Neglerioza rozdział X.

Zbądźcie mnie milczeniem, tak małe i nieistotne jestem. Przejdźcie nade mną, ponad tysiącami głów, mógłbym mieć. Rozdepczcie każdą, zanim na dobre zacznie się krystalizować.

Zawiązki. Neurony. Leptony. Przemykam się między określeniami, uciekam od udawanych epok, czasów zakazanych. Moja niebytność, tak wyraźna... - uśmiecha się dziesięć tysięcy ust.

Jeszcze mnie nie ma, coś usiłuje zaistnieć, zlepić się, zaiskrzyć. Syczy nieśmiało w alembiku, saturatorze, syfonie, kadzi. Jest gazowane, niepitne, cierpkie. Parzy i powoduje mdłości.

Lęgnę się w niesprzątanym od dziesiątków lat laboratorium żula-alchemika. Moi rodzice nigdy się dobrze nie poznają. Zresztą - po co? Im mniej wiedzy - tym bezpieczniej. Konspiracja to najlepszy ustrój społeczny, jaki wymyśliła ludzkość. Najefektywniej pracuje się w tajemnicy, rządzi się szmerem.

Ja samo niewiele o nich wiem, Mama jest obarczona błędami, nawet nazywa się felernie: Margdalena. Imię z wbitą w środek ością, albo wrośniętym gorącym kamykiem. Gorzkie, gdy się je wymawia.

Niepotrzebne, potworkowate r, gryzące w gardło, niczym paproch. Wydalina jadowitych roztoczy, śmiertelnie niebezpieczna dla alergików.

Margdalena Wojciechowska - nieuleczalnie chora na osiemnastą literę alfabetu łacińskiego i dwudziestą trzecia polskiego.

Gdyby lubiła plotki, była intrygantką, można by ją określić mianem komerażnicy. Przeciąć na pół ostrymi jak zęby piły r, ż.

Tato? Jeszcze nie wie, że jest mężczyzną. Ciągle waha się,l jakiej jest rasy. Na tę chwilę - udaje Chińczyka w kolorze yellow bahama (kameleon, dostosowuje barwę łuski do koloru remontowanego samochodu).

Ojciec, któremu wydaje się, że ciągle jest prawiczkiem (pamięć czyszczona alkoholem, płukana w czystym spirytusie i suszona na sztachetach) prawdopodobnie nigdy nie pozna imienia Margdy.

Spodobałaby mu się, pokochałby, wziął za żonę?

"Z pocałowaniem w dzyndzel" - jak mawia od czasów, gdy został uświadomiony, że dzieci nie znajduje się w kapuście, a i z bocianem to też ściema.

Przejdź mnie, tato, be-pe-wu-siedem-cztery-dwa-osiem, którego chyba nigdy nie poładujesz, zmieniony w Edka-rockersa, bohatera kwirewskiego eposu.

Zastanawiasz się, czy Stefan mówił prawdę, wiecznie wątpisz, niewierny Tomku. Nie obwąchałeś wystarczająco dokładnie zgnilca marki FSM, zresztą - i tak nie umiałbyś stwierdzić, czy faktycznie jest nieużywany.

Będzie cię to teraz gryźć, frapować, męczyć, przez najbliższe tygodnie wewnętrzny mól wyżre ci dziurę w żołądku.

A jeśli powiem że tak, w stodole tajemnic widziałeś nadgnojonego Graala - to co? Wykorzystasz w jakikolwiek sposób tę wiedzę, zakradniesz się w nocy z kolegami, których nie masz, by uratować szczątki legendy, szkielet białego kruka, albo choć jedno skorodowane pióro?

Bez żartów. Strawisz tę wiadomość, zachowasz dla siebie i pozwolisz, by rozpuściła się w sokach żołądkowych, jak podłoga fiata w kwaśnej glebie.

Nie wezwiesz pomocy drogowej, nie skrzykniesz na fejsie grupy zapaleńców-ratowników, która byłaby w stanie odbić dziecko włosko-polskiego mariażu, licencyjnego pokurcza, wyrwać ze smoliście czarnych pazurów buraka sierotkę, która od maleńkości gnije po kolanusia w gliniano-iłowo-lessowo-siarkowym błocie; na własnych barkach przenieść do suchego garażu - sali operacyjnej i podjąć próbę reanimacji.

- Jakby się dało do czego dospawać - wstawiłbym podwozie, zawieszenie z łady nivy, do tego - gąsienice... Czołg czasami idzie kupić na przetargu z AMW, tylko, ze są kurewsko drogie... - rozmarzyłby się pryszczaty rometowiec, lat (mentalnych) szesnaście, który do tej pory miał wyłącznie do czynienia z ogarami, chartami, jawą 50 mustang i ma o motoryzacji żałośnie blade pojęcie, nie odróżniłby nysy mikrobus od multipli pierwszej generacji.

Jeśli kiedykolwiek się spotkamy, jako ciekawostkę powiem, że przegniłą buda przeżyje was wszystkich: Staśka, ciebie, Stefana, Reginę.

Moi rodzice są zimnym popiołem. Przesypują się między światami, w których czas biegnie w różnym tempie. Zachodzę w głowę, której nie mam, co musi się stać, by ich płaszczyzny nałożyły się na siebie.

Ale powstanę, nie mam wątpliwości. Coś tu przecież gada, łączy ślina głoski, spaja litery.

Jestem formą nieistnienia białka, świat realny jest dla mnie średnio poznawalny. Cytuję piosenki, jakich nie dane mi było usłyszeć, książki przeczytane pozagrobowo, w innych rzeczywistościach (w każdej - nienawidzę Romantyzmu i wszystkiego, co było przed nim, wyrzyguję sonety Petrarki, wydrapuję oczy Sofoklesowi, na glinianych tabliczkach, zamiast natchnionych poezji opisuję sposób pozyskiwania wody pitnej z koprolitów, albo receptury szatańskich maści, które pomogą tyle, co wspomniane odchody dinozaurów).

Istnieje przestrzeń , w której, o ile wszystko dobrze pójdzie, wytworzy się myśl. Pogląd. Gust.

Na razie są zapowiedzi.

Ra-Ra-Rasputin, absztyfikant grubej Berty, młodszy brat Safony, jest pokryty kryptocytatami. Więc, chyba, przyjdzie na świat jako nieodrodna córeczka tatusia-fantasty.

Tu myśli się piosenkami, poezją w nieskończonej liczbie języków. Ozorów.

Ja to Kącik skatologiczny na przedostatniej stronie poczytnego dziennika. Różne osoby przysyłają do mnie plugawe wypociny, laurowe wieńce, plują do środka, opróżniają popielniczki. Przyjmuję wszystko z dobrodziejstwem inwentarza, nawet czasami zdarza mi się podziękować.

Jestem pojemne. Chodź, Tato, wlej tu resztki oleju silnikowego, zwietrzałą benzynę.

Mama może wrzucić odkrojony kawałek mięsa, wycinek zbyt duży, by mógł trafić do analizy: fragment trzydziestego ósmego palca, usta numer siedemdziesiąt sześć.

Boi się, czuję. Nie wie, że jest nadkompletna, lekarze mogliby ją rozbierać na czynniki pierwsze, karmić nimi ochroniarskie dobermany - i zawsze byłoby co odrzynać (obrazek: ludzie w pokrwawionych kitlach niosą pełne obrzemki tłustego mięsa. Mijają patrzących ze zgrozą pacjentów na korytarzu. "Kyrieelejson - iluż ludzi musieli rozebrać na narządy, rzeźnicy!" - da się wyczytać ze zszokowanych i oburzonych twarzy.

Tymczasem ona - nadal rodzi. I roni. I pomnaża się. Alma mater, która nie może niczego nauczyć, karmi, ale nie wiedzą, a boczkiem, schabem i słoniną).

Nie zdaje sobie sprawy, że to, co poczytuje za chorobę, jest błogosławieństwem.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Wrotycz 9 miesięcy temu
    Najciekawszy narrator się pojawił:

    "Zawiązki. Neurony. Leptony. Przemykam się między określeniami, uciekam od udawanych epok, czasów zakazanych. Moja niebytność, tak wyraźna... - uśmiecha się dziesięć tysięcy ust.

    Jeszcze mnie nie ma, coś usiłuje zaistnieć, zlepić się, zaiskrzyć. Syczy nieśmiało w alembiku, saturatorze, syfonie, kadzi. Jest gazowane, niepitne, cierpkie. Parzy i powoduje mdłości.

    Lęgnę się w niesprzątanym od dziesiątków lat laboratorium żula-alchemika. Moi rodzice nigdy się dobrze nie poznają. "
    (...)
    Moi rodzice są zimnym popiołem. Przesypują się między światami, w których czas biegnie w różnym tempie. Zachodzę w głowę, której nie mam, co musi się stać, by ich płaszczyzny nałożyły się na siebie.

    Ale powstanę, nie mam wątpliwości. Coś tu przecież gada, łączy ślina głoski, spaja litery. "

    Dziecko Margdaleny i narratora prowadzącego (dominującego w poprzednich rozdziałach - tak?)), którego jeszcze nie ma, ale w swojej świadomości już jest. Wieczny tułacz - wędrowiec, zapowiadany przez myśl/natchnienie Floriana (czy jak tam Ci na imię).
    Kurczę, to się nazywa majstersztyk rozwiązania bytu narratora. W ogóle całej tej tajemniczej świadomości zamykanej w tekście, prowadzącej go. Mniej i zarazem większej od bytu - fizyczności twórcy. Ooo - aleś smacznym kąskiem rzucił.
    Mam trzewia syte po lekturze.
  • Florian Konrad 9 miesięcy temu
    tak!!! To dziecko narratora i Margdaleny!!!!! Mówi, choć go jeszcze nie ma :)))) Cieszę się, że mogłem "nakarmić". Jak się nazywa męski narrator? w 99,9 % moich tekstów ma na immię Florian, tutaj, w Negleriozie - Tomek. Objawi swoje imię za jakiś czas, ale to żadna tajemnica :))) Tomasz i Margdalena.
  • Wrotycz 9 miesięcy temu
    Ty pewnie już w brzuchu mamy zacząłeś mówić:)))
    Okey, Tomek.
    Dzięki:)
  • Florian Konrad 9 miesięcy temu
    Nie wiem, kiedy :) Ale na początku przedstawiałem się Niań. Tak :) Naprawdę, mały Rafałek zamiast mówić, że jest Jafał, czy Lafał - mówił, że jest Niań. :))) Taka ciekawostka :)
  • Wrotycz 9 miesięcy temu
    :) W przekładzie na dorosły język: wsobność.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania