Neglerioza rozdział III.

III. Bugatti 126p

 

Na dziś - koniec poszukiwań - wyciągam się jak długi na wersalce.

Znowu to samo: chciałem dotrzeć choćby za próg, uchylić uchylić drzwi i jednym okiem zerknąć w przeszłość-przepaść, a nie udało mi się nawet opuścić własnej głowy. Ciągle siedzę w tym M1 bez kuchni i z łazienką na korytarzu, wspólną dla wszystkich mieszkańców piętra; kulę się z zimna.

Słabo grzeją, w i tak nieprzytulnym wnętrzu robi się nosferatycznie: wypadają mi włosy, skóra blednie jakoś tak trupio, wydłużają się kły.

Jestem ślepy, a może tylko zbyt krótkowzroczny, próbuję wstecznowidzenia, szarpię za klamkę, przykładam oko do dziurki od klucza. Dostrzegam plamy, niewyraźne kontury (ludzi? budynków? może jednego i drugiego, istnieją gdzieś krainy zamieszkiwane przez mówiące domy, sklepy-erudytów, wulgarne kioski, empatyczne stodoły), błotobezkształty.

W notatniku, zamiast tworzyć opisy przeszłych światów, miejsc, które odwiedziłem w zamkniętych epokach, "miejsc, które żyłem i które mnie żyły, dopełniały" - jak rzekł pewien mało udolny, przedwojenny poeta - szkicuję samochód, o ile można tak nazwać wystający z krzaczorów, wypłowiało-żółty kuper małego fiata Edka Zawielity.

Cienkimi kreseczkami szkicuję półbagna moje podleśne, moczary pełne oczaru, sitowia, listowia i pomylonych, wiecznie błądzących ogników; kreślę rozmiękłą i błotnistą z powodu roztopów ścieżynę i zad wspomnianego truchła made in Polish People's Republic, moto-karaczana, którym to zarył był swego czasu pan Edek, w ziemię.

Miałem dziesięć - góra dwanaście lat i nie powiem: pobudziło to moją wyobraźnię.

Morderstwo! Mało wybredni gangsterzy porwali mojego dalszego sąsiada wraz z cudowną bryką, odstrzelili w onej. Nie zabrali fiacika, bo choć dałoby się rozebrać i z powodzeniem sprzedać karypla na części, wtedy pełno takich jeździło po drogach, towar był wówczas chodliwy, nie to, co dziś, każdy "pryszcz" to zabytek dla konesera i pasjonaty, legendarny wóz z minionego ustroju - uznali zapewne, że nie kalkuluje im się, gra nie warta świeczki, policja doszłaby po nitce do kłębka - i zostawili zwłoki w autku.

Dosyć niepewnie podchodziłem do niego, kolana mi drżały. Trudno się dziwić - wtedy jeszcze nie widziałem ludzkich zwłok, ani na żywo, ani tym bardziej w telewizji, były to czasy neptuna, anteny siatkówki i dwóch kanałów TVP, gdzie raczej nie puszczano sławetnych filmów z serii Faces of death.

Internet dopiero się rodził, kluł na Harbvardach, Stanfordach, czy innych zamorskich uniwersytetach.

"Zwłoki, Jezu, ludzkie. Pewnie go zastrzelili, całe wnętrze jest obryzgane krwią i mózgiem! Jak go wyciągnę? Dorosły człowiek w końcu swoje waży..." - kombinował wczesnonastoletni Herkules Poirot.

"Ciekawe, z kim zadarł i o co poszło. Mafia pruszkowska, wołomińska - tutaj? Raczej niemożliwe... Może lubelska? Jakby dało się wypchnąć trupa, potem - wypchnąć samochód - pojeździłbym... Chyba trochę wprawy mam, ojciec pokazywał, gdzie jest sprzęgło, gaz, jak się wrzuca biegi... Policja pewnie nie posadziłaby za współudział, durni nie są - małolat miałby odstrzelić faceta? Z czego - z korkowca? To nawet nie będzie podpadać pod kradzież, ja wiem...? Jest przepis o wzięciu bez pytania celu krótkotrwałego użycia. Może nie skończyłbym za jazdę durnym maluchem w poprawczaku..." - obmyślałem plan.

Niestety - jak to najczęściej bywa - nic mi się nie udało: ani zwłok, kałuż krwi, ani - niestety - kluczyków w pokurczu koloru yellow bahama - nie było. Zawielita - spieprzając na cyku z miejsca kolizji - zabrał je ze sobą. Kluczyki, nie plamy krwi.

I swoje zwłoki podźwignął, coby nie zamarznąć w chłodną, jesienną noc.

Nie wiem, kto później wyciągnął malca - może Zbycho "Lalka" - w końcu mieszkał najbliżej?

Z pana Edka to był dopiero aparat! Potrafił - pomimo sprzeciwu wszystkich domowników - przed samą wizytą duszpasterską wziąć kredę i na drzwiach wejściowych, dorodnymi bukwami napisać "M+B (Kacper - niech spierdala), czyniąc tym samym wielki, a wielki afront chodzącemu po kolędzie proboszczowi, któremu to było na drugie Kacper właśnie. I nie przyszedł więcej, ksiądz Jerzy Kacper Rościszewski, z pokropkiem i łapą wyciągniętą po kopertę.

Do legendy przeszły młodzieńcze edkowe wyczyny: rubaszne piosenki śpiewane na zabawach (przez parę lat był wokalistą zespołu Stawianci - bodajże pierwszej punkowej kapeli w naszej okolicy), wąs a'la kanclerz Adolf, stawanie w szranki z największymi tuzami alkonautyki i przepijanie ich, z kretesem przegrywający tacy mocarze jak Czesiek Michniuk, albo "Balon"; czy wreszcie uporczywe łamanie prawa, notoryczne kradzieże drewna z państwowego lasu, celowe ładowanie si,ę do więzienia, by tam się... obdziarać (znajdźcie mi tu na wolności tatuażystę, w dodatku w późnych latach siedemdziesiątych; wtedy farba pod skórą świadczyła o przynależności do subkultury więziennej, albo byciu marynarzem; nikt "normalny", cichy i pokornego serca, szary i przestrzegający prawa nawet nie myślał o robieniu sobie wzorków), znaleźć w kryminale mistrza kolki, który pierdyknąłby mu na całe plecy zębatego szatana z widłami ww jednej i siekierą w drugiej pazurzastej łapie.

Chytry plan spalił jednak na panewce, kradzież kilku cherlawych sosen nie okazała się na tyle poważnym przestępstwem, by osadzić winowajcę pod sztywną celą.

Siedział więc Edek, zły jak sto os, wraz z pospolitymi pijaczkami i jednym kieszonkowcem, po jakimś czasie przeniesiono go do alimenciarzy i "poważniejszych" złodziei. Żaden z nowo poznanych kolegów nie miał talentu do rysowania, ani nie przejawiał najmniejszych nawet umiejętności tatuatorskich.

Odgibał więc młody Zawielita, cały wyrok i z czystymi, niesatanistycznymi plecami opuścił ZK Małaszew. Bajdurzył potem dla zachowania twarzy, że owszem, miał propozycje i to rozliczne, więzienni artyści wręcz sami napraszali się, by mu wspomnianą dziarę zrobić, na przeszkodzie stanęła jednak cena, jaką zaśpiewali. Siedem - jak ściemniał - kartonów klubowych, do tego duża paczka herbaty, kawa i dwa kilogramy cukru, krótko mówiąc - cały skarbiec, pół Sezamu kosztowności!

"Rodzice zachowali się jak zdrajcy, złośliwie odmówili wysłania paczek! Nie dostałem złamanego szlużka!" - lamentował z udawaną rozpaczą, Edek.

"BPW 7428" - kaligrafuję korektorem. Białe litery na czarnym tle. Do dziś pamiętam numer rejestracyjny fiacika, którym sobie nie pojeździłem. Jest w tym niespełnieniu coś z dostania kosza, odrzuconych zalotów, wyśmiania przez pierwszą miłość. Chociaż wiem - moja wina, za szybko się napaliłem, ubzdurałem, że oto znalazłem pojazd-darmową dziwkę, z którą zaraz, nie licząc się z późniejszymi konsekwencjami, stracę motoryzacyjną cnotę. Jednak w pewnym stopniu do dziś żałuję, że życie to nie przygodowy film dla młodzieży i nie wplątałem się wtedy w intrygę kryminalną.

Jeździć samochodem, w którym niedawno zginął człowiek, siedzieć we wnętrzu pełnym nieskrzepłej krwi! Który dzieciak, już nie mówię z okolicy, ale z Polski, ze świata całego (nie licząc faweli, zakazanych dzielnic w miastach Ameryki Południowej, czy jakichś, kurczę, gett, gdzie trwa wojna karteli narkotykowych policja nie chce się zapuszczać w obawie o własne życie, wszelaka przemoc jest na porządku dziennym, a nastolatkowie widzą tygodniowo więcej zwłok, niż typowy patomorfolog przez miesiąc) tego doświadczył?

Już-już byłem męską Matyldą, ofiara mojego (ruskiego, jak podejrzewałem, bo i skąd by się tu wzięły inne gangusy - wspomniane Pruszkowy, czy Wołominy leżą z dwieście kilometrów od nas, a wschodnia granica - jest na wyciągnięcie ręki) Leona Zawodowca leży z rozbryzganym mózgiem we własnej furze, ubarwia nim wnętrze (specyficzny rodzaj agro tuningu!), film kryminalny wchłonął naszą wieś, zmienił ją w scenografię, plan, zabudowania - w makiety, mnie i Edka - w aktorów mimo woli.

Wybrał mnie sam Spielberg, Tarantino, George Romero, obyło się nawet bez castingu, zostałem zauważony i, choć nic o tym nie wiem - najpewniej dostałem angaż, matka jest we wszystko wtajemniczona, ma zdolność do czynności prawnych, podpisała, jako moja opiekunka umowę, zgarnęła niezłą kasę, a ja nie dość, że nie zostałem o niczym poinformowany, gram niejako z łapanki, to w dodatku za friko, bo okradła mnie, kochana rodzicielka, przytuliła niezłą sumkę (za mniej, jak sto milionów nie zgodziłaby się, aby jej dziecko rozbijało się w samochodzie ubabranym ludzkimi ochłapami, było narażone na kontakt z krwią, bakteriami gnilnymi; przecież to ryzykowne - jeszcze jakiej francy dostanie syneczek!), a ja mam odwalić całą (dosłownie!) brudną robotę.

Z jednej strony - to przyjemne, pochlebia mi, że moje życie zrosło się z filmem, w którym gram główną rolę, z drugiej... a, co się będę przejmować - pójdę do Słowa Podlasia, polamentuje się w mediach, że młoda gwiazda została wycyckana przez najbliższą osobę i nawet durnego pegasusa nie ma za co kupić, mimo, że uczciwie na niego zapracowała w warunkach szczególnie szkodliwych dla zdrowia.

Ech, już-już byłem w pełnym trupów ogródku, witałem się z gąską-kostuchą, przygoda była na wyciągnięcie ręki, lecz - gdy tylko tę rękę wyciągnąłem - zmieniła się w kupę zamarzniętego błota.

Musiałem obejść się smakiem tegoż błota. Bleeegh! Tfuj!

...a któż to jest właśnie rysowan, wychyla nieogoloną gębulę przez okno fiacika? Pan Zawielita Edward, nieżyjący od bodaj piętnastu lat, we własnej osobie!

Odtwarzam cię z pamięci, dzikoludzie, małponieokrzesańcu. Znów jesteś na powierzchni, wypełzłeś z ciemnicy, podziemnego, kreciego pałacu. Oczywiście - z nieodłączną butelczyną w dłoni. Co tam dziś jest grane? Bacardi? Ocipiałeś do reszty? Gust ci się zelityzował od tego gnicia, czy uznałeś, że noblesse oblige, umarlakowi, który zaszczycił nas swoją obecnością, łaskawie pojawił się po parunastu latach absencji, nie wypada raczyć się byle berbeluchą, jak ostatni menel, denatowatość wymaga wzniesienia się na wyższy poziom, wysztafirowania gardła, żołądka, wątroby.

No cześć, chlejusku! Co - masz problem? Wracało się z baletów, może nawet randki z Maryśką, popiło u niej, do nieprzytomności, jak to zwykle na randkach bywa - i zaryłeś malczyną w rów, krzaczory? Gówno chłopu, nie malucha, że sparafrazuję ludową mądrość. Tobie i roweru ukraina szkoda! Reksia kupić, trójkołowego, jak dla pięciolatka, albo hulajnogę - i jeźdź se tym, ile wlezie! Przecież ty, niemoto, prawko w paczce giewontów znalazłeś, o prowadzeniu samochodu na trzeźwo nie masz zielonego pojęcia. Dopiero jak popijesz - wyłazi z ciebie Bublewicz, Zasada, Andrzej Jaroszewicz; odnajdujesz w sobie szczątkowe umiejętności - ale, co gorsza - uwalniają się pokłady brawury. Do półtora - dwóch promili jedziesz w miarę jak człowiek, z resztkami głowy na karku. Powyżej tego - transformujesz się w demona szos i bezdroży, twojemu ferrari marki FSM wyrastają batmobilowe skrzydła, z rury wydechowej strzelają czterometrowe płomienie.

Driftujesz, jako jedyny we wsi, wymuszasz pierwszeństwo, jedziesz całą szerokością drogi, hej, kto Polak - za mną, hajda! Co się będziemy wlec, przecież to wstyd toczyć się przepisową pięćdziesiątką mając lamborghini diablo.

Tak - diablo istne wstępowało w ciebie, szarżowałeś w moto - pokurczu, jakbyś walczył o pierwsze miejsce z całą armią duchów-maluchów; ścigał się ze zmorami w nekroformule 1.

Aż trudno uwierzyć, że to nie, pożal się, Boże, wyczyny kaskaderskie były przyczyną twojej śmierci. Nawet w kryminale nie wylądowałeś, choć parędziesiąt razy było naprawdę blisko.

Zawsze jednak miałeś durnego farta, bezmyślnym jełopom, jak się okazuje, los szczególnie sprzyja, czerwonomordy anioł-cieć roztacza nad nimi parasol ochronny, by szli, często krokiem mocno niepewnym, wężykując, albo w ogóle na czworakach, pracować na nowe grzechy, popełniać wykroczenia, toczyć zapamiętałe boje z nie znającą litości hydrą kaca, wściekle, z pianą na ustach ujarzmiać ją, odcinać tysięczną głowę kolejnej z mięsożernych bestii - trzeźwości.

W zasadzie źle się stało, że cię nie przyskrzynili. Może znalazłbyś w mamrze Trzeciej RP upragnionego tatuatora, albo choć kolkę i - uparłszy się jak dzikie oślisko - przy pomocy dwóch lusterek, z wielkim trudem, sam byś sobie wydziargał wymarzonego czorta.

Jakby się udało - zyskałbyś pewnie szacunek pod celą, więźniowie poważaliby twardziela, który porwał się na coś, czego nie notują annały penitencjarne - i wygrał, nie spieprzył rysunku, nie wykłuł sobie szczerbatego byka o krzywej mordzie, tylko autentycznego władcę piekieł.

Ciekawe, gdzie teraz jesteś, ofiaro zet trzydziestki ósemki. Wiem, widzę twoje odbicie - patrzy tępo z kartki notesu. Nie o to pytałem.

Zastanawiam się, co stało się z twoim czarnoetylowym duchem. Może lata u powały rodzinnego domu z przytroczonymi do stóp małpeczkami wiśniówki, czy nalewki cytrynowej mocnej, rozpuścił się w baku fiacika, który po twojej śmierci ciągle dogorywa za stodołą.

Albo reinkarnowałeś się, zajmujesz nowe lokum, odrodziłeś się jako hinduski jogin, co to przez całe stupiętnastoletnie życie nie miał w ustach kropli alkoholu, ślepy motyl, albo kochający zabawy sado-maso stały bywalec niemieckich dark roomów.

Gdzieś przecież jesteś, świeżo sprowadzony z Holandii John Deere Z-38, w którym, mając ledwie półtora promila, umarłeś na zwykły, nie bohaterski, pospolity do bólu zawał serca, nie może być twoją pierwszą trumną. To brama, przejście do innej płaszczyzny, wymiaru; jak zwał, tak zwał.

Zastanawiam się, czy choć po części pamiętasz przeszłe życie, wszystkie te utracjuszostwa, które tu odpierdzielałeś i o których do tej pory krążą legendy; te hulajduszady opiewane przez nie umiejących się bawić aż tak epikurejsko, pozostałych przy życiu mieszkańców Kwirewki, przekazywane ustnie najmłodszym pokoleniom poematy heroikomiczne.

Ozdobiłem rękopis twoją podobizną, nasz ty lokalny bohaterze; sportretowałem siedzącego wewnątrz (sic!) rączego rumaka, który nie raz i nie dwa ratował cię z opresji i jednakoż w te opresje wpędzał, ocalał skórę podczas krwawych i zażartych potyczek z hufcami Polmosu, nacierającymi ze sklepowych półek rycerzami Zakony Warki, Okocimowców Krzyżowych, czy nie znających ni w ząb litości, przeokrutnych Perlan.

Odnosiłeś ciężkie rany w pojedynkach z Templariuszami Siwuchy, jak lew walczyłeś, by - co niespotykane - nie zachować twarzy, honoru, ale zupełnie przeciwnie - stracić je kompletnie i nieodwołalnie. Przyznam - swego rodzaju upór... Żeby tak zawziąć się i świątek-piątek realizować plan, mozolnie, jak modelarz, co ósmy rok kleci drewnianą replikę galeonu w skali 1:3, albo budowniczy sławetnego zamku w Łapalicach, który - co prawda nieco bez zezwoleń, ale nie o tym teraz - stawiał swoją warownię pod koniec XX wieku.

Każdego dnia mieszałeś w głowie kwaśną glinę, z uporem maniaka lepiłeś pomnik kompletnego degenerata, odlewałeś się do farby i na ścianach rodzinnej chałupy powstawał fresk. "Autoportret w kufajce". Diabelnie świeckie, wręcz antyreligijne dzieło.

Pewnie zamamiło ci się, jak wielu podobnym bon vivantom na przestrzeni stuleci, przejście do legendy, wymoszczenie sobie miejsca w historii, wydeptanie go znoszonymi buciorami o odklejających się podeszwach.

Pchałeś się więc, rękami i nogami, do zbiorowej świadomości Kwirewskich, rozpychałeś łokciami. Niczym egoistyczne z natury pisklę, które czuje, że jeśli nie będzie skrajnie okrutne - zwyczajnie zginie z głodu, wygartywałeś z gniazda innych ochlejusów. Współbraci w niedoli.

Skoro postanowił zmitologizować się, wczepić jak kleszcz w okołokwirewskie lasy, pola, łąki, nurek zasklepowy - musiał być skrajnym hardkorowcem, różnić się od szaraczków, stać się przerysowanym, jak mawia się po angielsku "largen than life", wygenerować w sobie drugiego Edka i przekarmiać go, sprawiać, by rozrósł się, przebił skórę nosiciela.

Wystawiał każdego Sylwestra, karnawału, zabawy, a najczęściej bez specjalnej okazji, dyniowatą głowę aż pod niebo, nasz gargantuiczny, karykaturalny Edek-utracjusz, który najbardziej na świecie marzył o więzieniu, czorcie wydziaranym na plecach i morzu, Oceanie Tetydy czystej, polskiej, taniej gorzały.

Choć tyle lat minęło od śmierci - jesteś tu, wdrukowany, wżarty. Gdzie nie spojrzeć - twój pomnik - stoi na rogu stodoły, chlewu, psiej budy, unosi się na powierzchni wody w sadzawkach i bajorach, nawet w rowach, albo dynda nieco smętnie w powietrzu, gdy tylko ktokolwiek wspomni, coś za życia wyczyniał, rozmowa, nawet mimochodem zejdzie na temat szaleństw, którym spokojnie można nadać miano zawielityzmu.

Gdzie są dwaj, albo trzej rozmawiający o tobie ludzie - tam i ty jesteś, pojawiasz się w podrzeczywistości, więc nie sposób cię zauważyć. Stałeś się plamą, niewywabialną skazą na pocerowanym obrusie naszej miejscowości (grafomaniest metafore ewer!).

Wybacz, że raz jedyny zwątpiłem w moc twojego punko-pierdolca, choć docierały do mnie słuchy o ekscesach, jakich się dopuszczałeś, na czele z niezapomnianym obnażeniem się podczas koncertu Sławy Kwaśniewskiej, wtedy, na dróżce, widząc Edkomobil w jakże rozpaczliwym położeniu, ja-gówniarz, któremu filmy akcji, kryminalne i gangsterskie zryły psychikę - nie odebrałem tego jako owoc twoich starokawalerskich, spóźnionych dziecinad, naprawdę pomyślałem, że stało ci się coś poważnego. Że w końcu się doigrałeś, kosa trafiła na kamień i złamała się wpół.

Podważyłem wielkość twojej psychopatii, zakwestionowałem skrajny nonkonformizm! Hańba, jakiej nie można wytłumaczyć ani młodym wiekiem, ani innymi czynnikami!

Mieszkać w jednej wsi z Sidem Viciousem i nie dostrzegać bijącej od niego łuny, blasku szaleństwa! Ach, jakże odpokutować za ową ślepotę? Upamiętnienie ciebie na kartach opowiadań, w szkicach? Mało!

Powinienem pójść do Canossy, za stodołę, gdzie stoi relikwia drugiego stopnia, paść przed nią na płask i ze łzami w oczach całować zjedzone przez rdzę błotniki, karesami namaszczać wybite przednie i tylne lampy, scałowywać mech, pierwotki i pleśniowe zacieki z drzwi w kolorze yellow bahama.

A potem, za ostatni grosz odkupić od matki twej, staruszki (najlepiej: po cenie złota!) zwłoki fiata-męczennika, wyrwać je władimircem z ziemi (wrosły przez lata postoju przeokrutnie!), zaciągnąć do do swojej stodoły i powoli, żmudnie, od ust sobie odejmując, remontować; starając się zachować jak największy stopień oryginalności menelskiej relikwii.

Doprowadzić wehikuł do stanu używalności i - przenigdy, niech mnie ręka boska broni! - nie jeździć nim, nawet nie wsiadać za kierownicę przy zapalonym silniku. I nikomu nie pozwalać tego robić.

Bo, choćbym nie wiem ile brewerii nawyczyniał - nie przebiję cię, panie Johnny Rotten, sekspistolsie nadbużański; a jaśniemaluch (gdy będzie na chodzie), uruchomiony alkoholowóz - to przecież sancta sanctorum, miejsce najświętsze ze świętych. Nie godzi się, by było dostępne dla trzeźwych profanów, by kalały je niepromilowe łapska!

Tylko ty, rycerzu nasz, możesz prowadzić Marengo, dosiadać Tencedora!

Krążysz nad wsią. Kołujesz coraz szybciej. Nie dosięgnąć cię, nie dostrzec. Da się jedynie wyczuć delikatne muśnięcia wiatru. Cuchną siwuchą.

Zapewniłeś sobie pożywotni fejm, samookaleczeniowcu. Mistrzu nasz, któryś wskazywał drogę pełną cierni, do tego - zalaną fekaliami i pełnymi piór ściekami z zakładu Włod-drop.

Nikt z nas jeszcze nie odważył się na nią wejść, postawić choćby obutą w pancerny gumofilec stopę. Będę pierwszy? - pytam postać gapiącą się z notatnika o buroniebieskich kartkach.

Milczy, siniak. Zbiera się do ucieczki. Nie ma po co siedzieć w zagrzęzłym po pas Bucefale. Jeszcze zlecą się ogary, gończe psiska z kajdankami i alkomatem, zabiorą do mamra, gdzie znów nie będzie tatuażysty-diabłoroba.

Ponad eternitowymi dachami spichrzów i chat rozciągają się powietrzne gabloty twego muzeum (tak zacna osobistość, honorowy mieszkaniec cmentarza parafialnego nie mógł pozostać nieupamiętniony!).

Przyszłe pokolenia Kwirewskich, nasze nienarodzone prawnuki patrzą urzeczone, rozdziawiają usta z zachwytu widząc ogrom twych dokonań na polu autodestrukcji.

John Deere Z-38, w którym zakończyłeś ziemską balangę, stoi na poczesnym miejscu (niczym wagon, w którym umarło się Kim Dzong Ilowi, w muzeum jego imienia). Z pozoru smutny eksponat jest w rzeczywistości Świątynią Przejścia.

Realnym traktorem Lecho, twój brat, nie dalej, jak wczoraj rozrzucał obornik.

Hen w górze, jeśli mogę to tak nazwać - nieco zamarznięte, zalakowane, zatopione w przezroczystym silikonie, trwają na wieczną rzeczy pamiątkę, artefakty hulanek, relikwie czarodzieja etylizmu, który żył za pięciu. Pił za osiemnastu. Gdziekolwiek jesteś - postaraj się pozostać taki, jak dawniej. Leć, niezmiennie w dół. Ciągle miej nadzieję, że nigdy się nie roztrzaskasz o kamienny, zimny, niegościnny, obcy świt, barbarzyńską trzeźwość, poranek suchy jak pieprz; morderczo ziarnisty, drżący przed oczami obraz, twój na zawsze wódczany duch ciągle będzie rozbijać się malcem na czarnych blachach.

Auto-widmo, w środku - koleś, co pił autowidol. Jakie to piękne, literackie, prawie do rymu. Ile w tych słowach blizn z czerwoną kartką, zgniłych korzeni, kwiatów bez łodyg, skarlałych domów, do których nie da się wejść po powrocie z pracy,, tak się przez parę godzin skurczyły...

Chyba coś chrzanię. Zamykam notes. Śpij, Edek, niech ci się przyśni koszmar. Moje opowiadanie. Główny bohater - straceniec mieszkający na wschodzie Polski - budzi się jako zepsuty magnetowid. Pożera kasety - i nic więcej nie umie. Memla, żuje fałhaeski i wypluwa farfocle, brązowy makaron, nieanielskie włosy.

Filcują się, mną, gną, wykrzywiają postacie, twarze, sytuacje, miejsca. Łamią się kręgosłupy aktorów, strzeliste wieże Sears i Trump Tower, samochody wzbijają się ponad chmury i spadają wraz ze strąconymi gwiazdami. Lawa tryska z ust i oczodołów umierających krawaciarzy, w pokruszonych budynkach pokruszone japiszonidła mieszają się z rozkawałkowanymi zwierzętami. Ludzie-gejzery ejakulują płatami tynku, mączką mięsno-kostną.

Byłeś burzycielem, Edziu, tornado, jakie pazurzyskami z wieloletnią żałobą rozkręciłeś wewnątrz własnej głowy, pochłonęło powiat, województwo, ćwierć Eurazji.

Śmierć przesiadła się z auta o numerze rejestracyjnym BPR 7428 do kilkusetkonnego, zielonego ciągnika. I rozjeżdża, pani Kostucha, serca wiejskich sybarytów, który, zatraceni w balangowiczostwie, postradali wszystko, prócz dobrego nastroju.

Poza nieuleczalną głupawką, pustym rechotem do sera. Bryndzy, bo na ementalera żadnego z nich zwyczajnie nie stać.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Wrotycz ponad tydzień temu
    nosferatycznie
    wstecznowidzenia
    błotobezkształty
    moto-karaczan
    batmobilowe
    sekspistolsie
    japiszonidła
    balangowiczostwie

    Ot, kilka przykładów sprawności (niezwykłej) języka opka. Tfu, rozdziału. Czasami mam wrażenie, że wygrawerowałeś sobie w neuronach wszystkie możliwe wyrazy i teraz zabawa polega na słowotwórczym ich krzyżowaniu:)
    Nie chcę spojlerować w komentarzu, więc tylko napiszę, że Edka światopogląd jest /tzn.był/ tak luzacki, że warto, gdy nudno i chmurno poczytać szczególnie. Kapitalnie podane anegdoty, ruch, energia, świetny język. A dominuje oczywiście ironia.
    5.
  • Florian Konrad ponad tydzień temu
    dziękuję serdeczniasto. Książka się pisze :)))

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania