Neglerioza rozdział IX.

IX. Homo viator z osobowością unikającą

 

- O lodówkach powinno się mówić z szacunkiem - wpadam na genialny pomysł, doznaję olśnienia nastawiając sobie bark, wpychając pod niego zgruchotany obojczyk, piątą parę tyciuchnych kosteczek.

- Jeśli mówić o niej po angielsku to nigdy zdrobniale, skrótowo. Zawsze refrigerator, nigdy fridge.

Bo jak to w ogóle brzmi, słuchajcie: refrigerator. Majestatycznie i dostojnie, jak respirator, urządzenie ratujące życie; albo generator, co daje nam prąd, prądulek kochany, no kto w dwudziestym pierwszym wieku nie lubi prądu? Wszyscy kochamu prąd - i internet dzięki niemu śmiga, i nowe odcinki Ukrytej prawdy możemy obejrzeć w telewizji.

Regenerator. Detonator. Terminator. Moderator, który dba, aby na forach nie panoszyły się trolle.

Jak więc widać - doborowe towarzystwo lingwistyczne. Brzmieniowe.

Rewfrigerator - biała na ogół, wielka Lodowa Pani, Królowa Śniegu, Matka Boska Śnieżna, władczyni czasu przedłużająca zdatność do spożycia, chroniąca nasze jedzenie przed rozkładem.

Groźna Buka, przed którą należy czuć respekt. Jej wnętrze to lodowy pałac z drugiej wersji teledysku Join me, albo (również lodowa) kaplica, w której Michał Wiśniewski brał ślub z Mandaryną; to Finlandia, wyważenie, powaga, szlachetna cisza, opozycja do jazgotu, młodzieżowej buńczuczności, rozemocjonowania, wrzasku.

To nie tyle sprzęt domowy, jakieś tam AGD, co wręcz filozofia życia, stoicyzm ucieleśniony, zawarty w przedmiocie. W rzeźbie z drogiego marmuru. Lodówka karraryjska.

To okład na rozgrzaną głowę, zmrożony szampan, celebrowanie pięćdziesiątej rocznicy ślubu, albo zdania matury, obrony pracy magisterskiej; to to cierpkie, drażniące podniebienie, przełyk, zimno przesadnie schłodzonej wódki za osiemdziesiąt zeta (w moim świecie nie istnieją droższe).

Jeśli, siląc się na karkołomną metaforę, ktoś jest godny zaufania, obdarzenia estymą, to pan/ pani Refrigerator, adwokat, kardiochirurg, genialny kompozytor, zbawczyni świata, noblista.

Refrigeratorzy, Refrigeratorowie mieszkają pośród blasku mahoniowych biurek, lęgną się w chłodzie i przytulnym półmroku gabinetów, gdzie zapadają kluczowe dla kraju, Eurazji, decyzje.

A fridge? To ktoś niepoważny, podfruwajka w ortalionowym dresie stercząca pod tancbudą w nadziei, że przebłaga ochroniarzy, może obciągnie jednemu - dwóm karkom i wejdzie na krzywy ryj, bo forsą to-to nie śmierdzi. Fridge ma charakter i intelekt Kelly Bundy, do tego jest brzydka. Fridge chodzi z twoim pryszczatym młodszym bratem do zawodówki, uczy się najgorzej z klasy i pewnie znów będzie kiblować, pomogą biadolenia matki - ślepej na jedno oko robotnicy najemnej, byłej sprzątaczki, że "błagam, panie nauczycielu - puśćże Fridge, przepchnij, postaw parę dwójów, odpytaj z czego nietrudnego, Fridge to dobre dziecko, robotna dziewucha, choć wygląda jak chucherko - krzepę, parę w łapach ma, tylko z tą nauką jej ciężko idzie, wdała się w ojca - utracjusza, pijaka, co to do dwóch na kalkulatorze zliczyć nie potrafi, nominałów wszystkich banknotów nie zna; miejże zmiłowanie nad Fridge, my biedne ludzie, niech by już szła do roboty, pomagała mi w pracach interwencyjnych, bom świeżo zatrudniona, albo najęła się do jakich państwa za pomoc domową, kuchtę".

Nie mów "fridge" jak do koleżanki, bo nią nie jest. Bez zbędnej poufałości, please.

"Fridge!" możesz se krzyczeć na koncercie Miley Cyrus, albo Justina Biebera. Fridge kupuje się na wagę na bazarze od rumuńskich Romów, Cyganów z Zacygalina, to metka porwanej i przepoconej koszuli, przeterminowany kondom, którego i tak nie zużyjesz, bo jesteś za cienki w uszach, by poderwać dziewczynę, nawet paszteta o twarzy jak konserwa podrobowa, wołowo-wieprzową laskę.

Refrigerator się ceni, nie w głowie jej przyjaźnie z plebsem. Taki na przykład odkurzacz - vacuum cleaner - też brzmi niepoważnie, jak fiu-bździu. Tutti frutti.

Mikrofalówka? Microwave słucha new wave, więc jest zapóźnione o co najmniej trzydzieści lat.

Toster - poster.

Washing mashine? Nie ma serca, duszy, ani rozumu, jak każda machine, zresztą - kto by chciał przyjaźnić się z pralką?

Polskie słowo lodówka nie niesie z sobą tyle milczącej, ciemnej, ale i ożywczej energii, ogłady, taktu. Jest radosną bryłą zamarzniętej wody, która spada i rozłupuje ci czaszkę. Umierasz głupio uśmiechnięty, jakbyś oglądał drugi, czy piąty sezon Przyjaciół. Ross z Chandlerem znów coś odpierdolili, a Phoebe zawodziła protest song o śmierdzącym kocie, piosenkę z nierozwiązaną do tej pory tajemnicą, bo, pomimo -nastu lat od zakończenia produkcji szmiroserialidła nadal nie wyjaśniło się, nikt nie odkrył, czym ów cholerny Mruczek był karmiony.

Lodówka - Hajnówka, Chomiczówka - widokówka - skuwka - stalówka - bojówka, wreszcie: głodówka, urazówka, szpitalna polówka. Śmierć, koniec zdrówka.

Tak sobie rozkminiam sprawy najprzeróżniejsze, ironizuję trochę, a wcale nie jest mi do śmiechu. Matka kolejny dzień z rzędu ma (swoją drogą - słuszną!) pretensję, że się nie szanuję, zdrowia jedno jedynego, bo kolejnych w zapasie nikt przecież nie ma, nie uszanowałem, dałem sobie spuścić wpiernicz i jestem poszkodowany, do szpitala muszę się zgłosić, a nie tylko się obwiązuję bandażami; powinienem kupić normalny samochód, w końcu mam prawo jazdy, dziaduję tylko, dobijam staruszka władimirca, a właśnie - za remont się weź, sprowadź Janusza, coraz bardziej niepoważny się robisz, ściągasz barachło, a prawdziwe problemy cię nie interesują, zostawiasz je nierozwiązane, odwlekasz wszystko na ostatnią chwilę, ciągnik sam się nie poładuje, co z tobą, życie to nie filmik na komputerze, nie wiersz, nie bajka.

Następna się odezwała, przykuta do płaskiego, jednowymiarowego realu, jak Prometeusz do skały.

Rozdrapuje swoje ciało, wydziera trzewia. Patrzy, jak falują na wietrze, przysiadają na nich motyle. Dziesiątki kolorowych skrzydeł pośród parujących bebechów.

Dobra dobra, przyjdzie pora, to się naprawi. Teraz mam co innego na głowie, zastanawiam się, jak tu pójść do Ignatów.

Od pamiętnego wieczoru kawalerskiego zdziczałem jeszcze bardziej, obmierzło mi wszelkie wychodzenie poza własne podwórko. Nawet do sklepu dziwnie ciężko ruszyć cztery litery, człowiek najchętniej by siedział i siedział nie odrywał się od komputera.

Stałem się gąbką nasiąkniętą memami, bzduryzmami przeokrutnymi, Pudelkiem, Kozaczkiem, Plejadą.pl. Zamiast realnym światem interesuję się wyssanymi z redaktorskich paluchów plotkami o celebrytkach, których nie znam, gwiazduniach trzecioligowych, które nawet nie są zapraszane na eventy, pokazunie, promocyjki; podskakują, rączynkami i nóziami usiłują się wepchnąć do pierwszego szeregu, na upragnione ścianki, ścianeczki najukochańsze, przed obiektywy paparusiów.

Oprócz zgniłego fiacika bez papierów (pan Lecho obiecał znaleźć dowód rejestracyjny - i średnio się wywiązuje) obchodzą mnie losy gold diggerek, ofiar botoksu i ślepych makijażystek. Żyję życiem pustych pannic aspirujących do miana aktorek, modelek, śledzę robione przez łóżko "kariery dwudziestoparoletnich ssaczek, dochodzi nawet do tego, że komentuję ich looki, outfity, sukienki suk, suczek, suczeczek, porównuję wielkość silikonowych biustów; zamiast wierszy pisze elaboraty na temat dandysa z LA, który postanowił zmienić płeć, ale w połowie przemiany mu się odwidziało i teraz jest gender fluid, antigender, lack of gender identities, czy nowego koloru włosów dupatej celebrychy od sex taśmy.

Udaję, że znam się na wodach toaletowych, krawatach, wypowiadam się na temat najnowszej kolekcji Lagerfelda (mieszam ją z błotem), strzępię klawiaturę na jakże ważki temat rajstop, czy push-upów, poruszam kwestię masowo mordowanych uchatek kalifornijskich, postępującej dewastacji dworca kolejowego Cicibór Zachodni, wdaję się w dyskusje światopoglądowe z wojującymi adwentystami, masowo dokarmiam trolle, klnę, to znowu przepraszam, kajam się za winy niepopełnione.

Przypomina to trochę, przyznaję bez bicia, odcinanie sobie nóg, aby używać protez, albo mieć powód, by jeździć na wózku inwalidzkim; okaleczanie się, aby móc posługiwać się atrapą zdrowia, sprawności; zespół Münchhausena, markowanie choroby i jednocześnie jej wywoływanie.

Uciekam od ludzi, dziczeję z premedytacją, zasklepiam się w gawrze, zamurowuję od środka.

W jako-takiej całości trzyma mnie myśl o ucieczce, wyrwaniu się Stąd. Jak dobrze pójdzie - za rok - dwa będę śmigać odremontowanym malarem po elizejskich łąkach, polach i bezdrożach, przemierzać wzdłuż i wszerz dolinę Haar-Meggiddo, driftować w ostatnim z piekielnych kręgów.

Paradoksalnie zamknąłem się, by przygotowywać ucieczkę. Głębszą, nie z Kwirewki, kraju, nie z matuszki Ziemi. Z obecnej...

-...oby tylko wariat Ignata się zgodził. Z takimi to nigdy nic nie wiadomo, jednego dnia - cacy, następnego - nie, bo nie i wyjazd mi z podwórza, pókim dobry.

Przeliczam zaskórniaki. Mało tego, ale może styknie. Przygotowuję się na wydatki. Spore.

Stefan niby taki dzikolud, arogantus, buszmen i w ogóle, ale tanio skóry nie sprzeda. Chytry jest, potrafi się targować jak wytrawny handlarz. I, niestety, łasy jest na pieniądze; od Marcina parę lat temu kupił skuterzynkę, toczydełko takie maleńkie, hiszpańskiej, nikomu nieznanej marki. Dał z sześć stów. Potem, jak się okazało, że sporo przepłacił, w dodatku zanabył dekomplet, pojazdek bez jakichś kluczowych, limfatycznych, trochoidalnych śrub wieńcowych, zamiast, jak mężczyzna, przyjąć cios na klatę, powiedzieć sobie: "okej, dałem ciała, nie obejrzałem dobrze, co kupuję, i mam kota w worku, na dodatek zdechłego", albo pójść i oklepać ryj, albo przynajmniej tęgo się pokłócić z cwaniaczyną-nieuczciwcem, Stefan, jakby nigdy nic... przerejestrował plastikowy złom na siebie, po czym rozgłosił, że sprzedaje - za osiemset złotych. Z tego co wiem - ma na zbyciu tę podróbę lambretty, czy piaggio, do dziś.

Dziwny jest, głupio i, bywa, że nieumiejętnie, chciwy. Własnego brata wyrzucił z rodzinnego domu i zakazał wstępu.

Fakt faktem, że Stasiek za kołnierz nie wylewa, z higieną i dbaniem o porządek też u niego różnie, kwadratowo i podłużnie, nieraz widzi się go utytłanego w błocie, lepkiego od brudu, oblepionego smarami. Ale przecież to brat, krew z krwi, kość z kości, jak tak można, zamiast podać pomocną dłoń, oprać, może nawet przymusić nieco do walki z nałogiem - dał kopniaka jak sparszywiałemu psu, wystawił popakowane do reklamówek nieliczne rzeczy Staśka za próg, jego samego, zamroczonego nieco samogonem - wyciągnął z pomocą żony i synów na deszcz.

I tyle, cześć, baj, baj, nie znamy się. Więzy krwi? A bo to co pewnego? Może tylko na papierze jesteśm... BYLIŚMY rodziną? Ojciec specjalnie się nie krył, że za młodu był babiarz, nie dochowywał matce wierności, uważał ją nawet za coś zaściankowego, jak palenie gromnicy w oknie, gdy idzie burza. Wierni to mogli być ludzie orzący radłem, plemię spod strzech, niepiśmienne. W wieku radia, samochodów i żelazek elektrycznych tylko dureń przestrzega tradycji, za oceanem Hippiesy, wolna miłość, festiwale, plaże nudystów - a u nas - co? Człowiek całe życie ma mieć tylko jedna babę? Nie poznać, nie poczuć smaku innej kobitki? Za co?

Więc może on dla mnie nie rodzina - rozgłaszał Stefan - matka chcąc wziąć odwet na mężu też się puściła i my tylko przyrodnie bracia są, a to się przecież nie liczy?

A nawet jeśli - to co? Mam mu równą połowę gospodarki oddać? pijakowi, na zmarnowanie? Sądzić się, dzielić na części i przez to zubażać? A w życiu! Tu jest mój dom i tu zostaję, a on niech se - o, tam idzie.

I poszedł, Stasiek, z czteropokojowej murowanki, krokiem lekko marynarskim i prawoskrętnie, do stojącej nieopodal starej, drewnianej chaty po rodzicach. I pomieszkiwał był w niej, a może raczej koczował w gorzej, niż spartańskich warunkach, bez wody, toalety, prądu, świeczek (nie są za darmo, za coś pić trzeba, a rencina na kłyszawe nogi - nie z gumy, rozciągnąć jej tak, by na wszystko starczyła - nie sposób) kilka, z siedem naprawdę chudych lat, aż do pamiętnej wichury, która zmiotła niemal połowę gminy, drzewa pięćsetletnie, grube jak sekwoje, wyrywała z korzeniami.

Zawaliła się, podobnie jak dwadzieścia pięć innych budynków, w przeważającej większości - stodół i niezamieszkałych ruder - nieodwołalnie, od prawa do lewa, niemal z caluchnym stropem i tylko dlatego nie zabił jedynego lokatora, bo nie było go wówczas w domu, balował na dziesiątej wsi z podobnymi sobie Birbanckimi.

Gdy wydawało się, że nieszczęście skruszy serce wyrodnego brata i przyjmie on z powrotem Staśka pod swój dach, Stefan owszem, przygotował bezdomnemu na ten moment pijuskowi ciepły kąt, posłanie. Z tym, że w ... garażu.

I tak mieszka, Stacho, pije, bo i co lepszego ma do roboty, dzieli swe lokum z zepsutym fiatem punto pierwszej generacji, emzetką bez kół i wspomnianym skuterkiem, tez nie na chodzie.

Zgracenie najbliższej osoby, zredukowanie jej do roli wysłużonego mebla, popsutego pojazdu, jednym słowem bezduszność spotkała się z dużo mniejszym potępieniem, niż można się było spodziewać. Każdy tu (bojąc się Stefana, czy jak?) uznał, że to nie jego sprawa, co się będzie wtrącał w czyjeś sprawy rodzinne, drobne nieporozumienia (!!!) zdarzają się przecież między braćmi, w każdym domu bywa i sprzeczka, i awantura, najrozsądniej - nie mieszać się, bo oni się pogodzą, a ty - za wezwanie policji, czy donos do GOPSu - będziesz najgorszym wrogiem.

Trudny, najoględniej mówiąc, charakter Stefana sprawił, że nie wyklęto go, posarkano nieco pod nosami, że wyrzucić brata z domu pomiędzy rzęchy to trochę kulawo, nie po chrześcijańsku - i tyle, sprawa ucichła. Skoro sam zainteresowany, Stefan, nie był zainteresowany (sic!) swoim losem - co postronnym do tego?

Przeszli kwirewianie do porządku dziennego nad tym, co w przypadku każdego innego mieszkańca wioski spotkałoby się co najmniej z ostracyzmem, nie podawaniem ręki, spluwaniem pod nogi wyrodniakowi. Wariatom, pomyleńcom wszelakiej maści wyraźnie wolno więcej, roztaczają nad sobą toksyczny parasol ochronny, noszą kamizelki obmowoodporne, nie do przebicia.

Zadrzeć z takim, czy choćby zwrócić uwagę, że źle robi? Jeszcze gotowy skopcić, albo co gorszego. W najlepszym razie - szyby w nocy przyjdzie i wytłucze, psy wytruje, albo chudobę w oborze! Zadrzyj z czortem, to ci piekło na ziemi urządzi. Po co se brać ciężar na barki? Świata całego i tak się nie zmieni, a żyć jakoś trzeba, robota na roli nielekka, do tego bida tu aż piszczy. Każdy ma swoich zgryzot kupę. Wariatów niech kto inny łaja, policjanci, Kościół niech interweniuje, pracownicy socjalni, a nie my - szaraczki, co żadnych środków zaradczych nie mamy, a tylko możemy stracić wszystko, za jedno złe słowo obudzić się w zgliszczach, albo i wcale.

Tak więc ma glejt, list żelazny, zbroję, pan Stefan, chroni go strach o własne tyłki i niechęć do wpierniczania się w sprawy innych (choć, kiedy nie idzie o świra, psychola - owo wpierniczanie się jest na porządku dziennym, ludzie gotowi są do garnków, pod kołdry bliźniemu zaglądać, zapuszczać sąsiadom żurawia za szyby).

Egzystuje podobnie jak ja na uboczu, choć w samym środku wsi. Tak - jego gospodarstwo nie jest położone w lesie, ani pod lasem, dwanaście, czy więcej kilometrów od szosy, czy na mokradłach, ale tuż przy sklepie, w bliskiej odległości od szkoły, przystanku, dawnej zlewni mleka.

Pozbawione dachu, do dziś nie rozebrane ruiny chaty starej Fiedoryka, jak nazywano ojca obu panów S., ozdabiają à rebours naszą karłowatą wiosencję, są punktem orientacyjnym, czarną plamą-drogowskazem.

Po lewej rudery - żużlówka, można, jeśli się ma uterenowione auto, dojechać aż na Lisołaje (odradzam, wysypują, wysypują dróżynę czym się da, a ona jak na złość - ciągle pełna wertepów, można urwać zawieszenie, nawet, jeśli się ma jeepa, czy ładę nivę), po prawej - patrzcie, turyści, coście się chyba przez przypadek, z nudów, albo omyłkowo tutaj zapuścili - gniazdo kruka krasnodziobego. Chroniony gatunek, jedynie, jak się szacuje, dwadzieścia par tych ptaków żyje na terenie naszego kraju; unikat, to biały, choć czarno-czerwony kruk, krytycznie zagrożony wyginięciem i pod ścisłą ochroną.

Obejście Ignatów nie prezentuje się szczególnie źle, Regina, żona Stefana - jak jej się zechce, średnio co dwa - trzy lata - sadzi nawet kwiatki w mikroskopijnym ogródku; zbiera szwagrowe niedopałki spod garażu.

Zaśmiecone tam nie jest, gratów w widocznych miejscach również się nie stwierdza. Norma, przeciętność.

Za to o zawartości stodoły, skarbach, jakie rzekomo miał w niej poukrywać Fiodor "Fiedoryk" - krążą legendy na miarę tej o Złotym Pociągu.

Czego, według relacji wszechwiedzących plotkarzy, którym, jak znam życie nie pozwolono nawet zbliżyć się do wrót kwierewskiego Sezamu, ma tam nie być!

Zetor skradziony mieszkającemu pod Lublinem kuzynowi Dmitruka, niemiecki czołg z okresu Drugiej Wojny Światowej, równie hitlerowskie skrzynie z amunicją, albo pełne broni, meble zarekwirowane przez komunistów co bogatszym chłopom (czytaj: kułakom), arcydzieła sztuki wywiezione z pałacu Będzińskich w Woli Ciecierskiej, amfibie, nakryte plandekami SKOTy, prototypowe hydroplany, pereł girlandy, szmaragdów garści, haubice, bazooki, rakiety ziemia - powietrze, broń, o jakiej nie będzie się śniło polskiej armii przez najbliższe kilkadziesiąt lat, komputery wyprzedzające swoją epokę o dwie epoki, samochody zdolne prześcignąć same siebie, zajechać sobie drogę, roboty mądrzejsze od większości zasiadających w sejmie posłów, wymagające jedynie drobnej kalibracji, konfiguracji, przestrojenia, by były zdolne mówić ludzkim głosem... Słowem - mydło i powidło jest skitrane w stodole tajemnic, do której wejścia strzegą trzy brytany, rottweileropodobne kundle zakaukaskie, malamuty po ojcu i wyżły po matce.

Niech więc nikt, komu własna dupa w jednym kawałku miła, nie waży się zbliżać do ściśle tajnego budynku, nie mówiąc o próbie wydarcia jego sekretów.

Bo sam będzie miał wydartą - tylną część spodni. Mięso z pośladków.

Przyznaję, że nigdy nie frapowała mnie wspomniana skarbnica, powtarzane przez matkę ludzkie bajania, przynoszone ze wsi rewelacje, jakichże to niby cudów nie dopatrzono się przez szpary garażu i arsenału w jednym nie rozpalały mojej wyobraźni.

Śmiałem się z naiwniactwa żądnych przygód Indian Jonesów, poszukiwaczy artefaktów Templariuszy, Różokrzyżowców, Iluminatów (bywało się kiedyś racjonalistą, stąpało twardo po ziemi, nie to, co teraz!).

Schodziłem z chmur, wybzdurzeń, tysiącpiętrowych, zamieszkiwanych przez Bujdian Wież Babel, gdzie każdy mówił własnym, niepowtarzalnym językiem i kreował tym samym własny, im mniej logiczny, tym lepiej, świat. Nie wierzyłem w bajki.

Maluch. Istniał, był, pamiętam go. Granatowy, w nieco milicyjnym kolorze.

Stefan za kierownicą, jeżdżący na trzeźwo, nie wężykiem. Kwirewski czubek nad czubów, czarnolegendarny mag diabli wiedzą co, albo nawet kogo ukrywający w stodole, był i jest o wiele lepszym kierowcą od świętej pamięci Edka. Bo nienawidzi wszystkiego, co ma procenty. Bo i bez nich bywa nieobliczalny.

"A co miałby zrobić? Kto by kupił od chorego... Na pewno ma do tej pory, trzyma pod kluczem..." - powiedziała matka, gdy przedwczoraj zgadaliśmy się na temat wehikułów marki FSM.

Uzbrojony w kilka stówek zaliczki, komórę (sfocę cudo i pokażę Jurczukowi, niech oceni, ile warte to-to, ile można zeń części wykręcić i przełożyć do poedkowego "malca"), czując bezsens projektu, w jaki się władowałem - idę.

Mijam lokalne miejsce mocy. Tak, dobrze przeczytaliście - mamy tu takie coś. Żyletki, noże i siekiery co prawda się tam nie ostrzą, człowiek stojący w miejscu nad miejscami nie zostaje iluminowany, inkrustowany poświatą, nie obrasta w tęczowe piórka, nie zaureola się i nie wzlatuje na pięćdziesiąt metrów wzwyż. Nie słyszałem też, by komuś testującemu magiczne moce działeczki leżącej między polami Bryndziuka i Olszewskich wyrosły rogi, ogon, czy kopyta.

Jednak jest tam Coś. Niematerialne i - aż wstyd przyznać - orgazmogenne. No, może nie do końca tak, że nawet największemu seksualnemu indolentowi z trzydziestoletnią, nieuleczalną impotencją staje tam jak lanca, ale... ten skrawek ziemi przyciąga (przeważnie) młode pary. Przychodzi jedna - druga para - i jest bara-bara - rymuję nieudolnie.

A potem stara Olszewska, bluzgając, co dziewięćdziesięciolatce nie bardzo przystoi, przegania z krzaczorów postękujących nastolatków, państwa w średnim wieku, czasami nawet staruszków.

No dobrze, nie przesadzajmy z tym gżeniem się, podobnych incydentów było może z osiemdziesiąt.

Wiem, dużo. Ale jak to się ma do słynnej Rabowskiej Górki, leżącej za Krwioburgiem? Tam całe procesje napaleńców ciągną, by przelewać płyny ustrojowe, spermidyną i sperminą rosić przyniemiecką ziemię...

...działa to, czy jest kolejna wiejska legendą? Wstyd przyznać - nie wiem. Nie upadłem tak nisko, by kopulować w zaroślach, resztkach zagajnika, narażać się na bluzgi Olszewskiej.

Figura świętej Bernadetty. Poszarzała, zakurzona twarz krzywiąca się w zakurzonym, kwaśnym uśmiechu. Drewniana postać o cementowej, zakutej głowie. Ludowość połączona z industrialem, czarny, nieokiełznany strach i próba ucywilizowania go, zamknięcia w ramy. Nieudana próba.

"Karty zamordawcze" - błyska mi nagle w głowie, doznaję flashbacku z innego wymiaru. Życia, które zakończyłem, a którego okruchy tkwią niczym odłamki kostne wbite w mózgowie.

Kartuchny fikuśne, których brak naraża cię na odstrzał; bez nich stajesz się wyjęty spod prawa i byle łachmyta może cię bez dania racji kropnąć z wiatrówki.

Co za głupota! Przecież to się powinno nazywać "karty życiodawcze". Albo, no nie wiem... życiochronne.

Pamięć mi mutuje, podsyła koślawe, wykrzywione sytuacje-garbuski, zdania z wrośniętymi w brzuchy bezsensizzmami, alogiczne zdania-mutanty, fekalizmy okołologiczne, tak żałosne w swojej nieudolności, wołające o pomstę do nieba, że...

...dobry - kłaniam się Uryniukowi.

...niektóre metafory chcą, byś je przytulił, zapewnił, że je kochasz. Że śliczne są, uroczusie. Zobacz, jak wdzięczą się, przymilają, każda pcha trójkątną, deltoidową, trapezoidalną, pełną guzów główkę, wyciąga rączynki.

Bierz je w objęcia, zaplataj zielone warkoczyki, całuj w zrakowaciałe, pełne krost policzki.

Prawie każda wieś jest podszyta przenośniami, których nie idzie słuchać, ani tym bardziej czytać na trzeźwo, przy dziennym świetle; smoczyska odżerające głowy sołtysom; okrytych niesławą mieszkańców, którzy "jakbogakocham" zostali przyłapani na paskudnych czynach z klaczą, kozą, czy własną teściową; monstra o świecących ślepiach. I, paradoksalnie, nie są to stwory utajone, których istnienie jest przemilczane, gadziny, do których nie podchodzi się bliżej, niż na sto kroków, ale... honorowi mieszkańcy.

Tak, ludzie-odbicia, postacie żyjące jedynie w plotkach, przechadzają się w glorii i chwale, otoczone (często podszytym grozą) szacunkiem.

To o nich najczęściej się mówi, to im dorabia nowe przygody, pisze życiorysy. To ich zdjęcia stoją w gablotkach szkół podstawowych, remiz strażackich, domów kultury, za szkłem meblościanki każdej rasowej plotkary.

Taki na przykład Stefan: kto może w stu procentach, z całą pewnością, niepodważalnie, na mur - beton betoniasty stwierdzić, ile w nim jest prawdziwego wariata, ile ściemy, symulanta-chytrusa, co to chciał mieć rentę inwalidzką, wyświrował sobie żółte papiery, a jaki procent stanowi ludzka obmowa, ile w tej jego ciężkiej rzekomo chorobie tkwi dołożonych złośliwie faktoidów, klejących się, śluzowatych, przeobrzydliwych wymysłów?

W końcu nigdy, a żyję, czy też raczej jestem żyty (ostatnio tylko pałętam się po pokoju, nie biorę czynnego udziału w akcji dziejącego się przed oczami przedstawienia) już trzydzieści pięć lat, nie byłem świadkiem, ani nie doszły mnie słuchy, że pan Stefan, świr nasz kwierewski, właśnie coś odpierdolił, zagryzł komuś jałówkę, synka, czy źrebaka, miedzę zaorał, podczas spotkania gromadzkiego wypił wodę z wazonu, czy pchnął kogoś nożem. albo chociaż opluł.

Wszelkie stefanowe wariactwa działy się rzekomo w jego młodości, w czasach, których nie mam prawa pamiętać. Wszystkie szelmostwa psychicznochore, jawne, groźne i zasługujące na potępienie, na współczucie, należą do przeszłości, ssą odległą historią, archaikiem. Mezozoikiem. Bezerą.

Stefan oddzielający światło od ciemności (wie, że były dobre).

Stefan wiążący ogony stegozaurom, wywijający mieczykiem pod Racławicami, balsamujący Echnatona, czy Ramzesa X, albo prowadzący jeden z pierwszych czołgów.

Cokolwiek złego zrobił (jeśli!!) uberwariat, pokryło się kurzem, przyblakło, z drugiej strony - obrosło mitem, zwielokrotniło się, nabrało cech psychopatycznych. Nieludzkich.

Jeśli nawet zdarzyło się mu na przykład pierdnięcie w miejscu publicznym, dajmy na to w sklepie, pierd głośny i zamierzony, to teraz, po latach, zalewa on falą nieczystości pół wioski, bączy studecybelowo, jego bąk jest niczym dźwięk trąb kruszących mury Jerycha, towarzyszą mu cuchnące fale błotnistego tsunami.

Przesada pozornie konserwuje, w rzeczywistości - zaciera.

Stefan wyolbrzymiony, bardziej chory niż naprawdę, nie jest tą samą osobą, którą znam. Może z pozoru spokojny, okrutny dla własnego brata dwulicowiec, dewot, abstynent, w ogóle nie jest chory na głowę, to Stacho, nieszczęsny pijaczyna, cierpi na coś mentalnego. Bo czyż całkiem zdrowy mężczyzna dałby się eksmitować najbliższym z rodzinnego domu, nie mając dokąd pójść pozwolił się wyrzucić do rudery, potem - do garażu? Czy można być aż tak mamejowato spolegliwym, skazić się gorzałą do tego stopnia, by zobojętnieć na własny los, nie chcieć walczyć o swoje, należną jak psu buda część majątku, jedynie za cenę względnego spokoju (a co to za spokój - w kuczy, bez podstawowych wygód, w warunkach urągających ludzkiej godności) odpuścić niegodziwcom?

Który z Ignatów bardziej potrzebuje leczenia?

Jest - chatka-zawalonka, antyozdoba wsi. Wchodzę.

Podwórko jak podwórko. "Dom właściwy" również nie prezentuje się szczególnie byle jako. Gdyby nie chatynka-destrukt - byłoby całkiem przeciętnie, jak u ludzi.

Dobra, pukam. W mordę - mam nadzieję - nikt nie da. Musze walczyć z osobowością unikającą. Spieprzającą gdzie pieprz rośnie przed innymi ludźmi. Ze zdziczeniem, jakie sobie zafundowałem.

Pukam, wchodzę - całkiem, jak cywilizowany człowiek, ktoś nie z mentalnego buszu.

Witam się ze Stefanem, bez wstępów, ogródek, zagajeń wszelakich (do meritum - i wóz, albo przewóz!) przechodzę od razu do rzeczy: czy ma, bo wiem, ze miał, fiata sto dwadzieścia sześć pe.

Ten gorszy Ignata - w śmiech. Normalnie prosto w oczy, potencjalnemu kupcowi (to chyba jednak naprawdę popierdoleniec!)!

No tak, rozpełzła się po wsi fama, ze zbieram graty, skupuję motoryzacyjne padliny, w dodatku, niczym ostatni dureń płacę jak za zboże, byle ścierwo, przegniłe karoserie, bylecości pomotoryzacyjne jawią się dla mnie jako zabytki do odbudowy, jaram się kompletnym gównem (mówiłem - przesada zdziera człowiekowi twarz, zastępuje ją sproszkowanym proszkiem do prania, albo czymś równie absurdalnym, krótko mówiąc - wykrzywia, powiększa do niespotykanych wręcz rozmiarów - i jesteś w oczach innych rozwałkowany, prawe oko na Maroko, lewe orbituje w okolicach Neptuna, jedno ucho - w Dżibuti, drugie - pomiędzy wsypami Mikronezji).

Rechocze, Stefan, jakby usłyszał najprzedniejszy kawał.

("- Idi, Amin

- Nie pajdu")

- A mam, mam, nawet dwa - mówi w końcu, obrechotawszy mnie od góry na dół, obchachawszy prosto w oczy.

- Dwa?

- No - swój i drugi - Staśka. Nieużywany. Co się będziesz szczypał, kup od razu komplet, hje, hje, hje. Cho no, pokażę - bierze mnie, prawie za wsiarz i ciągnie za sobą. Stawia po chwili, przed wrotami najbardziej tajemniczego budynku w Kwirwece. W województwie. Przed wrotami Sezamu.

Przyznaję - zbija mnie to trochę z pantałyku, gapię się jak cielę na malowane - właśnie - wrota. Dostąpię zaszczytu (sic!) znalezienia się w środku stodoły skarbów? Niepytany, niebłagany, nienagabywany świrus z własnej i nieprzymuszonej woli pokaże (może nawet wpuści!) wnętrze budynku strzeżonego pilniej, niż Fort Knox, archiwa watykańskie razem wzięte! Nosz kurwa...

I robi to, zły i szalony Stefan, niemal wpycha mnie do środka.

Ekhm, przyznaję - tego się nie spodziewałem. Skarbiec nad skarbcami, pełen mebli w stylu Ludwika XVII, Ludwika Miliard Ósmego, strusich jajek Feberge, bogato zdobionych antycznych szaf, kredensów, biurek, maselnic, urynałów, skrzyń pełnych dukatów, szlachetnych kamieni, okazuje się być pozbawiony porcelany, mebli, w ogóle - precjozów wszelakich.

Nie uśmiecha się do mnie sczerbato wielkooka lokomotywa Złotego Pociągu, nie pobłyskują szable, buławy hetmiańskie. Nawet jedna głupia rzeźba antyczna nie pręży bladego, marmurowego dupska. Wiedziałem - ludzkie pieprzenie wiedzie na manowce.

Kurz, wraki pokryte ptasimi kupami to jedyne, co znajduje się w nadziemnym (sic!) bunkrze, jak myślałem - hitlerowsko-stalinowskim magazynie (oczywiście w pełni zdatnej do użytku!) broni, haubic, dział przeciwpancernych.

Gówno, ściślej - guano pokrywające grubą warstwą rozbebeszonego ursusa c-4011 o zielonej mordzie, przypominający kultową ukrainę stary, męski rower (pewnie ural) i dwa polskie małe fiaty w stanie kompletnej agonii.

Maluch stojący bliżej mnie, perłowo-granatowo-khaki, właściwie w kolorze nieokreślonym, przemalowywany w czasach świetności czym się dało - pastą do butów, do zębów, farbkami plakatowymi, bielą cynkową, mazany sto pięćdziesiąt sześć razy, bo lakierowaniem tego nie idzie nazwać, jest pozbawiony silnika i drzwi. Zieją takie wyrwy, ślady barbarzyńskiego okaleczenia.

Malec - jak się okazuje - z wydłubanymi "oczami" kojarzy mi się z nieszczęśnikiem porwanym w kraju Trzeciego Świata na narządy, biednym Jose Jesusie Lopezie, którego zgarnęli z ulicy i wypatroszyli członkowie Los Mexicano-Africano Gango.

Drugi z "kaszlaków", stojący w głębi przybytku sprawia wrażenie kompletniejszego. Trudno ocenić, gdyż caluteńki jest pokryty ptasimi odchodami, tak bardzo osrany, ze zatraca kształt, jego pierwotna forma niknie pod zwałami biało-czarnej, pofałdowanej masy.

Gdybym nie wiedział, jaki to model, mógłbym wziąć go za garbusa, citroena 2 CV, albo dowolne miejskie toczydło.

Zaryty jest niemal do połowy w klepisku, zapadnięty w czerstwą, wilgotną, nieco gliniastą ziemię. Wygląda, jakby chciano go tu zasadzić, celowo wkopano by wrósł, ukorzenił się, wypuścił młode pędy, zaowocował (czym? pełnymi miąższu tłokami?).

Nie sposób określić (światła tu jak na lekarstwo, choć wrota otwarte na oścież, a eternit na dachu - nie pierwszej nowości, pokruszony, cienkie smużyny słońca wlatują do wnętrza hangaru, gdzie - jeśliby wierzyć zasklepowym rozkminom alkusów - miało garażować co najmniej jedno UFO, autentyczny latający talerz (a tu wała - nawet latającego spodeczka filiżanki ni mo) jakiego jest koloru.

Wygląda na to, że podłogi, progów, ba - nawet nadkoli siłą rzeczy nie może mieć, zgównieniec.

- Ech, cholerny świat, chyba się tu nie pożywię... - zaczynam nieco podłamany.

- Są, są, ale co z tego, jak z obu mało części się da...

Ten gorszy Ignata zaczyna snuć opowieść, jak to roku pańskiego tysiąc dziewięćset... czekaj, pamięć nie ta, ale zaraz po stanie wojennym, tak, w osiemdziesiątym czwartym to było,. kupili my z bratem sobie po maluchu. Ojciec pieniędzy naskładał, bo zobacz - aż do Chmielity my mieli pole - Stefan robi szeroki gest, u powały zakreśla nowy widnokrąg. Tak - Słońce nie zachodziło za komuny nad imperium Fiedoryka, mieliście tyle ziemi, że... tyłkiem szło nakryć, mitomanie.

- ...przyszły do odbioru - oba tego samego dnia... - rozpływa się w fałszywych, jak sądzę, wspomnieniach pan Stefan.

- Ja to swoim jeździł, a gdzie się dało i gdzie była potrzeba, nawet raz z Reginą do Koziego Zdroju, do sanatorium my pojechali, na turnus. Ale szybko skuczno się zrobiło, boż ileż nasiedzisz, człowieku, w tej bani, naoddychasz solą, albo napijesz kozozdrojanki? Woda jak woda, żadnych różnic w smaku, czy zapachu nie wyczulimy. I było przepłacać? Ale, inni jadą, chwalą, może tylko robią dobrą minę do złej gry, a w rzeczywistości każdy tak samo rozczarowany, tylko nie chce się przyznać - to i myśmy pojechali...

Tu następuje około dziesięciominutowa opowieść o nudzie, sanatoryjnym, paskudnym żarciu, które nijak się nie miało do wziętej z domu wałówy; gdyby nie ona albo zbankrutowaliby w stołówce, albo pomarli z głodu państwo Ignatowie.

Następnie akcja przenosi się do Rejowca Fabrycznego, na wystawę sprzętów rolniczych, zwierzyny hodowlanej, gdzie traktory za grube "settysiące", buhaje rozpłodowe, warchlaki, a nawet króliki są na sprzedaż (sam przywiózł olbrzymy belgijskie), na nieczynne, powojskowe lotnisko w Białej Podlaskiej ("mówię ci - jakie koncerty! Jakie Pożegnanie Wakacji się odbywało! Samą Dodę widzielimy, Danzela, wiesz - <<ju gaczu pampirap>>, Budkę Suflera, motolotnią można się było przelecieć, skoczyć na bungee, oczywiście - gdzież my, stare, ale młodych - tłumy się kręciły"), potem - do włodawskiej synagogi na Festiwal Trzech Kultur.

Chełpi się wyprawami, niemal zamorskimi, to nic, że w obrębie dwóch powiatów, szczyci się, Stefan, gdzie to się nie wybierał ze ślubną, jakie to atrakcje nie czekały go na Zakończeniu Lata w Herlewie ("Poznakowski autografy rozdawał!"), czy Wólce Terleckiej ("jaka piękna procesja była, jakie mądre kazanie!").

I, gdy już zbieram się, aby przerwać wspominki-wydumki, uciąć bajania maniaka wytwórczego, nasz lokalny świr jakby nigdy nic rzuca: "...a Stacho swoim w ogóle nie jeździł, bo nie miał prawka, I po dziś dzień nie zrobił. Zresztą teraz - musztarda po obiedzie, po kolacji, po wszystkim. Za późno o co najmniej trzydzieści lat - dla niego i dla samochodu... Mówiłem, prosiłem jak kogo rozumnego - "przepal, wyjedź raz na jakiś czas, chodź dookoła studni, niech nie zastrzęga nieużywany, zobacz - tyle kosztował, a teraz jak wygląda - jak najgorszy złom, obsrany, nasz tato składał, na książeczkę wpłacał, żeby mieli synki... Jeden uszanował, drugi - zaprzepaścił... To choć, jak nie chcesz jeździć - sprzedaj, starczy ci na tyle wódki, że przez czterdzieści lat nie wypijesz; przecież aż przykro patrzeć, jak się marnuje, niech by inni skorzystali, wiesz, po ile chodzą na giełdzie... A on - żebym się nie wtrącał, to jego sprawa, jak będzie chciał, to może nawet do gnojownika wjechać, albo podpalić; prawko będzie robić, a samochód - nie na deszczu, tylko po dachem stoi, więc nic mu się nie dzieje. Niech czeka na lepsze czasy, może poluzują przepisy, demokracja idzie - to i nie będzie trzeba papierka, żeby jeździć... Jak na rower... No i patrz - zrujnował od nieużywania..." - Stefan podchodzi do kupy kup.

- Jeszcze z dziesięć lat temu dałoby się odzyskać trochę części, teraz - sam widzisz - obsrajcizna...

Uśmiecham się odruchowo z przezabawnego neologizmu i jednocześnie nie wierzę w to, co słyszę.

Paranoje wariackie, nic więcej! Już widzę, jak zmarnowaliby w tak bezsensowny sposób auto kosztujące krocie. Ale, sam nie wiem, czemu, pytam:

- To ile on ma przebiegu?

- E, szkoda gadać... tak mało. Tyle, co w jedna stronę z Moledniowa - siedemnaście kilometrów. Stacho bał się jechać bez prawa jazdy, ale wtedy mało kto miał. Nie było kogo wziąć za kierowcę, to musiał on. Pierwszy i ostatni raz prowadził. Ja jechałem swoim. I jak wjechał do stodoły, jak postawił - takk po dziś dzień nie daje nikomu ruszyć. Bo to pamiątka po ojcu, spadek, tylko to mu pozostało, bo resztę powyrzucałem, popaliłem ubrania, może nawet i zdjęcia, przecież byłbym zdolny i do tego... Przychodzili różni, najpierw do jazdy kupić, potem - już tylko na złom... A on - że nie i nie da, niech mu rękę, nogę odrąbią, ale samochód zostanie, gdzie stał...

Potem proponowałem, że choć umyję, będę przepalał... To jak nie naskoczył, że niby wyciągam łapy po cudze... I tak... Chyba niedługo przyjdzie mu spać we tym fiacie, bo nadojadło nam już trzymanie w garażu dziada... Wiesz, jaki to smród? Gorzej świni, o psie to nawet nie mówiąc. Że rzuca niby parę złotych czynszu... Ja ci go mogę oddać, bierz na lokatora za pięćdziesiąt złotych miesięcznie. Pomieszkasz, zobaczysz, na czym koza chwost nosi... - Stefan zgrywa wielce udręczonego przez los, konieczność użerania się z bratem-oliwą.

Powiedziałbym ci, sukinsynu, co myślę o takich jak t...

- ...a przecież nieba bym mu przychylił! Ile razy próbował na leczenie zgłosić... - prawie biadoli wyrodny gnój. Choć... czy na jego miejscu zachowałbym się dużo lepiej? Najłatwiej potępić kogoś, kto nie potrafił zmierzyć się z problemem, zamiast próbować leczyć - amputował chorą tkankę. Prawdopodobnie postąpiłbym identycznie. I to jest smutne.

- Idź, leży tam, od trzeciej rano, bo przypełzło, chyba z ósmej wsi, książątko... Idź, pytaj, może ci, hje, hje, sprzeda, będziesz miał szczęście... Dureń - tyle pieniędzy w błoto...

Nabieram coraz większej pewności, że historia martyrologii fiacika nie jest wyssana z palca, Stefan ma przebłysk zdrowego rozsądku i nie wpuszcza mnie w maliny.

Taki cud, Graal święty, choć obsrany, takie białe kruczysko? Aż się wierzyć nie chce!

...tylko spokojnie, nie napalaj się. Stefan - wiadomo, psych, może się mylić, albo świadomie przekręca fakty, to kupiony na giełdzie stary, powypadkowy maluch, szrot, jakich pełno, spójrz chłodnym okiem - czy ktoś by zmarnował nowy wóz - i to w PRLu, gdzie durnego papieru toaletowego nie było... Wtedy szanowało się wszystko, cerowało skarpety, majtki, prezerwatywy były wielokrotnego użytku, a oni SAMOCHÓD by doprowadzili do ruiny?

Stefan jest chytry, albo by bratu ukradł, albo wynajął złodziei; nie patrzyłby, jak pod nosem się utleniają setki milionów starych złotych.

Stacho... nie wiem, kiedy przestał logicznie myśleć, utonął w wódzie. Czy byłby na tyle ciemny, buracki i kretyńsko uparty, by doprowadzić fiacika do takiego stanu (sam jest w o wiele gorszym - przemyka mi przez myśl)? Aż tak bardzo czuł się związany z Fiedorykiem? Hipermiłość synowska nakazała - irracjonalnie - trzymać, zgracić, zgnoić otrzymany w prezencie, nowy samochód?

Ostrożnie obchodzę kupę kup. Zaschnięte, więc nie narażam się na nieprzyjemne zapachy. W powietrzu unosi się kwaśna, ale mało gówniana woń.

- Mogę wsiąść do środka?

- Brata, mówiłem, pytaj - nabzdycza się, naburmusza, pochmurnieje nagle Stefan. Na twarzy wykiwtają mu szaro-beżowe plamy.

- Mojego mogę sprzedać od ręki. Karoseria z papierami - tysiąc pięćset złotych, do negocjacji - rzuca kwotę z kosmosu. Myśli, że ma przed sobą pierwszego naiwnego.

- To jak - dobijamy targu, hje, hje? No kupuj, co się zastanawiasz? Taniej nie będzie. Oglądaj - zdrowa buda.

- Chyba podziękuję. Jeden dekomplet mi, żesz kurwa, zalega w stodole. Pogadam z panem Staśkiem. Kto wie - może zmieni pod wpływem perswazji zdanie, szanowny pan Stanisław, uzna, że nie warto dłużej więzić prezentu (Jezu - jak to brzmi?!) od ojca w stodole, zgodzi się odsprzedać... Uczciwie zapłacę ile będzie chciał. To znaczy - w rozsądnych granicach, milionów - jak widać - nie mam...

Na te słowa Stefanowi w oczach pojawiają się grudy błota. Błyszczącego, magnetyzowanego błota. Szlamu, co przyciąga wszelki metal, by go zgnieść, stulić w swym wnętrzu. Na miazgę.

Charczy, kwirewski pomyleniec, że taaaak, idź, durniu ty sakramencki, fajfusie, pierdoło, ofiaro losu, zagadaj z bratem to zobaczysz, spróbuj szczęścia, wyjdziesz szybciej, niż żeś wlazł, tęgiego chuiska, takiego, jak się widzi u Murzynów na pornolach ci sprzeda, choćby śrubsztaka, klemę, zardzewiałą podkładkę; moją karoserią gardzisz? Tę, z błota chcesz, nie widzisz, że to szlam, że wsiąkła i zgniła po pas; baran jednak jesteś, ludzie dobrze mówią, nie mylą się ani na jotę, z honorami cię Stacho odprawi, malucha za półdarmo odsprzeda, leź w paszczysko lwa, jak chcesz z niego nie wyjść, kurwiu, wydelikacony jesteś, laluś, pizdeczka, takie lelum-polelum, życia nie znasz i nie wiesz, z kim masz do czynienia, ani co to remont, ile trudu wymaga i przede wszystkim- jakiej wiedzy! Wydaje ci się, dzieciaku, że to kaszka, kurwa, z mleczkiem? Dobra, próbuj, debilu, najlepiej - kup. O taaaaak, kup ruinę, zmarnowaną, z błota, co gnije jak amfibia, która ugrzęzła, a dostaniesz, mały, taką lekcję, że przez rok będziesz czuł wstręt patrząc na jakikolwiek samochód. Jesteś z chowu szklarniowegio, spod klosza, rodzice teraz nie biją dzieciaków,a ale i im niczego nie wpajają, kultura wychowania - w zaniku, dziecko to teraz dodatek do pięćset plus, ani nowy członek rodziny. No i są efekty - takie właśnie eteryki, duchy, blade ludziki, którym nikt nie powiedział, jak mają oddychać, już nie mówię - załatwić się; istoty człowiekopodobne, ze szkła, z masy solnej. Niedopieczone - jak to było w dawnej indiańskiej legendzie... No idź - zapieniony szajbus.

Bez słowa, z udawaną obojętnością, zadzierając nieco głowę, idę, oczywiście. Jestem trochę podochocony. Tyciuśko.

Boję się kolejnej scysji, może nawet wpierdolu. To naprawdę nic przyjemnego, jak bluzga na ciebie menel - myślę jakże odkrywczo.

- Haallloooo... Dzień dooobryy - witam się z dobitymi pojazdami Stefana. W kącie, pod nie najczystszą ścianą, na nie najczystszej (oględnie mówiąc!) wersalko-gąbce, filcopłacie, leży kłak. Ludzki bez wątpienia. Mruczy, że czego, rusza się niemrawo, próbuje wygramolić z betów. Marszczy brwi, lwie, krzaczaste, przypominające liście pokrzywy, niedźwiedziowate. Cały jakoś tak dziwnie marszczy się na mój widok, przybiera pozę obronną. Filcuje się, zbija w kłębek, upodabnia do legowiska. Stłacza się w sobie, że tak powiem.

Nie bawię się w podchody, choć może powinienem jakoś milej zacząć, zapytać co u pana, może zaproponować coś do wypicia, rozpracowanie flaszeczki.

Przechodzę (błąd?) od razu do rzeczy, w literackim skrócie wyłuszczam sprawę, że remont, ocalenie samochodu, prezentu od pańskiego świętej pamięci ojca, spoko - wóz trafi w dobre ręce, taki ze mnie młody adept kręcenia śrubek, gorzej mu u mnie na pewno nie będzie, potrafię zadbać o sprzęt, to nie ma za wiele wspólnego z umiejętnościami, te przychodzą z czasem, mam kulturę techniczną, wielką nawet bym powiedział, jak Niemiec z RFN, co to jeździ tylko do kościoła i ASO, a po dwudziestu pięciu latach sprzedaje swego Mercedesa w idealnym stanie i z przebiegiem trzech tysięcy kilometrów, to jak będzie - dobijamy targu? Bo wie pan - z tym, czy innym egzemplarzem, ale i tak zrealizuję powzięty zamiar (staram się mówić jak najpoważniejszym głosem, używać niegówniarskich sformułowań), ale chciałbym przy tym ocalić całość, buda, co tu dużo ukrywać, za solidnie nie wygląda - zatem - wykręcić jak najwięcej z pańskiego maluszka, uściślając: jego elementy składowe żyłyby, działały, spełniały swoją funkcję transplantowane do innego auta. Przełożone z namaszczeniem, ostrożniutko, by niczego przypadkiem nie uszkodzić.

Nie odpowiada mi bluzg, wiązanka wulgaryzmów, dobrze wypieczony stek wyzwisk, gardłowe bulgoty, fuczenie, warkot dobiegający z czeluści żołądka. albo i z jelit. Naprawdę, choć niełatwo uwierzyć - Stach obchodzi się ze mną, w jego odczuciu - pewnie zabrocą, co to chce dokonać zaboru mienia, zbójem Madejem, bezlitosnym wyciągaczem wszystkiego, co najlepsze, kleptomanem, który nie potrafi dnia przeżyć, by czegoś nie zwędzić, oczadzeńcem motoryzacyjnym (czy fama doszła do uszu, dotarła do wiecznie zakwaszonej głowy i zagnieździła się tam?), a może po prostu zwykłym niedojdą, żartownisiem, co to przyszedł sobie podworowaać z drzemiącego w stodole skarbu, albo sądzi, że naprawdę byłby w stanie wyremontować pamiątkę nad pamiątki - dość łagodnie, nie zrywa się do bitki, oplucia mnie, obrzucenia odchodami, co (zgaduję) byłoby całkiem w jego stylu.

Wstaje, otrzepuje się z larw, much, chrabąszczy, obłażących go glist, parocentymetrowych bakterii, podchodzi wyprostowany jak struna (stoją teraz naprzeciwko siebie dwaj żołnierze kompanii niereprezentacyjnej), patrzy mi w twarz kisielowatymi ślepkami, po czym, z perfidnie-cynicznym uśmieszkiem cedzi: "Dobrze, nie ma sprawy, dziecko. Nawet ci drogo nie policzę, toż to grat".

Ej, ty, nie urodziłem się wczoraj, sasquachu cholerny- natychmiast węszę podstęp.

- Za dużo nie mam... - zaczynam ostrożnie choć wiem, że i tak stoję na straconej pozycji, nie zanosi się na negocjowanie ceny.

- Nie szkodzi. Myślisz, że rzecz w pieniądzach? To patrz na mnie! No - ile mam przy sobie - biliony? A jakoś funkcjonuję i nie narzekam. Dach nad głową - jest, parę złotych na jedzenie, o - i spać mam gdzie...

- Samochód jest w stanie co najmniej fatalnym...

- ...no to i nie wezmę za dużo.

- Ile? - przygotowuję się do:

1) warknięcia, niby-to oburzeniem, że coś pan, za drogo

2) roześmiania się, że... patrz pkt 1.

3) obrony przed niespodziewanym ciosem

- Zero. Ani grosika.

- Więc - co?

- Zadrapanie - Stacho bierze plastikowy widelec i przejeżdża po swoim ciele - od lewego barku, przez klatkę piersiową, brzuch, aż do lewego biodra.

- Co?

- Sznyt królewski, gówniarzu. Nie słyszałeś? Wiesz, kto to robił? Twardziele, tylko twar-dzie-le! A ty - kim jesteś?

- Człowiekiem, a co? - wyprężam się, staję przed ochlaptusem jak napięta cięciwa łuku.Odwarkuję hardo. W odpowiedzi słyszę, że jak tak - to zaraz udowodnię, bo wyglądam, jakbym koło ludzi nawet nie stał. Człowiek to jest ktoś, kto ma jaja, zaatakowany gardło może przegryźć niedźwiedziowi, nigdy nikogo nie sprzedał, konfidenctwem się brzydzi; człowiek ma honor i jest charakterny.

Wykłębiają się garucho-wartości z brodatego pyska, słyszę całą litanię prawd objawionych, mądrości spod celi.

Kłócić się z zamulonym kryminalistą nie mam, rzecz jasna, zamiaru, co takie coś jak on może zrozumieć? Tu poskutkuje tylko argument siły, albo zniżenie się do poziomu pana magistra inżyniera sztuki więziennej, używanie takiej samej nawijki.

Inaczej - zero płaszczyzny porozumienia, niekomunikatywność.

Żeby jednak trzymać fason przed samym sobą, nie wyjść na kompletną nieowłosioną, dziewiczą piczusię, że nie sznyt królewski, carski, kuźwa, sułtański, czyni z ciebie bohatera, a chlastanie się bez powodu, albo dla udowodnienia innym, że ma się jajca to szczeniactwo w najczystszej postaci. Frajerstwo, a nie męstwo, prawdziwy chłop nie musi się poniżać, dziarać, czy dziabać widelcem, by udowodnić, że ma, że wiszą dwie kulki, a grypserskie sprawdziany niech odpierdala, jak znowu trafi za kraty, mnie ćwiczył nie będzie. I w ogóle - jak on wygląda, niech się ogarnie, bo więcej ma na sobie błota, niż ten jego maluch, co to gówno, a nie jest niejeżdżony.

I odwracam się na pięcie; nie wściekły, bo wiedziałem, że marne szanse, prędzej głowice atomowe od Ruskich za parę kopiejek kupię, niż cokolwiek od tych dzwonów, no Trzeci Świat normalnie, jeden głupszy od drugiego, barany takie, że aż mi ich powinno być szkoda. Trzeba leczyć takich, najlepiej przez utylizację, jeden zastrzyk - i po problemie alkoholowym, zniwelowana cała głupota, buractwo, zaburzenia psychiczne.

I kieruję się do furtki. I przyplątuje się nie większy od kota Brysio, podgryza mi buty, obszczekuje, wygania niedoszłego kupca skarbów z ignatowego Sezamu; cwaniaczka, któremu się zamarzyło wyciąganie brudnych łapsk po moto-precjoza.

Zamierzam się, by kopnąć ujadający kawałek filcu, ale na horyzoncie majaczy powarkujący buldog - Stefan. Zgrzyta zębiskami, że co, za ile brat puścił fiata, dobrą cenę wytargowałem?

Was obu też należałoby kopnąć, najlepiej w mordy, z półobrotu, pobawić się w Jackiego Chana i nastwiać wam w głowach klepki.

No i pa, trzymajcie się z pokrytymi gównem cudami. Kłujcie się, krojcie na cienkie plasterki, cholerni sadomasochiści kryminalni.

Głupi, głupi ja! Czego się spodziewałem - normalnego potraktowania? Przez kogo? Ojcaście, jak gadają, w ostatnich dniach życia, na gołych dechach, na wannie trzymali, dzikusy... On wam bentleye 126p pokupował, a jak nie miał już sił, by dojść do toalety - musiał leżeć na wannie i do niej robić, dogorywać w smrodzie, nago...

Kary na takich synalków... - odpędzam rozdziawgotany kłębuszek zapchlonej sierści, garbię się.

No to się potargowałem z przybyszami z Archaiku, sprzedali mi świeżo wynalezione koło...

Wracam w głupawym nastroju. Wyobrażam sobie miasto chuci, Sodomy, jurne wsie, całe osiedla kipiące krwią. Ulice pełne szklanych samochodów . Co rusz dochodzi do wypadków, bo ero-fajtłapy jeżdżą na wiecznej bani, jak poupijały się na osiemnastych urodzinach, tak nie w głowie im wytrzeźwieć, ich melanż trwa n-ty rok z kolei.

Brzdęęęk tłuczonego szkła, zderzają się dwie rozpalone głowy. A potem - jęk, pokrwawione ofiary kraksy leżą na drodze. Jucha chluszcze z ich twarzy, ramion, torsów, dłoni.

C.K.-sznyt, cesarsko-królewskie okaleczenie.

Uśmiecham się na myśl o miastach zamieszkiwanych wyłącznie przez naprutych erotomanów, kloszardki i ich bezdomnych alfonsów, firmie Guanenmann, która przerabia samochody przez ich obs...

No, tu przesadziłem. Za duże prostactwo. Wyszło nieśmiesznie. Koprofilski tuning optyczny by Stacho Ignata... żenada na całego.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Canulas tydzień temu
    Tak se badam z doskoku, ale żeś w chuj płodny, to poczekam, aż się wystrzelasz. Nie mogę łapać kolejnej serii, bo to tak, jakbym se ukręcił łeb. Ale to, co z doskoku widzę, to wiadomix.
    Specyficzne, nietuzinkowe, ciekawe.
  • Wrotycz tydzień temu
    No nie mogę się powstrzymać:)

    - "To nie tyle sprzęt domowy, jakieś tam AGD, co wręcz filozofia życia, stoicyzm ucieleśniony, zawary(t)y w przedmiocie. W rzeźbie z drogiego marmuru. Lodówka karraryjska.

    To okład na rozgrzaną głowę, zmrożony szampan, celebrowanie pięćdziesiątej rocznicy ślubu, albo zdania matury, obrony pracy magisterskiej; to to cierpkie, drażniące podniebienie, przełyk, zimno przesadnie schłodzonej wódki za osiemdziesiąt zeta (w moim świecie nie istnieją droższe).
    (...)
    Polskie słowo lodówka nie niesie z sobą tyle milczącej, ciemnej, ale i ożywczej energii, ogłady, taktu. Jest radosną bryłą zamarzniętej wody, która spada i rozłupuje ci czaszkę. Umierasz głupio uśmiechnięty, jakbyś oglądał drugi, czy piąty sezon Przyjaciół. Ross z Chandlerem znów coś odpierdolili, a Phoebbe zawodziła protest song o śmierdzącym kocie, piosenkę z nierozwiązaną do tej pory tajemnicą, bo, pomimo -nastu lat od zakończenia produkcji szmiroserialidła nadal nie wyjaśniło się, nikt nie odkrył, czym ów cholerny Mruczek był karmiony."
    :)))

    A dalej, mimo filującej spod zdań ironii, jakby poważniej o interesie ze świetnie scharakteryzowanymi braćmi, no perełka:

    "W kącie, pod nie najczystszą ścianą, na nie najczystszej (oględnie mówiąc!) wersalko-gąbce, filcopłacie, leży kłak. Ludzki bez wątpienia. Mruczy, że czego, rusza się niemrawo, próbuje wygramolić z betów. Marszczy brwi, lwie, krzaczaste, przypominające liście pokrzywy, niedźwiedziowate. Cały jakoś tak dziwnie marszczy się na mój widok, przybiera pozę obronną. Filcuje się, zbija w kłak, upodabnia do legowiska. Stłacza się w sobie, że tak powiem. "

    Trochę mi przypomina Twoje pisanie twórczość L. Buczkowskiego. Barwność opisów, ukryty tragizm, rozmach narracji.
  • Florian Konrad tydzień temu
    dziękuję za wpady i komenty. Książka się pisze, rozdziały publikują. Buczkowskiego nie znam, znam Bukowskiego (wszystkie powieści pijaka przeczytałem lata temu). W Wordzie poprawiłem literówkę

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania