupy nie kierowane przez nikogo, toczące się po drodze z przyzwyczajenia, polonezy i duże fiaty pokonujące trzydziesty rok z rzędu tę samą trasę (dom - praca - dom - sklep - dom), z powodu wieku zbyt ślepe by zauważyć, że nie wiozą swoich właścicieli, wreszcie: koniki garbuski, powoli człapiące skrajem drogi konie starego Galambosza, idące przepisowo łanie, wydry i rosomaki.

Stawkę zamykają rowery na biegunach, szklane segwaye, dzieciaki uprawiające nordic walking, chromający chromi, kulejące kuternogi, ślepujący, ślepnący, oślepli, poruszający się po omacku, ciągnięci przez psy-przewodników, ociemniali.

Nikt nie zmierza w konkretnym celu, nie jedzie dokądkolwiek. Droga jest celem, domaga się celebrowania, pieszczenia podeszwami i bieżnikami opon, masowania bosymi stopami.

Jedynym sensem życia pomylonych pielgrzymów jest bycie w trasie,w ruchu. Ich niebo to mobilność, upragniony Raj - pokonywanie kolejnych kilometrów, nawlekanie ich na stopy, nakręcanie na koła.

Codziennie są w Elizjum, obejmują w posiadanie Ziemie Obiecane, krainy mlekiem, propan-butanem, olejem silnikowym, napędowym i benzyną płynące, niebiańskie połacie smaru, trzasków CB radia, żyznej, bo nawożonej autowidolem ziemi.

Błogosławią mechanicznych stwórców, klękają za kierownicami i modlą się do nich. Jakże szczodrze zostali obdarowani! Cóż bowiem jest ważniejsze, piękniejsze, bardziej wzniosłe od pędu, kończącego się niekiedy powietrza, prędkości, przy której nie idzie zaczerpnąć tchu, od pożerania dni, zabiegania ich na śmierć?

Kim jesteśmy i dokąd zmierzamy? - można by zapytać, ale po co? Czy nie lepiej zmieniać się, co chwila być w innym miejscu, o krok, o metr dalej, jednocześnie pozostając statycznym, monolitem?

- Deeeebilek! Deeeebilek! - syczą synowie żmijowatej Doroty. Kuba i Szymuś, dorastające gnojki, mają niezły ubaw ze mnie - nawiedzeńca - zamuleńca - kompletnego kompletnego przychlasta, co to kupił za horrendalne pieniądze resztki samochodu ich zmarłego wujka. I chce je prezentować w prywatnym muzeum, odpłatnie pokazywać peerelowskie barachło.

Jest gejem, w młodości kochał się w świętej pamięci Edku, szalał z rozpaczy po jego śmierci. Dorósł i postanowił zachować choć jedną rzecz, pamiątkę niespełnionej, żałosnej miłości, która padła mu na łepetynę, przerodziła się w obsesję.

- A Edka gaci - nie chciałbyś kupić? Oryginalne, z certyfikatem autentyczności, w dodatku nieprane, z zapachem twego wymarzonego kochasia! Spoko - skóry nie zedrzemy - tylko dwieście pięćdziesiąt zeta, poza tym co to dla ciebie, masz hajsu jak lodu, skoro kupiłeś resztki malucha za prawie kafla...

Zbliżam się do cienkiej, ledwie widocznej granicy. Co jest za nią? Droga powrotna do świata, z którego zrejterowałem? Niemożliwe. Nowa jakość, inny, nieznany rodzaj...

Obejmuję mocno strupieszczałą kierownicę. Będzie bolało? Jak przygotować się psychicznie do przejścia? Modlić się? Bez przesady. Może powtarzać z pamięci wyuczone fragmenty Pana Tadeusza, wiersza o żołnierzach z Westerplatte, teksty pieśni patriotycznych?

Czy może iść "na czysto", z otwartą przyłbicą, podniesioną głową, patrzeć w oczy... katu? Nadzorcy? Kapo? Bezczelnie machać do strażników na wieżyczkach, ostentacyjnie ignorować zgromadzonych za zasiekami bliskich, dzieci wyciągające rączki przez drut kolczasty, zapłakane matki (każdy w życiu ma co najmniej dwie - trzy, jedynie nieliczni potrafią się do tego przyznać), choć nie wolno, to grozi karą porządkową, próbuję przerzucić nam choć kromkę suchego chleba, byśmy nie pomarli z głodu.

Czy to ważne? Ucieczka z burdelu skończy się wpadnięciem w jeszcze większe tarapaty?

Głos rozsądku mi mówi, że trzeba zostać, pokornie sprzedawać się za półdarmo komu popadnie, często - charytatywnie, bo zgrywający bogacza klient okazuje się być bezdomnym bez grosza przy duszy, kloszardem w mitomańskim, münchhausenowskim ciągu łgania, czy zwykłym cwaniaczkiem, co to chciał sobie poużywać za friko, albo i obłowić się zachachmęcić tygodniowy utarg, ciężko zarobione ciałem pieniądze.

Prę i nie zważam na nic. Gorzej chyba nie będzie, cokolwiek czeka za murami obozu - nie ma wyjścia - musi mieć w sobie więcej Księżyca, Słońca, światła, choćby odbitego, iluzorycznego, świetlistej mrzonki, która - jeśli się w nią wpatrzyć - okaże się najprawdziwszą z prawd, ścianą nie do przebycia oddzielającą wszystkie zgrzane, złączone, sklejone do kupy ludzkie światy, od hiperkosmicznego ANTY - bezdroży, których nie da się przemierzyć nawet uterenowionym maluchem, LPT o napędzie atomowym.

Na rozstaju dróg, gdzie przydrożny nepomuk stoi, zastanawiam się: dokąd jechać? W prawo, w lewo? Na pewno nie zawrócę, ścieżyna za mną przestaje istnieć, gdy tylko tracę ją z oczu, przestaję widzieć w lusterkach wstecznych.

Frasobliwą minę ma kamienne dziadzisko, jakby współczuł mi, ubolewał, chciał powiedzieć: "toś się, bratku, wpierdzielił! Pożerasz samego siebie tym ciągłym zamartwianiem się, drążysz, drenujesz, wkładasz sobie pięść. Głęboko. Do gardła. I wydzierasz bebechy, masochisto jeden, owijasz nimi szyję i wieszasz się na własnych trzewiach. A tyle zachodu tylko po to, by dokarmić mola, dać upust frustracji, nie, wróć - przekarmić gryzącą cię kliniczną deprechę, rzucić siebie na pożarcie, w dodatku krzycząc <<smacznego!>>".

Siedzę w międzygalaktycznym wraku i usiłuję zmienić poczciwą, do połowy krytą dachówką (resztę zwiało, strąciło przepaskudne burzysko w dziewięćdziesiątym czwartym roku), do połowy eternitem stodołę, w kosmos. Ten większy - wewnętrzny. Ten niepoznawalny.

Chcę go przemierzyć, obfotografować. Bać się, nie rozumieć.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Wrotycz 9 miesięcy temu
    -- Karcąco-ironiczny wzrok Heńka, nieme "ej, co ty odpierdalasz? Dałeś tyle pieniędzy za śmiecia, złom, po prostu odpad?". --
    Czytelnik wie ciut więcej ze względu na poprzedni rozdział o fascynacji Edkiem, ale... też nie do końca jest przekonany co do ceny sentymentu.
    >
    .
    .
    .
    .
    .
    i wreszcie kop, olśnienie, ale zajebisty pomysł:

    "Wiem, że mi się uda, rozklekotanym trupem, którego nie można już nawet określić mianem grata, bo jest na to o co najmniej dekadę za późno, osiągnę prędkość nadświetlną, wzbiję się w chmury. Między Układy Słoneczne. Poszybuję biednym szrotem kosić mgławice, wyżymać ogony kometom, zapędzać do kojców zbiegłe, rozbrykane perseidy.

    Myśli mi przyspieeeeeszają. Zaczęły galopować, cwaaaa..

    Piszę kilka wierszy naraz." -- też chcę wsiąść do cudograta:)

    "w kosmos. Ten większy - wewnętrzny. Ten niepoznawalny."

    Chcę go przemierzyć, obfotografować. Bać się, nie rozumieć."

    5.
  • Florian Konrad 9 miesięcy temu
    dzięki za stałoczytelniczenie i komentarze :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania