Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Neglerioza rozdział XXXIV. - OSTATNI

XXIV. Hylocereus rehandianis

 

Bulwa przecięta mieczem, ziemniak, który nie spodobał się jakiemuś rycerzowi, zadarł z mediewolubym członkiem grupy rekonstrukcyjnej i spotkała go sroga kara - tak można opisać to, co zostało z głowy Łukasza. Rozkwaszony kartofel, do tego z łęcinami. Resztki włosów, odwinięte z kół ciężarówki i z namaszczeniem włożone do trumny, na postczerep, zdają się być posiwiałe i jakby wyrwane innej osobie.

Łukasz - miazga ma na sobie kawałki skalpu jakiegoś dziadunia napadniętego przez Indian, którzy - nie mając tomahawka - rwali mu kłaki ze skórą całymi garściami, oczywiście na żywca.

Lewe oko to mocno nieświeży owoc, mutant zbiorczy łączący cechy cytryny, limetki, marakui-męczennicy jadalnej (cholernie wymęczonej, storturowanej, aż do pestek), grejpfruta, pistacji, makadamii, śliwki, robaczywego jabłka.

Patrzy na mnie nie mogąc zamknąć poszarpanej powieki, jakby prosiło się o spróbowanie. Kusi, bym poznał jego smak, puszcza czerwono-żółty soczek.

W miejscu prawej, wyrwanej gałki zieje wypełniona gazą dziura. Trzy łukaszowe nosy, bo nie jest to jeden, połamany, ale trzy osobne, rozchodzą się w przeciwnych kierunkach. Przywodzi to trochę na myśl twarze wszystkowidzącego Światowida - najbardziej wścibskiego boga wymyślonego przez ludzkość, dziadygi-dupka, który zwyczajnie musiał wiedzieć wszystko, albo jeszcze więcej, absolutnie nic nie miało prawa się ukryć przed jego ślepiami, wtryniał gdzie się dało kudłate pyski, węszył czterema kinolami.

Usta to temat na osobną opowieść, wielotomowy zbiór baśni o niegrzecznych zębach, które postanowiły uciec z ust, poszukać szczęścia na gigancie, ale nie uszły daleko w świat szeroki, ledwie wyrwały się z dziąseł - zaraz wbiły się w poszatkowane, gumowate wargi, albo utknęły w spękanym podbródku. I tak zostały.

Język, bohater następnej legendy, podzielił się na dziesiątki larw, rozpełzł w głąb gardła, zatok, nawet - w oczodoły.

Podniebienie stało się kilkoma figurami niemożliwymi: trójkątem i schodami Penrose'a, siakimiś zachodzącymi na siebie kryształkami, stożkiem wyrastającym z półwklęsłej ćwierćkuli.

Anamorfoza: niezdeformowaną głowę Łukasza można zobaczyć jedynie poprzez odbicie jej w zwierciadle wypukłym walcu z aluminium, umytej z farby i idealnie wypolerowanej puszce po piwie.

Mój były chłopak przemielony przez rębak, maszynę do mięsa, zagryziony i rozszarpany przez ruskiego niedźwiedzia, kamazisko polarne, odpoczywający w trumnie po całonocnym wiecowaniu trup-anarchista (nosił transparent z napisem "Każdy inny - wszyscy martwi"), rozjechany przez czołgi na placu Tiananmen, ofiara wszelkich możliwych konfliktów zbrojnych, zamachów, zamordowany przez każdego, nawet początkującego terrorystę, Łukasz z głową obciętą przez syryjskiego pięciolatka-bojownika ISIS, rozkawałkowany przez Mudżahedinów (chciał ich poczęstować soczystym stekiem!), albo dzieciaki z Al-Szabab, któremu nie spodobał się kawał o Mahomecie i dwóch kozach.

Patrzę na żałosne pozostałostki mężczyzny, nie tak znowu dawnego partnera, osoby, z którą łączyło mnie tak mało, prawie nic i zarazem wszystko, niemal cała płaszczyzna.

Tak, kolejne życia to jakby płaszczyzny - na jednej - twój rodzinny dom, mamuś i papcio wyprawiający cię do szkoły, inna - pełna Rehandian, psychopatów unurzanych po łokcie we krwi pięćdziesięcioletnich, konsekrowanych dziewic.

W poprzedniej bajce płaszczyzny były piętrami miasta, zachodziły na siebie. Lecz... czy nie wszystko jest tego rodzaju kalejdoskopem? - rozkminiam niczym zjarany zielskiem Schopenhauer wdychając coraz cięższe powietrze. Jest duszno od świec, cztery gromnice palą się u wezgłowia trumny, dwie kolejne - u stóp Łukasza.

Da się wyczuć rdzawą krew, zakrzepłą i schłodzoną w kostniczej lodówce. Wyraźny zapach wnętrzności. Nie zwariowałem (jeszcze!), nie mam omamów węchowych, ze zwłok, spod garnituru, w jaki zakutano mięsną masę przebija fetor bebechów, treści żołądkowych, niestrawionej miednicy i podudzi, które podczas wypadku zostały wyrwane i przemieszczone, trafiły do olbrzymiego bebecha grubasa.

Blaszane, sztuczne, wykute w miękkich skałach, albo żółto-miedziane twarze koleżanek z kółka różańcowego, kumpelek z pielgrzymki do Lichenia, czy Ołtarzewa, ziomalek babci Łukasza, są martwe. Trupio-woskowe, żółte, jakby ulepione z miodu, otaczają trumnę.

Stare sekutnice obstąpiły ją, zajęły pierwsze miejsca, są niczym celebrytki na pokazie Lagerfelda, albo sępy pchające się do padliny z metką D&G.

Siwe, podwłodawskie Anny Wintour w najmodniejszych chustkach sezonu, powtarzajace mantry, beznamiętnie klepiące językami w dębową, błyszczącą od lakieru trumnę.

Nie brzydzi ich zapach, przywykły, to dla nich nie pierwszyzna, pewnie chodzą na każdy pogrzeb w powiecie i nie ma dla nich znaczenia, czy znały zmerłego, czy nie; nadarza się okazja do oklepania modlitwami czyjegoś trupa, pośpiewania szalgierów o przemijaniu i bramach niebios, co to otwierają się przed duszeńką denata na oścież, o świętym Piotrze, co wita, obejmuje, doczepia skrzydła i zaprasza zbawieńca w chmurne progi - to czemu nie skorzystać?

Babiszcza przypominające stare komputery, nie tyle oldschoolowe, kultowe i chodzące na allegro po kilka tysięcy zeta, cenie wielokrotnie przekraczającej cenę zakupu nowego; co lamerskie, obciachowe, kwintesencje burackości, paździerza, sprzęty, jakich szanujący się gamer nie chce za darmo, bo nie można na tym odpalić nawet Dooma, wiesza się co chwila, laguje, a bywa, że i zadymi, radziecki szajs, maszynki do grania i świecenia w dupie, konsomolskie dildosy-podróbko pegasusa, które nie mieszczą się między pośladkami najbardziej rozepchanego...

- Nie trzeba było otwierać. Źle wygląda... Powinni prze zamkniętej trumnie... - syczy półgębkiem umalowana po klaunowsku, hiperprzesadnie, niczym Anna Piaggi., nie najstarsza jeszcze ondulara.

Parę miedzianych głów odwraca się w kierunku. Nienawistne spojrzenia. Jak śmiała! Noobka, pierwszy raz jest na pogrzebie, czy co? Ośmieliło się, durne cielę, naruszać powagę chwili, podważyć sens, zakwestionować meritum, niejako narzygać w serce całej imprezy!

Przecież, tępa krowo, po to tu jesteśmy, poprzyjeżdżałyśmy aż z Ulan-Majoratu, Iłłowy, Bielina, spod Stoczka Łukowskiego nas przywiało, by się pogapić na rozjechanego nieboszczyka, pokontemplować przemijanie, podumać nad kruchością losu, bezmiarem czasu, który na nas czeka, przeolbrzymią wiecznością, upraszać Boga, by nie była to nieskończona męka, a ty, bezhołowko, kłapiesz japskiem, że to na nic? A stulże pizdomordę niedomytą, pozwól nasycić się, pocelebrować śmierć, nie widzisz, jaka ładna? Zakonserwować tylko w takim stanie, w jakim jest - zamknąć w szklanym sarkofagu - i można wystawiać na ołtarzu. Albo wyrzeźbić zmiażdżoną głowę w kamieniu... Toż to by było arcydzieło sztuki sepulkralnej (przesadzam, sorry, stare prukwy nie znają tego słowa), ozdoba każdego grobowca; turyści przyjeżdżaliby podziwiać, fotografować się na tle cudowyska.

Pacykara pokapowała cię, że palnęła gafę, bo kuli się, przygasa. Powtarza bezgłośnie, trusia, słowa kolejnej modlitwy.

Słyszę coś. Spoza przestrzeni? Taaa, jasne, pewnie ojciec iriEi opierdala mnie za ucieczkę do Polski, do tego świata, pozostawienie jego córy bez środków do życia, na dodatek w ciąży mnogiej...

To z... jelit. Nie moich, oczywiście, ostatnio średnio mi się pije, przeszła, ciekawe na jak długo, ochota na zalewanie się w trupa, przedkomputeryczne monolibacje, więc i rozstrój kich nie grozi.

Łukaszowi burczy w brzusiu, gazy gnilne robią krecią robotę, wypychają resztki treści do płuc, oskrzeli, pomiędzy spękane żebra.

"Jęęęjęęęę" - dobywa się w wyelegantowanej pulpy. Żałobnicy początkowo udają, że nic nie słyszą, uczepieni modłów zapominają o bożym świecie.

Gdy jednak bebech umarlaka nie przestaje jętolić, pokwękiwać, po twarzach zgromadzonych przebiega cień. Szczególnie mężczyźni mają nietęgie miny, widać, po nich wielką konsternację.

Kobiety są przyzwyczajone, stałe bywalczynie różańców niejedną pewnie gnilną symfonię słyszały. To nawet lepiej, że się "odezwał", potęguje tym nastrój grozy, parszywego przemijania, to takie, grane na porwanych flakach, requiem.

Memento mori - dudnią łukaszowe trzewia.

Nie jestem zdruzgotany, ale i nie powiem, by mi było do śmiechu. Stoję przy wejściu kaplicy z pochyloną głową, pod blaszanym kinkietem bez żarówki i staram się jak najmniej rzucać w oczy, wrastać wizualnie, na ile to możliwe, w szarą lamperię.

Persona non grata to mało powiedziane, bliższa i dalsza rodzina, znajomi Łukasza uważają mnie za wcielenie zła, Belzebuba jestem dla nich persona skurwata, sodomiata, personalizacją grzechu, za jaki grozi najsurowsza z kar: nie dostanie się do Raju, wykopanie przez wykidajłów niebiańskich na samo dno Piekła, gdy okaże się, że drugie, tylne dziewictwo zostało postradane, anioł mierzący średnicę odbytu pokręci głową z potępieniem i wycedzi zimno: "Grzesznik!".

Żałobnice podnoszą głosy, ojczenaszują niemal krzykiem, by zagłuszyć coraz częstsze "jęęejęęęjęę".

Oj, przesadził nieboszczyk, rozgadał się za bardzo i zaczyna się robić czarna komedia, trzeba by jakoś ukrucić te jego perory, może by matka udała, że chce poprawić krawat, czy poły marynarki i nacisnęła brzucho, wypuściła z syna trochę gazów, bo zaraz będzie cyrk, jak nam tu pierdnie, czy strzeli, wyleje, jak rzeka na wiosnę, jak wybije z niego szambo.

Zaraz nadchodzi ratunek, pięciu tragarzy w komeżkach, sztywnych, jakby połknęli kije od szczotek, wchodzi defiladowym krokiem. Zakrywają sztywniejszego od nich, Łukasza wyjętego z refrigeratora, machiny arktycznej do mrożenia krwi, i wynoszą. Prawie bokiem, bo trumna i ciało nie należą do maluśkich, ledwie mieszczą się w drzwiach.

Mija mnie zryczana pani Leoniukowa, jej mąż, dzieci. Bije od nich pogarda, są zgorszeni jak mnisi, którzy nakryli opata poczynającego sobie cieleśnie ze współbratem na zakrystii.

Klną, tyrają mnie w myślach. Prawie słyszę wulgaryzmy.

Głazy toczą się gęsiego, z pochylonymi głowami. Za starszym od węgla (rodzice Łukasza, centusie, przyoszczędzili na pogrzebie i wszystko odbywa się po taniości, wręcz dziadowsko) naciapkowanym w moro, przerobionym z powojskowego ambulansu polonezem karawanem.

Jezuuuu... Jest moja Evelyn McHale, czeka na dworze ze średnio dużym wieńcem plastikowych lilijek, mających zapewne nawiązywać do czystości i nieskalania żegnanego Łukasza.

Masz na sobie cudaczny, koronkowy paltocik, lamowany wełną z piżmowołów angorskich, niebiesko-beżowy, elegancko-wyzywający ni to uniform, ni to kostium tancerki go-go.

Taki śmieszny kozuch ze stringami, ufuterkowana baranica okrywająca tors, waginę, ręce. Koszmar estety.

Skąd żeś to wytrzasnęła, z ciuchlandu dla freaków, podpieprzyła z magazynu, do którego trafiają dziwadlane, nie nadające się do noszenia na co dzień kolekcje haute couture, wszystkie te supłosukienki, kapelusze w kształcie słoików po majonezie, dzieże-buty, żelazko-pługo-nakolanniki, papucie z krokodylich czaszek, szlafroczki-telewizorki, płaszcze z doszytymi walizkami, regałami pełnymi książek, czy staniki na baterie, wygrywające z głośniczków hymn ZSRR, albo Jugosławii?

Pewnie znów bawiłaś się w deprojektantkę mody, zniosłaś ze strychu, a masz tam istne muzeum, obrzemek łachów z lat siedemdziesiątych, albo i starszych; ciuchy pamiętające czasy wczesnego Gomułki, nadtoczone przez pleśń i pogryzione przez mole ubrania po babci i, kompletnie nie umiejąc szyć, próbowałaś stworzyć z nich nju luk, ekstrawagancką wintydż kreację a'la Lady Gaga.

"Grafomanka krawiecka", knocicielka, partaczka. Dla własnego dobra należałoby ci odebrać maszynę do szycia, nałożyć sądowy zakaz zbliżania się do igły i nitki.

Ale to jest w tobie słodkie: czyste i jak najlepsze chęci, staranie się, urocze chciejstewka. Podejmowanie prób mimo świadomości niechybnej klęski, nie zrażanie się porażkami, kolejne eksperymenty, tworzenie zszywadeł z blachy i starych firanek, dziadkowych marynarek, bawienie się w kubizm, bauhaus, gra w modowy surrealizm.

Kluczę w tłumku. I jestem blisko ciebie. Idziemy w milczeniu, panuje niezręczna zaduma, nikt nie śpiewa o dobrym Jezu, a naszym panie, co da wieczne spoczywanie.

Ostentacyjnie nie patrzysz w moim kierunku, udajesz kompletnie obcą. Już się nie znamy, tak? Dotknęła cię demencja wkurwieńcza, obraziłaś się tak bardzo, że aż dostałaś Alzheimera?

Przypominasz teraz... nie, nie nabzdyczoną kociczkę, to za proste i mało trafne porównanie. Raczej szarą banię os, gniazdo, jakie te małe skurwysynki każdego roku robią u mnie na strychu.

Rozbijam, ciskam kamykami - a one odbudowują, z uporem maniaka, swój kiczowaty pałac.

Jesteś nadęta i masz w sobie rój. Próbujesz trzymać się z daleka, przyspieszasz kroku, więc ja też, zwalniasz, usiłujesz wmieszać się pomiędzy tamtych facetów; znów jestem o krok od ciebie, prawie-prawie łapię za rękaw ekscentrycznego serdako-płaszcza, za wieńczyk; odpychasz, syczysz, że o co mi chodzi, weź się, daj mi spokój, a ja - że nie, pogadajmy, proszę.

Przez chwilę jesteśmy jak dwa wkurwione na siebie, kłócące się węże. Chcę się spleść, omotać cię ciałem, ścisnąć tak mocno, jak tylko potrafię i złamać opór, nie puścić, póki nie byłabyś jak za dawnych, cholernie dobrych, wykurwiście cudownych czasów - miła, sympatyczna. Artystyczna. Świetlista. Blackened-deathmetalowa; choć nie znosisz muzy tego typu, masz w sobie dużo z metalówy.

J. będąca jesienią, malowniczą porą roku, która nieodmiennie kojarzy mi się z wrakami aut; jesień to przemijanie, wszelkie starodruki, odchodzenie.

J. do której tak bardzo tęsknię, bo rzuciłem ją z miłości. By nie zatruwać sobą, jadem, ogólnospierdoleńczym charakterem. Mała, już nie moja J. Arcydzieło, na które natrafiłem kompletnie przypadkiem, podczas buszowania po opuszczonych domach, wyczaiłem u dziadków podczas wykopków strychowych, kosztująca krocie kroci; nic nie kosztująca, bo bezcenna J.

I zniszczyłem ten cud, obrzygałem płótno Rembrandta; pijus nie docenił tego, co ma, był za głupi, zbyt krótkowzroczny, aby mieć świadomość wagi, doniosłości odkry...

Czuję zapach twojej cipki. Wiem - fantomowy, iluzoryczny, zmyślony na siłę, przywołany pamięci w niesprzyjających, cholernie niemiłosnych i antyerotycznych okolicznościach.

Myśl o zapachu, którego prawdopodobnie już nigdy nie poczuję. Jesteś za blaszaną ścianą, zamknąłem cię w kasetce na naboje.

Stałem się niewybuchem, znów mam ochotę pisać, wzorem Jurka Króla, listy pożegnalne; ukrywać je, gdzie tylko się da, zawierać się, duszencję swą ateistyczną na kartkach, wywewnętrzniać się i ładować do słoików. Zakopywać się za życia. Nie mieć złudzeń, że ktokolwiek znajdzie.

Sól, lepkość. Kleistości moje kochane, podniecające, wzwodogenne. Ciężko oddycham, wręcz sapię. Samiec, antypoetycki knur, jak, cuchnący piżmem bawół.

Wielkie, wilgotne nozdrza pracują jak dwa miechy. Fff... fff... Śluzawica chce się złączyć z twoim śluzem. Pragnę nabierać cię ustami, nosem. Czerpać ze źródełka, układać bzdurne filozofie o obcojęzycznych lodówkach, neologizieje pokryte pryszczami, zaprzepaszczianki w discopolowej aranżacji, teksty lamentacjo-trip-hopu, żałobnego funky, elegie na melodię "Dżagi", czy "Nie ma fal".

Oczywiście, że jestem teraz pompatyczny, nabzdyczony i cholera wie, jak bardzo odpychający. Nie pozwalam się lubić, dotknąć, bo właśnie dotyku najbardziej potrzebuję.

Ja - chodzące zaprzeczenie, karaluch wpełzający pod oponę małego fiata, aby zostać rozjechanym, stary komputer o żółtej obudowie, zawieszający się, MS DOS świecący zielonymi literkami na czarnym tle, program, co krzyczy do ciebie, kaja się i każe spierdalać, jeśli nie zdobędziesz się na odrobinę czułości, nie dogrzebiesz się, pod tym stringo-kubraczkiem, do serducha, nie wydłubiesz z niego J. - altruistki, która wybaczy największe nawet świństwo.

Nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo jest mi wstyd, że cię rzuciłem. Że spaliłem pudło pełne ulotek zapraszających na otwarcie pizzerii (Gekon i tak splajtuje, prędzej czy później klimat Polski wschodniej okaże się dla niego zbyt surowy i zdechnie, łuskowate gadzisko w pudełku po hawajskiej).

Udajesz, że słuchasz nawijki księdza, interesuje cię, co czerwony od wódki i nadciśnienia klecha wypluwa do mikrofonu.

Dopadam cię wreszcie, udaje mi się, nie bez trudu, wziąć cię za rękę. Nie rzucasz się jak zdrakowaty koń, ale widzę, że mój dotyk cię mierzi. Mam skórę jak trup wyciągnięty z refrigeratora, co?

- Pfogadfajmy... - rzucam półgębkiem.

- Niby o czym? - odwarkujesz. Głos - zmrożony na kość, nie z uroczej, kolorowej fridge.

- Jest parę spraw.

- Ja-kich? - sylabizuje Królowa Lodu.

- Wierność. Książka. Łańcuszek. Ruchanie.

Odwracasz się, jakbyś zobaczyła ducha. Patrzysz z potępieniem. No wariat!

- Ciągle go noszę - wyciągam spod kurtki, swetra, srebrne zawiesidło. Anch, egipski pętelko-krzyżyk. Cudowny, bo od ciebie. Chujowy, bo jednak krzyżyk.

- Sprzedaj u złotnika, na złom. Starczy na dwa - trzy piwa - cedzi ironicznie J.

- Więcej, z siedem, albo i wino...

- Widzisz, będziesz miał radochę. Głowa się pocieszy, jak to ty mawiasz.

- Dzięki za długopisy.

- Daruj se.

- Nie no, naprawdę fajne, zwłaszcza ten z kogutem. Mięciutko pisze, normalnie sam prowadzi dłoń.

- Kretyn!

- Chodźmy gdzieś. Co będziemy jak dwa palanty uczestniczyć w... - ruchem brody wskazuję kiwającego się z głośnikiem, prowadzonego na kablu-smyczy Ziemirajskiego. Chwieje się, organiścina, drobi nibynóżkami, zatacza się. Chroma jakoś tak z pijacka, jakby złamał na bani nogę, ale nie wytrzeźwiał jeszcze na tyle, by zdać sobie z tego sprawę.

Karypelek, który niesie na barkach kościół z Florgustynówki, Hałabała dźwigający menhiry, skarlały Obelix.

Z buzi J. znika grymas wkurwopogardy. Półuśmiecha się rozbawiona. Karzełek, sekretarz Ministerstwa Głupich Kroków, potyka się o własne stopy i niemal ląduje na dudniącym pudle, rozrywa głową membranę. Parę, do tej pory śmiertelnie poważnych babic nie wytrzymuje i parska śmiechem. Inne ledwie tłumią rechot, zakrywają dłońmi usta, krztuszą się.

Obejmuję J. Przestaje być narowista. Oswaja się, sama z siebie.

Ludzie zaczynają się mnożyć. Nie fizycznie, jak króliki-swingersi. Kontraseksualnie, że tak powiem. Pączkują, wyrastają z nagrobków, powielają się. Głowy ufryzowane na sino-szaro, lastrykowe kapelusze, ręce z wiązankami frezji-herezji, les fleurs du mal, kwiacisk antyreligijnych z dołączonymi szarfami, na których żywą siarką są wypisane bluźnierstwa.

Tłum powoli roznieca się, pogrzebianci, żałobne stada hien mamroczą monotonne przekleństwa, modlitwy do lich, złych duchów, strzyg.

Tracimy z oczu poloneza, księdza, tragarza głośnika, rodzinę Łukasza. Nie jest to już wyprowadzenie młodego Leoniuka, ale defilada, zapewne ku czci śmierci, przemijania, albo bez celu; ludzie-pomniki wygrzebali się z ziemi, odcementowali, żeby ot, tak po prostu połazić, rozprostować płyty, rozruszać mosiężne litery.

Może to manifestacja, protestują przeciwko podwyższeniu opłaty cmentarnej i zapowiedzianej (tym razem chyba nie skończy się na czczym gadaniu) likwidacji nieopłaconych od lat mogił, na co zresztą pozwala mu prawo.

Zabawne, że groby boją się śmierci.

Twarze z porcelany, zasilikonowane, sztywne od kleju, wosku. Omnismorianki zmarłe w wieku -nastu lat, nobliwi bankierzy, staruchy, profile-czaszki, szkielety wprawione w ruch przez niewidzialne mechanizmy, mumie na sprężynkach.

Przemykają między nimi, oni - nie oni, Prirodin i Wrazić, Wydwaruk. Nie przejęli się, sukinsyny, faktem, że należą do świata wyobraźni, są postaciami fikcyjnymi. Przyszli, bo kto im będzie bronić - ja? Co mam do gadania?

Zakazywać to mogę, swemu kotu; nie będzie bezrobotny gryzmolarz z osobowością unikającą, manią samobójczą i prawiczek z odzysku dyktował, co wolno, a czego nie! Chcieli- to przyszli - czytam z ich jap, wnioskuję z butnego, para-wojskowego kroku.

- Nie zdejmę, choćby, kuźwa, nie wiem co!Wmieszaliśmy się w tłum trupiadeł i rozmawiamy o kompletnej bzdurze, wisiorku-obrączce, który dotarłem na pamiątkę od J. (świnia - to ja powinienem jej robić prezenty, nigdy na odwrót!).

Czuję, że jestem pośród pasożytów mózgu, wirusów umysłu, ludzi zwaleczonych z cudzych snów, osób, jakimi zaraziłem się na wycieczce do egzotycznego kraju, albo jacy wkłuli mi się pod skórę, gdy byłem na spacerze w lesie.

Mity, Margdy, znane-nieznane sobowtórki, laski, które miały nieszczęście być dziewczynami Łukasza. I moimi, choć nie pamiętam.

Z lewej - oczom nie wierzę - ciągnie orszak, tarabany, trombity, kotły, caluchna orkiestra symfoniczna kroczy przed karawanem. Jest nim, jakże by inaczej, poczciwy fiat 126p, nieco bardziej różowy od zgniłka, za którego pochlastałem się i zakaziłem.

Wyjęte siedzenia, silnik, obcięty dach i górna połowa drzwi.

Zwłoki leżące twarzą do podłogi. Ktoś niesiony. Komuś w ostatniej drodze towarzyszą wrzaskuny, basetle, waltornie.

- Ty - to chyba Stachę chowają... Od ciebie ze wsi... Matka, jak mu tam... Edka, starą Zawielitychę. Może nawet nie słyszałeś, ze umarła. Ksiądz ogłaszał na mszy, że będzie ostatnie pożegnanie najstarszej parafianki, jakbyś był wierzący, to byś wiedział - moralizuje J.

- Coś ty, nie ona. Toż to facet!- pokazuję na zdecydowanie męską, barczystą sylwetkę denata.

- ...albo enerdowska sportsmenka na sterydach...

Powódź Tysiąclecia to pikuś przy tym, co odpiernicza się na florgustynowskim cmentarzu. Błotniste fale z dziewięćdziesiątego siódmego nie mogą się równać z kaskadami torsów, ramion, goździków, hiacyntów opryskanych plastikową rosą, zniczy, wkładów olejaków, parafinowych, tłuszczowych, latarni, jakimi, choć jest środek dnia, oświetlają sobie drogę żałobnicy; z nawałą buzujących głów, skwierczącej, jak mi się wydaje, choć mogę być w błędzie - ożywionej materii.

Pękają zapory wodne, kruszą się tamy jerychońskie, nekropolia zostaje zalana przez spienione płaszcze, kapoty, kontusze.

- Uważaj! - wrzeszczę odciągając J.

W ostatniej chwili ratuję ją przed zgnieceniem. Moment później w miejscu gdzie stała wali się piramida trumien, niosący je pracownicy zakładu pogrzebowego zaczynają przepraszać, że nie chcieli, proszę wybaczyć, ale taki nawał roboty, że - chcąc nie chcąc- muszą urządzać pogrzeby zbiorowe, chować jednocześnie obcych sobie ludzi; krematorium w Lublinie przestało przyjmować zlecenia; pełne obłożenie, terminy zaklepane do dwa tysiące czterdziestego, palacze biorą "klientów" do domu, trzymają w zamrażarkach, obok półtusz wieprzowych, słoniny, co się porobiło, śmierć goni śmierć, istne pandemonium, tak, panuje tu demon, episkopat i egzorcyści powinni ustalić, jakie nosi imię, może Legion, Samiga, albo Wepar; jak będzie jasne, kto odpowiada za hekatombę - łatwiej będzie z nim walczyć...

Podnoszę jojczącą, zapłakaną kobiecinę. Puchnie, dostała kantem trumny pod oko, druga spadła jej na głowę. Mąż starowiny wymyśla tragarzom, klnie, na czym świat stoi.

Urywamy się z trupiej imprezy, która już dawno przestała być pogrzebem; nawet go nie udawała. Dezerterujemy z pola walki, nie chcemy bronić powiatu, gminy, ojczyzny. Wszystko poza nami zdaje się być mitem.

Mamy iść z tłumem - w sen, wdeptywać się, rozgniatać butami resztki przytomności, przeciwstawiać się totalnemu spierdoleniu, jakie znowu ogarnia rzeczywistość, czy wręcz przeciwnie - zgłupieć do reszty? Udawać, ze śpimy, zadomowić się we śnie, urządzić przytulne mieszkanko na Księżycu, czy krzyczeć, że co wy do diabła odpierdalacie, ludzie?

I - fundamentalna kwestia - co jest nam bliższe - mrzonki, kraina wyobraźni, czy pustynia, papier, real, sól, bezwonność, brak snu?

Jak zwykle uciekam przed odpowiedzialnością, od zadawania trudnych pytań wolę to, co typowy facet. Pielę umysł ze zbyt głębokich, filozoficznych, więc zbędnych myśli, piorę głowę w wybielaczu.

- Łatunfu! - kwili J. Ciągnę ją ile sił w rękach, przepycham się przez ludzkie ściany, szpalery naprężonych jak struny pleców, maszerujące pomniki komunistycznych dygnitarzy, spadłych z cokołów Rokossowskich, Bierutów. Pouciekali z Muzeum Socrealizmu w Kozłówce, w tym śnie - dostali drugie życie.

Czerwony, partyjny beton niesie kamienne flagi. Zaciskają się granitowe zęby kwadratowych szczęk.

Z największym trudem wyrywamy się z korowodu. Trupia trupa płynie dalej, bębnią, charczą, aktory z ekshumowanego teatru.

Dopadamy jednego z najstarszych grobowców na cmentarzu, mauzoleum Potockich; dobrze określiłem - DOPADAMY. Trzeba trzymać się ścian, klamki, bo stratują, komusze ożywieńce.

Drzwi, czy raczej wrota - oczywiście zamknięte na głucho. Wyglądają na solidne, ale mają pewnie ze dwieście pięćdziesiąt lat i robale plus rdza stoczyły tę ich solidność, przeżarły co do drzazgi, co do śrubsztaka.

Kopię. Gdybym wiedział, że przyjdzie mi się bawić w Chucka Norrisa - zamiast pantofli założyłbym glany.

Jęczą odrzwia, dudnią metalowe zawiasy, kichają korniki, sypie się złotawe próchno.

Sprężynują, cholerne drzwiska, po nodze przechodzi mi skurcz. Odbiły. Drugi raz. Bęęęęęęę - kopię ile sił, jak naćpany, nie czujący bólu dragopomyleniec; jakbym używał nie swojej nogi i miał gdzieś, czy ją połamię w driebiezgi, czy nie.

Nawała ludzi. Raczej - nawałnica. Spadają z gałęzi, zsuwają się po korze, z drzew, rodzą się, klują w koronach starych grabów, przedwojennych dębów, replikują diabli wiedzą, gdzie. Pogoda jest pełna ludzi. Humanoidalna pora roku. Antropowszechświat, tłumocentryzm.

Kłżęśżężęśż! - pękają końcu opancerzone dechy, w powietrze wzbija się chmara żółtego popiołu.

J. unika zgniecenia przez defilujące kompanie, plutony (egzekucyjne), wchodzi pierwsza do środka grobowca Mauzolosa Potockiego. W ciemność.

Przechodzą mnie lekkie dreszcze, nie powiem, mam ciarencje, w końcu stary-nie stary, ale to jednak grób, ktoś tam został, niejeden, pochowany i się rozkładał, był żarty przez robale.

Przymykam oczy, wstrzymuję oddech i - nie mając raczej wyjścia (momentalnie przeszły myśli samobójcze, nie mam ochoty na śmierć pod butami trupów) - wchodzę za Evelyn McHale.

Komórka, zbędny artefakt z czasów, kiedy dla zwykłych ludzi, nie tylko dla wierchuszki partyjnej istniał dostęp do łączności bezprzewodowej, telefon, który z przyzwyczajenia ciągle nosiłem w kieszeni, przydaje się jak nigdy.

Robi za latarkę, przyświecam nim... aua! - wdeptuję i niemal przebijam but "tulipanem". No pięknie, niech się jeszcze tylko gangrena przyplącze do pakietu choróbsk, jakie czuję, że mnie toczą - i będzie uroczy komplecik:najbardziej zainfekowany, zakażony czym się da, hipernosiciel, dżumiasty, zaospowany, trędowaty choleryk cierpiący na cholerę. I kurwę. I wszystkie inne wulgaryzmy, knajak knajacki, co to nie potrafi się wysłowić bez używania "brzydkich słów".

Oświetlam pomieszczenie. No i po strachu, jak się okazuje - nie ma się czego bać, kaplica grobowa / mauzoleum jest całkowicie rozszabrowane, ogołocone z jakichkolwiek straszeństw, pozostałości trumien, czaszek.

Przez lata było ograbiane, sołdaci Krasnoj Armii szukali kosztowności. Potem - Polacy. Następnie - zwierzęta, bezpańskie psy i kocury przyłaziły, by ogryzać giczoły i żebra zmarłych jaśniepaństwa, dociućkać się do resztek szpiku.

Zaśmiecona ex-melina, cuchnący ekskrementami, peerelowskim gównem, opluta, obsmarkana nora.

Wprawiono drzwi, zamknięto ją w dawnych, wręcz prehistorycznych czasach, gdy nie było jeszcze graficiarzy, młodzież zbierała się tu na popijawy i nikt nie myślał o "przyozdabianiu" ścian farbą w aerozolu, nie wiem nawet, czy była taka w sprzedaży; napisy - owszem, są, ale dwa - trzy, imiona w serduszku, jakiś nieczytelny wydrap "Kł-..-ely" - i tyle.

Cuchnie prytą, starymi sikami. Genialna ochrona zabytku: zamknąć go na dziesięciolecia nie sprzątnąwszy w środku, zostawić przyszłym pokoleniom na pamiątkę szkło z butelek po winie patykiem pisanym, browarze Kniaź.

I smród - nieodłączny element kapsuły czasu, list pożegnalny napisany żółtymi strużkami.

Nic bardziej nie zasługuje na zachowanie, niż nieczystości, skatologia to królowa nauk.

Znajdujemy niezgnojony kawałek przestrzeni, siadamy na okrytym płachtami kurzu kawałku betonu. W jednej chwili wtapiamy się w tło, szarzejemy, zaczynamy przypominać parę ulepionych z brudu bałwanów,. Obłażą nas "koty", otulają kłaki.

Wierci w nosie. Alergia. Roztocza gryzą w płuca, tańczą w gardle, harcują w oskrzelach. Kasłam spazmatycznie.

- Pamiętasz ich? - odzywa się beznamiętnym, przygaszonym głosem J.

- Khe, khe, khogho?

- Potwory. Swoją ucieczkę.

- Tyle razy ci mówiłem, że tak! - parzę zdziwiony. O co jej chodzi?

- A mnie? Byłam tam?

- Yyy...

- Jako iriEa, jej siostra, może matka? Pogubiłeś się, Tomulek, nie ma kto ci pomóc.

- Nie nazywaj... khee... wiesz, że tego nie znoszę.

- Zjednoczone Emiraty Poetów. Napiszesz o tym cykl wierszy. Wszystkie będą do dupy.

- Skąd... thakha... pewność? - wypluwam układ pokarmowy.

- Bo tak. Pewne rzeczy się wie.

- Jasnowidzka...

- Nie, po prostu cię znam. Od tylu lat. Przez tyle płaszczyzn. Wiesz, że kiedyś byliśmy na odwrót?

- Jaśniej, please.

- Miałam na imię Rei, ty Liliea... Nie mamy płci, picku durny. Zmienność obejmuje wszelkie aspekty... A, co będę tłumaczyć. I tak chyba nie załapiesz. Przedmioty, uczucia, leki, metafory, literatura - czym chcesz być? Pojęciem abstrakcyjnym? To będziesz, na przykład nieśmiałością; mało ci brakuje, albo nie wiedzą - jeszcze mniej. Albo zapachem z fridge, w której zaśmierdł pasztet, otwarta konserwa rybna... Zwierzęciem jeszcze nie próbowaliśmy. To obrzydliwe, jak seks ana..

- Nie pieprz.

- ...ze starym, niedomytym chłopem. Światło. Kolce opuncji. Hylocereus. Brudne interesy VAYANOVKI. Kolor yellow bahama. Albo numer rejestracyjny malucha. Byłeś BPW 7428. Nie tablicą, na której był wytłoczony, żadną kartką, dowodem rejestracyjnym, ale samym numerem.

- Pierdolisz!

- No jasne. Przecież dzisiaj pierwszy kwietnia - J. puszcza oczko. Figlarnie.

- Nie ma żadnych przejść, inkarnacji. Wiesz, co jest? Porwany sweter, stara marynarka bez podszewki, piórnik pełen kasztanów. Dzieciństwo, do którego nigdy się w pełni nie wraca. Dorosłość, z której, jeśli się zechce, można spieprzyć na Pol'rock, festiwal Owsiaka. I zostać, nie dać się wyrzucić przez służby porządkowe, wymieść z jednorazowymi szklankami po bro.

- Wódce odtlenionej... - próbuję żartować, ale strasburgeruję dość paskudnie.

- Dobrze, ze kupiłeś malucha. Cała wieś ma ubaw, a ty miej to w dupie. Zarobisz niezłą kasę. Idzie odremontować, nawet takie padło.

- Nawet nie wspominaj... Różowy się okazał. Rozumiesz? - prawie płaczę z niesprawiedliwości, jaka mnie spotkała. Tniesz się, okaleczasz - a on okazuje się być w babskim kolorze...

Nie dokwilam jednak, nie dopłakuję gorzkich żali, nie wylewam łez heraklitowych.

Krzyki, coraz głośniejsze. Wrzask na zewnątrz. Głosy męskie, kobiece, głosy dzieci, zwierząt, mówiących samochodów. Roztrajkotane radia, tłumiki, rury wydechowe, garnki drące blaszane mordy, dudnienie, rowerowe dzwonki, ryk bydła, wrzask obdzieranych ze skóry kotów... Co do cholery?

J. siedzi niewzruszona, mało ją obchodzi hekatomba na dworze.

- ...apomoc... apom.. - ryczy z bólu ranny łoś, czy inne zdradzone przez żonę, rogate bydlę.

Próbuję użyć cytatu z Hamleta, ale mam pustkę w bezhołownej bezgłowie. Wyciągam, prawie na siłę, J. z kryjówki. Nie zagrzaliśmy w niej za długo miejsca.

Sen się zegził i próbuje nas pożreć, nie ma co siedzieć na dupskach jak dwie niemoty, trzeba uciekaćhhhhhhhh.... - wypluwam wełnisty kurz.

Widział kto kiedy Rehandianina? Takiego na poważnie, z krwi i kości, żywego, dającego się dotknąć (choć nie radzę)?

No właśnie. Ja też, przynajmniej w tej wersji - nie. Jak to-to wygląda? Ma skrzydła, łuski, jest opierzone, może pokryte rogowym pancerzem? Gryzie, drapie, strzyka jadem?

Ciężko wydedukować, myśląc o nich nie jawi się przed oczami żaden konkretny obraz; wiem, ze są niebezpieczni, wróć - mało powiedziane, to bestie, potwory, każdy z nich to chodzące Piekło, Tartar...

I tyle. Ani kształtu nie pamiętam, ani...

A teraz, spomiędzy nagrobków, sunie na nas ze czterdziestu, jak nie lepiej, Rehandian. Z pozoru ludzie, ale nie daję się nabrać. Źwiry. bije od nich czyste zło, toksyczna energia. Nie czarna. Najróżowiasta.

Demony wylęgłe z nieużywanego malucha. Nacierają. Z gołymi łapami. Żaden nie ma miecza laserowego, to nie Star Łpors, ani inna dziecinada; zaczęła się poważna wojna, może nawet światowa.

Spanikowani ludzie tratują się, rozdeptują sobie głowy, wgniatają jedni drugich w ziemię. Walą się krzyże, pękają zniczyki, nikt nie patrzy pod nogi; kogo obchodzi, po czym lezie, jak tu trzeba uciekać, spierdalać byle dalej...!

Biegniemy. Mijamy przerażonych Dadźborowian, Florgustynówczan (kuźwa, co za nazwy!), Włodawian. Każdy mieszkaniec powiatu, nawet inwalidzi, zapieprza na piechotę.

I rozpadamy się, kochanie, na Margdy, Stawiantów, Kwirewki - wsie z doszytymi garbami, zapomniane przysiółki, półwyludnione miasta.

Blakną nam tablice rejestracyjne. kruszą się cyfry VINów.

Im dalej w cmentarz, tym więcej drzew. Tym mniej nas. Tracimy mięśnie, serca, bo i po co serca biegnącym, odpadają nam łydki, podudzia, języki.

Biegniemy przez czas, wszystkie dawne formy. Byle dalej od zła, niedookreślonej grozy, choć co nam mogą zrobić ludziobestie, wziąć na takich sztachetę, czy kłonicę, zdzielić przez łeb - i po kłopocie.

Wyzwolenie z ciał. Ucieczka niejako od samych siebie. I jeszcze głębiej. W duchowość.

Nie - to ślepa uliczka - biorę biorę twoją obrana z mięsa dłoń i zawracam z wiodącej na manowce alejki.

Musi to wyglądać kuriozalnie, takie biegnące bezcieleśniadła.

Rozsypujemy się. Tętent. Kopyt. Niewidzialne diabły jakimi się staliśmy, docierają do Kresu.

Poznanie. Prawda. Świadomość, że jesteśmy jedynie pasożytami historii, która jeszcze się nie rozpoczęła. Że na wszystko mamy czas. Zdążymy pojechać w kolejny sen. wrócić, paradoksalnie, biedniejsi o doświadczenia (najpierw trzeba naprawić i zatankować lilaróżowe ferrari, zapomniałaś?).

Że nie trzeba mięsa, kości, potu, myśli, oddechu. Wystarczy lakierowany pancerzyk, blaszka po paście do butów, Może być stoczona przez rdzę.

Wszędzie da się wylęgnąć, zasiać na nowo. Wyrosnąć, pogrzać się chwilę w słońcu.

Zwiędnąć z uśmiechem.

Tak - uśmiech jest najważniejszy. Na wszystkich płaszczyznach. Nawet tych najniższych. Bez niego - nie ma światła. Tylko sól. Myśl obrana z barw, niczym jabłko ze skórki. Robaczywa.

Znajdź w sobie blaszkę. Podgrzej zapalniczką.Uśmiechnij się, gdy zawartość zacznie wrzeć.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Zaciekawiony 4 miesiące temu
    Groteskowe
  • Florian Konrad 4 miesiące temu
    dokładnie :)
  • Wrotycz 4 miesiące temu
    Canulas pod jakimś tekstem napisał, że zwrot - podoba mi się - w zasadzie jest równoważny elaboratowi o wartościach utworu.
    Jesteś tak niekonwencjonalny w pisaniu, a ja ponadto niekumata, że trudno o mądrą recenzję tej powieści. Wydaje się być krótka mimo 34. rozdziałów.
    Hylocereus - kaktus w ciągłym ruchu wymyślonego, żarłocznego bytu. Finał jak parodia tematu znanej, kiczowatej sagi o zombie.
    Rady na przetrwanie w horrorze. Nic się nie kończy, wszystko może ożyć w najmniej oczekiwanym miejscu.
    Tomek Potrzelb i jego perypetie.
    Wątek odgrzebywania dawnej świetności malucha - Fiat lux albo amen:)
    Postacie związane z głównym bohaterem. I dla mnie tu najciekawszą jest niematerialna osoba wędrowca, nabierająca ciała w ojcu razem z tracącą podmiotowość Marg - matką. Czyli przełamanie niemożności bycia trzema osobami w jednym ciele, jednej jaźni niemal.
    Akt narzucony przez strasznych i śmiesznych kreatorów istnienia, ale... co tam, bardziej ze sobą być nie można - jak w tym pomyśle:)
    Przestrzeń. Po pierwsze zadupie, koszmar wiejskiej bylejakości odziedziczonej nie tylko po komunie. Po drugie psychodeliczne jazdy w świadomości bohaterów. Wszystko skąpane w brzydocie, turpizmie, grotesce. W optymizmie finału ciut bledną.
    Język - swoboda operowania nim poraża.. Genialny, niekonwencjonalny, słowotwórczy. Blisko połowa narracji to proza poetycka.
    Masz ogromny talent.
  • Florian Konrad 4 miesiące temu
    jejuśku - dzięęęęęękuję!! to przeszalenie miłe czytać takie słowa!
  • Florian Konrad 4 miesiące temu
    a Ty nie jesteś niekumata. Napisałaś cudowną recenzję. Jestem szczęśliwy, że tak się podobał mój tekst!

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania