Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Neglerioza rozdział XXIV.

XXIV. Podwójne ściany

 

Podłoga, zasikana przez dziewczynę. Leżę prawym udem w jebutnym kleksie. Kałużce. Mokro. Wilgoć podchodzi, podsiąka pod jaja (ciągle je mam!).

Smród palonego białka, włosów, kości, plomb w zębach, moich i tej całej Margdaleny, czy jakoś podobnie, ledwie da się znieść. Perfumy rodem z krematorium, cierpkie.

Dźwigam się do pionu. Kończyny - jak się zdaje - na miejscu; głowa, a przynajmniej większa jej część - również.

Przeciąąąąąąąągnąłbym się, wyciąąąąągnął ręce w tył i powyglądał przez parę chwil jak Spirit of Ecstasy, ale nie jestem pewien, czy coś nie strzeli w kręgosłupie, albo i głębiej, nie połamie mi się osobowość, albo jestestwo i nie rozlecę się na pięćdziesiąt siedem milionów osiem tysięcy i jedną część.

Moja budowa opiera się na mechanizmach sprężynowo-zębatkowych, potrafię zginać rączki, nóżki, robić przysiady. Mógłbym - przy sprzyjającym układzie gwiazd, gdy Zwrotnik Skorpiona byłby daleko od Lwa, a Rak nie próbował uszczypnął Panny w pośladki, NADAJĘ SIĘ - powtarzam nową mantrę - umiem chodzić; a to prawie gimnastyka.

Padam. Leżę, niczym nieskrępowany, w głowie gonią się, jakby miały ruję, guzowate, gąbczaste historyjki, baje nie nadające się do opowiadania dzieciom, niedorymiczne wiersze.

I wtedy, dość niespodziewanie, bo miałem nadzieję, że to przynajmniej chwilowy koniec "atrakcji", czuję, jak wyradza się. Kształt, ale nieregularny, coś, jakby rzygnąć na rozgrzaną płytę kuchenną, parujące, niedotrawione resztki brukwi, szparagów, krople kompotu z cynaderek.

Blaszeję, zblaszam się. Wtłoczona we mnie dziewczyna przestaje się rzucać.

Przebłyski. Z kompletnie innego świata, z zaprzeszłości. Wyfizdrzenia. Ostre, kłujące.

Wstaję. Mam wrażenie, albo w istocie jestem... ożywionym autem. Biedatransformer made in N-ta RP: poeta w skórze, a raczej w skaju fiata 126p.

Dokładnie tak: mam koła, silnik, siedzenia, nawet apteczkę i gaśnicę. Jestem w pełni szaleństwa. I w pełni szaleństwem. Dostaję żółtaczki i moja skóra przybiera kolor yellow bahama.

W dowodzie osobisto-rejestracyjnym zamiast personaliów mam wpisane"BPW 7428".

Chodzę wkoło klatki, zwiedzam zimne i smutne stolice państw przechodnich, do których lepiej nie jechać na urlop, bo są całkowicie pozbawione dostępu do światła słonecznego, a ich mieszkańcy by nie zwariować z depresji i nie powyrzynać się - palą śmieci i przez większość czasu śpiewają siedząc w krąg ognisk; państw mijalnych i zbywalnych, krainy bilonowe, gdzie każdy z natury jest rozmieniony na na drobne, hektary porośniętych opuncjami nieużytków, wsie bez legend i przesądów, do bólu racjonalistyczne wsie bez ludzi, gdzie sołtysami są drzewa, lasy pozbawione myśliwskich ambon, kościoły pozba... nie - tam akurat wszystko jest po staremu, ani jeden nie został przerobiony na centrum kultury, biblioteke, czy magazyn.

W japońskich mieścinach ludzie już w ubiegłym wieku zmienili się w mechaniczne lalki karakuri-ningyō, polskie zasnuwa eternit, całe hałdy szarych, falistych powierzchni.

Brzydzę sie siebie, rozpaczliwie próbuję oderwać płaty blachy, porastające mnie części malucha.

- Nie szarp się, nie szarp, bo ci linka pęknie. Od prędkościomierza.

- Niezły kożuch, he, he. Tylko zakonserwowaty, szczob ny rdzywiw - wykrzywia kamiennozębą mordziakę Prirodin.

Wydzieram kierownicę z klatki piersiowej. Moja głowa jest bombą szybkowarową, kipi w niej bimber z opuncji.

- Tsooo... wyście... skurwy... - cedzę przez zaciśnięte kontrolki. Dopełnia się jakieś nieuroczyste, jak najbardziej pospolite misterium, coś z towotu, płynu hamulcowego i przeterminowanej polopiryny w apteczce, spływa mi po dachu, szybach, dziurawej podłodze.

Mam wrażenie, że jestem swoim własnym dzieckiem, dokończono mnie po wielu latach przestoju; minęły pokolenia, odkąd zaniechano prac, a teraz proszę - jest(em) - najnowszy cud mody, krzyk techniki, dzieło wizjonerskich inżynierów z Turynu!

Zachowałem świadomość i wspomnienia, geny ojca - gorszego z rodziców, bardziej autodestrukcyjnego, ale nie jestem tylko nim. Wniknąłem, czym może bardziej zostałem wywołany, jak duch, co nigdy nie żył, z otchłani, trzech pajacowatych guślarzy kazało mi wniknąć w ciało tego nieszczęśnika, opętać go.

Tak wiele ważkich pytań. Żadnych odpowiedzi.

Tak bardzo chcę się rozpaść, by móc je poznać.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Wrotycz 2 miesiące temu
    Nie mogę w aż takim pędzie obrazów zachować odbiorczej równowagi. Coś niesamowitego. Uff..
    Szalona, niepoważno-poważna kreacja nowego bytu. Tomasz i?
    Ockham podciąłby sobie gardło:)
  • Florian Konrad 2 miesiące temu
    dziękuję. powieść jest przepisana. Tomasz zrósł się z Margdą i dzieckiem, stanowią JEDNOŚĆ PRZEZ DUŻE JOT :)
  • Wrotycz 2 miesiące temu
    I taka myśl mi przeszła odnośnie nowego istnienia.
    Dzięki za info.
  • Zaciekawiony 2 miesiące temu
    Żyjesz i jesteś meteorem...
  • Florian Konrad 2 miesiące temu
    lata całe tętni we mnie ciepła krew

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania