Neglerioza rozdział XI.

XI. Body shaming

 

Krzywię się. Zęby oblepia fusowate błoto kawy-zombie. Przepłukać to! Szubko, bo zaraz shaftuję, rozpłaczę się, dostanę ataku nieopanowanego śmiechu. Jednocześnie. Ale nie tutaj.

Ździrka-podśmiechujka znów pełznie z tym swoim cynicznym uśmieszkiem uczennicy Antystenesa. Mądrutka taka, przenikliwa! Z twarzy potrafi wyczytać, z kim ma do czynienia.

Rachunek. Już, już. Płacę. Warczę.

No i się zaszczepiłam, jak rasowa menelica.

Wychodzę. Komórka się odzywa. Mechaniczny dźwięk dwóch całujących się, muzealnych komputerów Odra. Maszyna Singera z lat czterdziestych wkłuwająca się drugiej do gardła. Melodyjka - lamerski synth-pop sprzed czterech dekad, albo starszy. Jean-Michelle Jarre skreczujący w przedszkolu igłą po czaszce zamordowanej wychowawczyni.

Zmieniłabym wieki temu, ale... nie wiem, jak. Żeby to był choć smartfon - nie miałabym najmniejszego problemu, co ja - ułomna?

Ale ten gnieciuch, jak go nazywam, nie daje się oswoić, czy bardziej - okiełznać. Pół roku już próbuję poskromić czorta, a on swoje - klei się do rąk, rezonuje, gdy nie trzeba, świszcze-wyje, albo mamle-chrzęści coś pod diodowym nosem, zamiast przekazywać, jak do diaska przystało na telefon, głos rozmówcy.

Nie miał mnie czym uszczęśliwić, Łukasz! Gdyby nie fakt, że przetarg na obsługę sieci teleinformatycznej w całym kraju wygrała JEDNA firma, kutasiarscy monopoliści z VAYANOVKI (i niech ktoś mi powie, że Polska się nie uwstecznia - nie dość, ze nie ma możliwości zmiany operatora, to jeszcze jest się skazanym na ruską sieć - no co to, ja się, pytam, jeśli nie PRL-bis? A powiedz coś głośniej, wyjdź na ulicę, albo napisz w sieci - to zaraz do ciebie zapukają panowie w niebieskich kubraczkach i zapytają, czemu siejesz ferment, defetyzm, kunktatorstwo, uprawiasz mały, średni i cholernie duży sabotaż, co złego jest w gościach zza wschodniej granicy, może wolisz Niemców i ich wszechobecne podsłuchy? A jak ci tak źle z komórką - to proszę bardzo, do łask wracają budki telefoniczne, reaktywowano TP SA, albo Poczcie Polskiej proszę dać zarobić, o co ci chodzi, nie masz przecież obowiązku dzwonienia, Gorbaczow ci nie stoi nad głową z batogiem; listy, najlepiej pisane piórem - to takie oldschoolowe, vintage i nawet romantyczne, proszę wysyłać listy, kartki, telegramy, jak VAYANOVKA nie leży, odłączyli wszystkie inne, w majestacie prawa uruchomili zagłuszarki i nie da się skorzystać ze zwykłego iphona, trzeba był - chciał, nie chciał - przerzucić się na ich guminy- leguminy - pozostałabym przy starym fonie. Ale - ni mo.

Niby taniuchne jak barszcz, właściwie za darmo i nowocześnie, ale planowałam, tak bezczelnie ograniczana, pozbawiona możliwości wyboru, zastosować się do rad policjantów i w ogóle zrezygnować z używania telefonu.

Jak to wygląda? Gumoleum. Rozdeptana gumijagoda. Wkładka do buta, plaster na odciski. Płatek kosmetyczny, interaktywny.

Wymuszone iście z duchem czasu, techniki, konieczność używania skórki od banana, zamiast telefonu.

W dodatku (najgorszy w moim życiu, kompletnie nietrafiony) prezent robi ze mnie idiotkę, łączy się na chybił - trafił z numerami, których nigdy nie wybierałam, na przykład z ambasadą Czech w Tallinie, osobami z Maroka, czy Ułan Bator, przerywa, skrzypi, skrzeczy, wyłącza się w trakcie rozmowy, albo... skarży się, kwili żałosne sonety krymskie, akermańskie, płacze wręcz w obcych, węzełkowatych językach. Nie rozumiem ani słowa, więc może jestem w błędzie, przeklina mnie, ustrojstwo, drwi w najlepsze.

Łukasz - informatyk, co wlazł na patyk, gadżeciarz, uznał, ze nie mogę się obyć bez telefonu. Postanowione. Zaocznie. Jest mi potrzebny jak tlen, niekiedy - szot.

Albo shot - z dubeltówki, prosto w skroń.

Kupił ładne zapakowane badziewie, wręczył z namaszczeniem, jakby prezentował pakiet akcji FIUDACTO, albo przejął, wrogo oczywiście, cały koncern; wraz z komórką ofiarowywał mi, pasjonat bajerów, zamki, pałace, cuda tego i wszystkich możliwych do wyobrażenia światów, konstelacje gwiazd, przeolbrzymie drzewa, które zamiast owoców rodzą kosmosy.

Przyjęłam dziadostewko, jak się okazuje - na swoje nieszczęście. Nie miała baba kłopotu - kupiono jej fona.

Co teraz zrobić z łobuzem? Reklamować? "Przecena wyłącza możliwość dochodzenia roszczeń z tytułu gwarancji" - zabełkotał chłystek na infolinii operatora.

Ukatrupić? Czasami się przydaje...

Kupić nowego? I borykać się z drugim nowotworem? Dziękuję, postoję.

Czasy normalnych komórek definitywnie się skończyły i trzeba się męczyć z elastycznym ustrojstwem, albo zacząć hodować gołębie pocztowe, czy zaopatrzyć się w dalekopis.

- Słucham?

- Wiwiwułkiiiiii

- Halo? Powtórz! Pow-tórz! Tak, już. Tylko jedno badanie. ...nawet bardzo, ból, jakby ci każdy ci każdy narząd wewnętrzny przesłuchiwali gestapowcy... no, może trochę przesadziłam. ...siedzieć, czekać na wyniki, być, dobrej myśli. Co więcej pozostało? ...po siódmej będę, nie wcześniej. Albo w ogóle - rano. Nie czekaj na mnie. ...z kochankiem na Teneryfę, do cholery! Nie pamiętasz, jaki dziś dzień? Choć raz byś ze mną poszedł... do trzydziestego. Wyślij, inaczej wiesz, co. Cześć, pa.

Rozłączam się z uczuciem ulgi, jakby mi wyjęto z ucha drzazgę.

Ciemny, napalony jak knur, mały Łukasz ciągle nie domyśla się, że to koniec. Wierzy, że nie ma żadnego kryzysu, a jeśli nawet - to mały, ledwie widoczny; na horyzoncie nie czai się pustka, bo i która zechce stupiętnastokilowego rudzielca, takiej frajerki jak ja - ze świecą szukać; łudzi się, Jabba, że byłam i jestem mu wierna, a moje nocne wyjścia do klubów są jak pielgrzymki zakonnic do Ołtarzewa, czy innego Dzbędza Kościelnego. Mężczyźni? Jacy? Otaczają mnie wyłącznie kobiety, w dodatku - sześćdziesiąt plus, babunie, co wyrwały się z domu po całodziennym niańczeniu wnuków; rzuciły kaszki, pieluszki i poszły w miasto.

Alkohol? Niskoprocentowy, pity z umiarem. Zdrada? Że niby ja jego? Adonisa z odparzeniami pod lewą cycką, Łukaszka o smukłej figurze, pod dupą którego pękła już trzecia gąbka siedzenia ("nietrwałe te fotele, jak wszystko mazdy"). Takich mężczyzn zsyłają anieli z niebios, Dziadek Mróz dorabiający po sezonie w VAYANOVCE wpycha ich przez komin. Po kawałku. Rączki, nóżki, połowa korpusu. Facet z Ikei, domowy worek pełen niezastygłego cementu, płynnych kości. Do poskładania.

Nigdy nie pytam siebie, co w nim widziałam. Łukasz zaistniał w moim życiu jedynie z desperacji, niskiej samooceny, gorzej niż słabej wiary we własne możliwości. Tacy mężczyźni są wyłącznie z braku laku - ani to śliczni, mądrzy, ani to zabawni, czy choćby bogaci. Co on ma do zaoferowania poza płachtami nudy, gobelinami, czasem pustki, bezsilności, wręcz beznadziei?

Patrzcie: Margdalena Wojciechowska, modelka, która codziennie pozuje do obrazu Madonna z knurem, nieszczęśnica cierpiąca na r i przyrośniętą do podbrzusza beczkę serwatki, wody po pierogach, kapusty, dźwigająca na plecach ceber masła nie pierwszej świeżości.

Pomimo stosunkowo wczesnej, nieimprezowej pory - w Antologii już wrze. Klub, który nigdy nie gaśnie, nie budzi się, bo nigdy nie zasypia, trwa w ekstatycznym szale, drży epileptycznie od świtu do zmierzchu.

Ledwie otwieram drwi przybytku (zawsze dziwił mnie brak selekcji, fakt, że można do niego wejść prosto z ulicy - a mimo to nie ma gigantycznych tłumów, jest tłoczno jak zawsze, ale do diabła - tu powinno być jak w mrowisku, człowiek na człowieku; kto nie chce wejść za darmo do niebios, mówi: "Eee tam, mam czas, na razie idę do macka na frytki z colą"?) - zostaję zalana, tonę w dźwiękostrzałach.

Huk, zwany przez głuszców, którym słoń na ucho nadepnął muzyką, wyrywa mi zęby, wyłupia oczy, szatkuje ubranie.

Dzją! Dzją! Fiźźźź! - plują głośniki.

Wchodzę jak do gabinetu dentystycznego, z równym deentuzjazmem. Trzeba poczekać paręnaście minut, aż organizm przywyknie do dźwiękowego piekła, zaklimatyzuje się w odwrotnej strefie czasowej, gdzie wszystko młodnieje ze starości, umiera w wieku niemowlęcym pod opieką lekarzy geriatrów.

Zamiast uszu mam trzustki, dwie, albo i siedemnaście, w nozdrza wbił się kineskop telewizora uran. Jestem kabiną dźwiękoszczelną, krzyczę do własnego środka i odpowiadam zakłóceniami. Warczy układ scalony, panowie Lem, Philip K. Dick i Prachett robią za DJów. Kręcą potencjometrami w sercu. Zielona dioda. Teraz czerwona. I syk, swąd spalenizny, rozgrzanej gumy, nasienia, smak potu. Błyski. Nie jestem w stanie się skupić na tym, by próbować się skupić. Schylam się, bo jakichś dwóch półnagich dzikusów (jeden ma na torsie brokatowy napis "Tony Halik") postanowiło pobawić się w Indian.

- Ałałałałałałała! - wyją dorośli (jedynie metrykalnie) mężczyźni ganiając się z plastikowymi łukami.

Wpływam głębiej. Wbywam. Zostaję wciągnięta przez groteskowy wir, tornado-burleskę.

Niemłode, rozebrane do rosołu kobiety (nikt nie wstydzi się pokazywać obwisłości i zmarszczek; Antologia od czasu zamknięcia bialskiej Sykomory pozostaje ostoją naturyzmu w regionie, jednym z pierwszych i obecnie nie mającym konkurencji klubem dla golasów we wschodniej Polsce) łapią mnie za ręce i bez pytania o zgodę wciągają do kółeczka graniastego, czterokanciastego. Stupalczastego.

Śpiewa nam się szantę-wulgarkę, bez przywiązywania wagi do słów, sensu, melodii. Lecą w ryk i gwar, mieszają się z nutami słowa-kosmate motyle o kaprawych ślepkach, rozbijają się o skały statki pełne rozochoconych majtków bez majtek, bosmanów, którym tylko jedno w głowie. Na bocianich gniazdach gwałcone są bociany, mewy, Beaty z Albatrosa i same albatrosy.

Już po trzech - czterech zwrotkach udziela mi się głupawka, złe samopoczucie zostaje zapacykowane kisielem z buraków, przecierem awokadowym.

Nieludzko niedopita serfuję w stronę baru. Oczy mi się szklą na widok szkła, przepychu butelczanego, przeszkłocudowności!

Rzędy butelek od mojego ostatniego tutaj ochleju pomnożono przez pięć: koktajle, musy alkoholowe, karafki wypełnione winem z żar-ptaków, płynną platyną, dumnie prężące brzuchy szampany w półmetrowych flachach (huk towarzyszący otwarciu takiej musi się równać wystrzałowi z armaty!), butelki-dubeltówki, nagie panie, panowie, butelki urodzinowe w kształcie wzwiedzionych fiutków, nabrzmiałych z podniecenia wagin (de-gust!), równie szczeniackie baryłki- drewniane głowy muzyków heavymetalowych, seryjnych morderców, czy przywódców duchowych (kto chciałby przyłożyć wargi do wystającego z dębowych, papieskich ust kranika i spijać wraz z rumem bulgoczące kazania - ręka do góry!), wreszcie: gołdencje luksusowe, przeznaczone jedynie dla studentów do picia podczas śpiewania Gołdaamus igitur, prekariackie piwa, nalewki babuni, wujka, stryjka, praszczura, whisky na szczurach, chomikach, wódki z zatopionymi wężami, glistami ludzkimi, tudzież innym pasożyctwem, sztuczne świnie,z których można się napić koniaku (są chętni do zabawy w warchlaka? Osiemnaście nierdzewnych sutków czeka!), płaskie i wygięte w pałąk komputery marki VAYANOVKA rozlewające niemożebnie drogi spirytus prosto do klienteli tłoczącej się przy dystrybutorach Ruscy przejęli rynek usług telekomunikacyjnych, ostatnio robią zakusy na sieci barów Neon; Analogia, jak się mówi na mieście, jest w ich zgrabiałych z syberyjskiego mrozu łapskach od dobrego kwartału).

Nie czas na pytanie (retoryczne) czy jestem alkoholiczkę, skoro ze wszystkich skarbów globu, jakie widziałam na Discovery Channel, Travel, z Luwrów, Prado, pałaców w Kozłówce (ten jeden - na żywo i od wewnątrz), dzieł sztuki pisanej, malowanej, haftowanej, rzeźbionej, mazanej, lepionej, gryzionej, śpiewanej, wydzieranej i chuj wie, jakiej jeszcze - najbliższa memu sercu jest sztuka alkoholu - skarb dany w prezencie od o niebo lepszych bogów od tych, którzy raczyli mi zesłać Łukasza, uszczęśliwić opasem.

Głosem łamiącym się jak garść suchych patyków (te metafory niedochlańcze!) składam zamówienie. Czysta, antarktyczna, lodowa - raz.

Śniady barman w munduro-liberii skina głową i zabiera się za nalewanie. Zaraz będzie, moja Aria Królowej Popołudnia, Madonna z kielonkiem; obraz, film zawarty w szocie. Zapowiedź przaśnego Raju, antykamera w Pałacu Saskim, przedsionek Infernum.

Chodź, chodź, maleńka, nie daj się prosić, no, do roni - i siuuup - w myślach mówię do ordynarnej wódy jak do szczeniaczka, puchatej kuleczki, której nie da się nie kochać, a jeśliby ktoś nie roztititał się, nie roz-śłodziaćko-piesiećkował", nie rozczulił się na sam widok, nie zaczął ćwierkać pieszczotliwie, jak do niemowlaczka - znaczy, że ma charakter gorszy, niż bandzior, jest okrutnikiem, sadystą o toporze zamiast serca.

Drugi, trzeci, czwarty pupilek wskakują mi w dłoń, do ust, rozpuszczają się w krwoibiegi. Nie spostrzegam, kiedy staję się kodem QR, skanowanym przez większość mężczyzn w lokalu. Taksują mnie wzrokiem, czemu trudno się dziwić, w końcu jestem chyba bez ubrania, nie - majtki trwają na posterunku, buty - też nie zdezerterowały z pola walki, reszta garderoby zdematerializowała się, została zerwana wielkimi, tekowymi dłońmi bosman-matów, albo zębami zezwierzęconych na tę chwilę, poddziczałych pracowników biur projektowych, korposzczurów o długich, łysych, wstydliwie chowanych rozporkach ogonach.

Zerwałam się z uwięzi choroby, tej utajonej i nie zbadania, której nie dosłucha się najwytrawniejszy medyk z pozłacanym stetoskopem.

Zdarto mi fałszywą skórę, bym - choć przez jeden wieczór - pochodziła jedynie w tej prawdziwej, przyrodzonej, pokazała ją, OBJAWIŁA.

Cetki, a oni się śmieją.

Pieprzyki - a tamci się bezczelnie śmieją.

Nadprogramowe kilogramy (a co - nie wolno mieć?) - a ci przy stoliku - rechoczą.

Je tu się stroję w bezstrój, pożyczam od biblijnej Ewy dość drogą kieckę - a tych ta dwóch patałachów w łachach ma czelność z niej drwić! Na dodatek - jawnie, nie śmiejąc się w kułak, nie chowając w mankiety hieniej fizjognomii, ale otwarcie, prosto w twarz, tudzież inne części ciała. W jego zakamarki.

Ulewa się panom cwaniaczkom z gąb.

Zrywam się z dotkniętego skoliozą, powyginanego krzesełka, podchodzę do wesołków i grzecznie, choć nieco po dresiarsku pytam, czy mają jakiś problem.

Wyższy, szczuplejszy i z wyglądu - Skandynaw, jakiś, dajmy na to Jurgen Palme z dzikiej i mroźnej Finlandii, gdzie do pracy jeździ się na reniferach, wstaje i pyta, o co mi chodzi.

Niższy, pomocnik koszykarza, karzeł podający piłki mówi, ze jak coś nie gra, to zaraz załatwi, zna paru dilerów tego i owego.

- Taaaa - wtóruje mu tępo bladolicy umrzyk, człowieczyna ze śmiercią wypisaną na twarzy, ubogi kuzyn kostuchy.

Wpadam w szał, wrzeszczę, że obejdzie się, łaski bez, co wy se myślicie, wsiury, żeby nabijać się z umierającej?! Piję, bo się kończę, rozebrał mnie alkohol - to i sama się rozebrałam, nie dalej, jak przed godziną wycięto mi przydatki, opukały je młoteczkami, konowalskie świnie, sprawdziły czy mają, biedule, odruchy warunkowe - i wszyły odwrotnie, tyłem na przód, coby rakowi było trudniej się we mnie połapać, nie wiedział, czort, gdzie jest i co ma najpierw stoczyć.

Rozbawiam tym bluzgiem jeszcze bardziej całe towarzycho, do loży szyderców dosuwają się kpiarze, obsiadają stolik, robi się nagle i niespodziewanie wielgachne zbiegowisko, normalnie - targ w Kalkucie; oczy w ilościach, jakich na oczy nigdy nie widziałam, jakby chciały wgapić mi się do środka, odebrać niewinność, dziewictwo wewnętrzne, drugie; przepatrzeć, prześlepić hymen na wylot.

Nakręcam się, bo im więcej gapców, gapicieli, tym bardziej zbrukana, przeorana, zgwałcona, zapędzona batogiem do klatki się czuję; popatrzcie na tamte - są dużo starsze i grubsze ode mnie i co - jakoś was nie śmieszą? Pewnie to koleżanusie, kumpele, wice to możecie opowiadać o nieznajomych, łacha z nich drzeć, a potem - pasy, oskórowywać, jak dyndającego za nogi królika, tak? Kogo innego możecie wziąć na ozory, zmyślać anegdoty o Himilsbachu, Maklakiewiczu, albo nawet i Popiełuszce, którego biografii nie chciano wydać w schyłkowym PRLu, no, chyba, że pod uwłaczającym godności zmarłego, uchybiającym... (tu następuje parusekundowa przerwa w zasilaniu, tracę wątek, pierdolę coś od rzeczy, co jeszcze bardziej rozzuchwala towarzycho) czci i powadze osoby duchownej, w dodatku barbarzyńsko zamordowanej, pod tytułem, dajmy na to "Czarcie kopyta pod sutanną" Lodę Halamę, Zulę Pogorzelską mi tu obmawiać (kolejny szot wstrzeliwuje się wprost do żołądka, z pominięciem gardła, takie "ziuuuuu" - i poleciał), kogoś, kto nie może się już bronić, bo ja, JA?! W ryja mogę dać! Mordy poskuwam! Zajebię!

Nieszczęście wisiało w skażonym za głośną muzyką powietrzu. Zaśmialiby mnie na amen, ukamienowali ciężkim i twardym jak cegły rechotem, chamy bez kultury, gdyby nie nieoczekiwana zmiana dekoracji.

Odpuścili nagiej i bezbronnej, zaszotowanej i umierającej po badaniu szpikulcem do lodu i rozwierakiem nie powiem czego, bo oto światła zaczęły migotać, rozległy się fanfary i na scenę wjechał Prestidigi. Tak się przedstawił - Prestidigi, adept sztukmistrzostwa, uczniak Hogwartu.

Nawija, peleryniarz, że jest dopiero na pierwszym roku i przez to nie tyle nie śmie, w końcu po co wymuszona krępacja, ile nie może się przedstawiać jako pełnoprawny mag, musi właśnie w ten sposób: Prestidigi.

Jeśli uda mu się zdać wszystkie egzaminy czeladnicze, przepiłować i z pomyślnym skutkiem złożyć do kupy odpowiednią liczbę asystentek, wyciągnąć z kapelusza odpowiednio dużo królików, połknąć pół arsenału białej broni - będzie mógł obrać sobie ksywę, najlepiej z (samozwańczym) tytułem "Wielki". Na razie terminuje u Wielkiego Hessa, który, niestety zaniemógł, nabawił się grypy żołądkowej w Sokołowie Podlaskim i dochodzi do zdrowia w tamtejszym szpitalu. Życzy nam miłego oglądania, żywi nadzieję, że nie zawiedzie nas, widzów, mentora, że nie przyniesie wstydu uczelni. Co ma do zaprezentowania? Głowę. Nie swoją, rzecz jasna. O - tę. Należała do Hassana Ibu-Abdullaha-Rhezy-Szazla-Al-Ifrira, XI-wiecznego watażki osmańskiego. Postradał ja ów satrapa podczas Bitwy pod Starachowicami, tak, dobrze słyszycie - tu, na polskiej ziemi. Zbyszko Sieradzyc, pan - jak nie trudno się domyślić - na zamku sieradzkim, w szranki z Hassanidłem stanął i wygrał! Żołnierze zaciężni, piechota wybraniecka wiwatowała... - myli epoki adept czarnoksięstwa. Rozmyślnie?

Nikt nawet się nie uśmiecha z jego bajek o późniejszych, zawikłanych losach głowy, peregrynacji po całej Europie, goszczeniu na dworach Marii Antoniny, Marii Ludwiki, Marii Teresy i pozostałych królowych o tym imieniu. Za urynał, za popielniczkę, potem -makabreska- za puchar triumfalny, następnie - znów za urynał robił zasuszony łeb Osmana.

Był ofiarowywany w darze, raz nawet - fuj!- ślubnym, wnoszony w posagu, brany w zastaw, służył jako karta przetargowa między zwaśnionymi rodami (ma nieco szekspirowską fantazję, Prestidigi!), odbierano go za długi karciane, szlachcice kupowali zań dwory, oficyny, stajnie, latyfundia... Ileż to osób nie zostało przezeń zabitych, albo okaleczonych, iluż mężów nie uczyniło swych żon wdowami!

Przygód, jakie przeżył po życiu nie sposób pomieścić i w tysiącstronicowej księdze!

Ale - żeby nie przedłużać - miała być magia. I za chwilutkę będzie. Panie i panowie, mam zaszczyt zaprezentować wam cudowne umiejętności artefaktu, świadka historii. Tak - ona poniekąd żyje, widzi nas, choć zamiast oczu ma szklane paciorki. Ale to nie wszystko. Choć trudno w to uwierzyć - ona mówi! W rzeczy samej, nie pomyliłem się, ani nie opowiadam niedorzeczności; ladies and gentelmen, mesdammes et messieurs - powitajmy brawami Hassana Ibu-Abdullaha-Rhezę-Szazla-Al-Ifrira!

Cisza.

- No dalej, śmiało - produkuje się młody Merlin - kto chciałby zadać pytanie szacownemu przybyszowi w zaświatów? Zaręczam - odpowie!

Cisza.

- No, to może na początek ja zacznę: drogi gościu - czy mógłbyś opowiedzieć nam o czasach dzieciństwa? Wychowałeś się w pałacu, na dworze zacnego ojca wezyra Kary Ibn-Ataosmana - tyle wiemy z historii. Przybliż nam, proszę, te czasy.

Głowa z tworzywa sztucznego, kurewsko sztucznego, atrapa na kilometr wyglądająca jak atrapa, plastikowo-wiskozowy baniak - milczy.

Ups, najwyraźniej mały Twardowski nie dość dobrze opanował sztukę brzuchomówstwa, an dodatek zeżarła go trema, bo nadyma się, pofukuje, czerwienieje - i nic.

Niemal natychmiast rozlegają się śmiechy, wstawiona publiczność nie daje szansy młodziakowi. Nieszczęsnej, wąsatej głowie - również.

Upływają długie jak wieczność sekundy burczącej pod nosem kompromitacji. Padają sugestie, że może masz, dzieciaku, grypę żołądkową, jak twój majster i - nie krępuj się, ulżyj se, nie żałuj, zesraj się raz, a porządnie, co będziesz tak stał i bździł do mikrofonu.

Pąs na twarzy sztukmistrza najpierw zmienia się w fiolet, potem - w trupią zieleń. W oczach pobłyskują łzy, kłujące odłamki szkła.

Z litości oszczędzam sobie finału występu. Zamiast widoku rozpłakanego interlokutora i jego niemej pacynki, wolę popatrzeć na bar.

Zakrywam dłonią to, co najcenniejsze (w mrokach dziejów, zawierusze Analogii zaginęły majtki i buty, nie zdążyłam spostrzec - kiedy) i sunę do galerii na spotkanie sztuce.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Wrotycz 6 dni temu
    No i wiadomo jakiemu zabiegowi została poddana Marg.
    Fascynacja ciałem, jego zmianami w czasie, to widać nie tylko tutaj, ale nie wiem, czy już o tym poinformowałam:)
    Łomot, wrzask, erupcja w Antologii. Onomatopeja, aż i mnie uszy bolą.
    Ukrywanie i odkrywanie - metafora wtłoczona w konkret.
    Gorzka rzeczywistość rozpadu, próby powstrzymań.
    Niepapierowa, kapitalnie scharakteryzowana, samoopisująca się narratorka. Cymes. Nawet mi przypomina kogoś stąd:)
    Plus, jak zwykle, żonglerka słowem, która niezmiennie dobija, bo nigdy się do jej poziomu nie dojdzie w moim przypadku.
    Ufff... czytanie - tona energii na początek dnia. Skrajności.
  • Florian Konrad 6 dni temu
    Nie wiem, pojęciska zielonego czyje pisanie to-to przypomina, nikim się nie sugerowałem, nawet nie mogłem, ten rozdział pochodzi z czasów, gdy nie wiedziałem o istnieniu tego portalu :))) To było pisane mniej więcej przed Bożym Narodzeniem 2018 :) Przecudowne dzięki za czytanie :) ale... nadal nie wiadomo, jakiemu zabiegowi poddano narratorkę, to, co opisuje, jakieś szpikulce, rozwieraki - to jej subiektywne uczucia, przesadne, przesadzone, wyolbrzymione myśli :))

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania