Neglerioza rozdział V.

V. Żararaka w dresie

 

Odkąd wstałem z wyrka, przestałem zgrywać zwłoki pisarza-rysownika, literackie, artystyczne zombie, odnoszę wrażenie, że czas przyspieszył, wydarzenia rozgrywają się (Jezu, piszę, jakbym był w samym sercu wojny światowej, nie Czwartej, ale co najmniej Piętnastej, siedział w schronie atomowym pośród napromieniowanych matek z trójgłowymi dziećmi, zgrabiałymi palcami ledwie mógł utrzymać długopis i - jak u Herberta - zapisywał nie wiadomo dla kogo dzieje oblężenia) co najmniej dwukrotnie szybciej; siwiutki staruszek z wąsami do pasa, nasz kochany pan kataryniarz wypił za dużo kawy, poprawił energetykami, może zarzucił jeszcze jakieś ecstasy - i dostał prawdziwego amoku pracy, jak szalony kręci korbką.

"Dydydydydydy" - muzyczka, do tej pory lekka, cukierkowa, przyjemna, sweetaśna, zmieniła się w nieznośne dudnienie. My - lalunie z gałganków - obracamy się skołowani, krugom i krugom, dookoła, dookoła, przeciwnie do ruchu wskazówek zegara, który też oszalał. O - teraz zgodnie. Tany, tany, tany!

Jestem trzeźwy, nie wziąłem nic. Nawdychałem się tylko późnojesiennej mżawy, przejadłem pluchą. Oblała mnie słota, szary parch z mocno przeterminowanego nieba, drzew, których data ważności skończyła się na początku października, dachówek cementowych, ściętych i nie uprzątniętych przez drogowców gałęzi, śmieci zalegających w rowach i na poboczach, żużlu, porośniętych skrzypami hałd piachu, garbatych płotów, siatki ogrodzeniowej, kolein, popiołu, gnojówki, niedognitych liści, martwych wierzb, uschłych topoli, brzóz, olch, uschłych ludzi za kierownicami kii, daewoo i szmelcowatych audic.

Biegnę niejako mimo woli, dziadyga wprawił mnie w ruch i zmusza do cwału. Że też mu ręka nie odpadnie! Ileż można kręcić...

Surfuję w szlamie, zapadam się, to znowu jestem wypychany przez siłę odśrodkową na powierzchnię. Mamałyga miesza się z małmazją.

Obejście Zawielitów, za czasów Edka popadające niemal w ruinę, podubożałe, odkąd przejął je, wrócił na stare śmieci Lecho - w pełni rozkwitu.

Zaczęło się wcześniej, od kupna na spółkę traktora, w którym zmarło się biednemu neopunkowi. Potem było z górki: postępowanie spadkowe, Leszek, któremu wreszcie nikt nie wcinał się, nie przechlewał wytyranej kasy - mógł rozwinąć skrzydła. Czem prędzej wyprowadził się ze Żmiją od teściów, wziął kredyty, pokupował maszyny. Obórkę nawet, na zewnątrz i w środku, obielił wapnem.

Na świat przyszły bliźniaki, pojawiła się buda, przy niej - wyliniały nieco pies; koty; w ogródku - warzywa zamiast chwastów.

Zawielitycha, jak się o niej mówi, nie po miastowemu "pani Zawielita", albo choć "stara Zawielitowa", nie mogła się nachwalić młodszego syna - że taki robotny, wręcz jak wół, nieraz do pierwszej w nocy z pola nie schodzi, jak dziki osioł tyra, byleby dzieciom zapewnić w miarę godziwe życie, nie to, co utracjusz Edek, świeć, Panie, nad jego duszą, że kompletne przeciwieństwo pierworodnego.

Z synową, gadziną nad gadzinami, początkowo nie mogła znaleźć wspólnego języka, niejednokrotnie dochodziło do scysji. Ale - jak tu się kopać z koniem? Dorota "Żmija" ma przecież dziesięć głów, w każdej z osiemnastu paszczęk, bo nie sposób jej nie zamykającej się nigdy, uzębionej an żółto-brunatno jamy gębowej nazwać ustami, wije się po czterdzieści rozwidlonych ozorów, kłębią się jadowitce-pospolitusy, strzykające na dwa do sześciu metrów lepką i wywołującą u ofiary natychmiastowy paraliż, wydzieliną.

Tej hetery po prostu nie odzie przegadać! I żeby to choć jeszcze umiało się zwyczajnie kłócić, sobacze pomiocidło, było choć krztynę wprawne w erystyce... Ale gdzie tam, krzywo spojrzysz na megierę, odezwiesz się odrobinę nie tak, jakby chciała - i zaraz rozpoczyna się litania do świętego Impertynenta, lecą kurwisyny, kurwipołcie, kurwadła, zaskurwopotoki grubych, brzydkich, obscenicznych wyrazów, otwiera się worek obelg i wysypują się jobtwojumatie, jobanyjwroty i tym podobne, rusycyzmujące ordynalia.

Spacyfikowana, sprowadzona do do roli kucharki, bankomatu i w zasadzie mówiącego mebla, starego klamota, którego nie można się na razie pozbyć, bo - choć zawadza - jest jest jeszcze przydatny, usunęła się Zawielitycha w cień, uznała, że "róbta, co chceta, nie będę się wtrącać, nie ten wiek, radźcie sobie sami", zaległa przed telewizorem i wszystko, co nie związane z Dlaczego ja?, Zdradzonymi, Malanowskim i partnerami przestało ją obchodzić.

Wstała skoro świt, nagotowała - i siup - do swoich nowych przyjaciół.

Od paru lat jest z nią coraz gorzej, męczy się, jak syczy Dorota: "zdycha i zdechnąć nie może".

Babcia-portmonetka, którą trzeba się zająć, przewinąć, nakarmić, przebrać, jest tylko utrapieniem, zołza i jej - nie twierdzę, że leniwy, czy zdegenerowany, jak brat, ale równie nieempatyczny mężulo - szybko znienawidzili panią Stasię. Opiekują się, bo jakże by inaczej, jeszcze by im osiemset złotych miesięcznie umarło, ale bez cienia życzliwości, współczucia. Wręcz z pogardą, na każdym kroku podkreślając, jak wielkim ciężarem, utrapieniem jest dla niech teściowa i matka, szydząc z jej nieporadności.

Kuba z Szymkiem - nie lepsi, wdali się w rodziców: podać szklankę herbaty - podadzą, ale z wielką łaską, jakby grafiętom, dzieciom szlacheckim przyszło usługiwać swojej dawnej służącej, czy stajennemu. Ujma, dyshonor, wręcz poniżenie, na które nie zasłużyli, królewscy synowie. Spada im z głów korona, toczy się po pryzmie mierzwy, poczucie własnej wartości ląduje w sławojce.

Opiekunka z gminy, nad czym Żmija i mężuś ubolewają kolejny rok z rzędu, nie świadczy usług charytatywnie, przyjść by przychodziła, ale w żadnym wypadku nie za darmo.

Dopłacać do babuli? Jeszcze czego, od bulenia zawsze była ona - takie odwieczne prawo natury, że stare grzyby mają moralny obowiązek wspierania dzieci; my? Piękni, młodzi i na dorobku, chłopcy zapisali się na krav-magę, karate kyokushin, Szymkowi marzy się nowy komputer, mój telefon zaczyna szwankować - a to wszystko przecież kosztuje, nie ma sklepu z darmową elektroniką, leż, Stacha, jak co trzeba - podam, żadne opiekunki nie są nam potrzebne, tylko by pieniądze wyciągały, a jeszcze nie wiadomo, na kogo się trafi, jak mówią - Latkowska - złota kobieta, bogobojna, przykładna, dwoje rodziców dochowała, wszystkie jej dzieci wyszły na ludzi, ale kto wie, co komu na starość pryciwaje, jeszcze zobaczy, jakie u nas teraz bogactwo, że nie trafiła do biednych PAŃSTWA - i gotowa jeszcze się połaszczyć na dobra rodowe, świsnąć porcelitową figurkę Dziadka Mroza (o - jaka ładna!), poświęcony różaniec, czy modlitewnik z dedykacją samego biskupa Grudy, abo popełnić większe świętokradztwo! Vide cui fides, jak mawiał Plutarch.

Pukam w nowowstawione drzwi-symbol prosperity; do niedawna były stare i wypaczone, do połowy obite tekturą, dziś - Francja-elegancja: porządne, kupne, nie samoróba. Po drzwiach najlepiej widać, jak się komu powodzi.

I po zawartości garażu - jak twierdzi Żmija.

W sieniach witam się z panem Leszkiem. Wchodzimy do kuchennej izby. Przy fajerkach (bo po co gotować na gazie, jak się ma własny las tuż pod nosem? Trzeba oszczędzać, jesteśmy na dorobku, a butle gazowe nie rosną zamiast drzew, nie są za darmo) krząta się Dorota. Obrzuca mnie nienawistnym spojrzeniem.

W ogóle się tym nie przejmuję, trzeba być mądrzejszym i pamiętać, że babsztyl nie umie inaczej i bycie choćby odrobinę miłym przekracza jej możliwości intelektualne. Możliwości duchowe. Jest sprzeczne z charakterem strzygi, która potrafi jedynie patrzeć wilkiem, krzyczeć, chandryczyć się, kłócić, bluzgać, wyzywać od najgorszych, zaciągając przy tym jak rodowita kijowianka.

Na parapecie stoi maluśki radioodbiorniczek, skrzeczy RMF Lublin. Prowadzący jedna z porannych, kompletnie nieśmiesznych audycji satyrycznych nawija jak nakręconym że szok, w wodach Jeziora Białego złowiono karpia wielkości cielaka. Dupne poczucie humoru, odmóżdżająca zapchajdziura.

Zaczynam dość przymilnie, ogólnikami, pytam o zdrowie babki.

- Coraz gorzej, jakbyś nie wiedział! - odfukuje jak zwykle nabzdyczona Żmija.

- Trzeci wylew to już nie żarty... - Lecho siada za stołem, wypina pękaty brzuch.

- Cud będzie, jak dotrzyma do Wielkanocy. Boże Narodzenie, jak nic nowego nie wyniknie, to powinna jeszcze być z nami. Ale ciężko, ciężko z nią...

Dorota gromi męża wzrokiem, pewnie za zbytnią wylewność. Mówienie o problemach, w dodatku obcemu, nie mieści się w jej drechomóżdżku. Wypada się tylko chwalić, szczycić, pysznić, nawet byle czym, na przykład kupionym na kredyt kultywatorem (powód do dumy, że klękajcie narody! klękajcie i całujcie w zęby, koła podporowe!).

Próbując walczyć z wrodzoną nieśmiałością, udając, ze nie jestem speszony (trafiłem do jaskini lwicy z ciągłym PMS!) przechodzę do rzeczy.

Edkowy maluch, a ściślej jego wrak, cokolwiek z niego zostało i żałośnie zalega za stodołą.

- No jest. Co z nim? - zezuje Dorota.

- Chciałbym kupić... - bąkam. Odpowiadam mi rechot, szyderczy, pełen wyższości. Do licha - czemu? Mają mnie za, pardon, gównożercę, byle włóczęgę, co to żywi się odpadkami, skupuje złom, szmaty, makulaturę, zadowalają go resztki, chłam, odrzuty z gospodarstw domowych PRAWDZIWYCH ludzi, stracił resztki przyzwoitości, poczucie przynależności do rodzaju ludzkiego z chwilą wybrania stylu życia, zamelinowania się w zsypie, na wysypisku.

- Po co ci to? Przebranżowiłeś się, zająłeś złomiarstwem? Mało tu zarobisz, wszystko przejrzane, przetrzebione. Kto co miał - dawno spieniężył Waldkowi.

Łagodnie, by nie drażnić wiedźmy mówię, że nie na złom, zamiast ciąć chce go... wyremontować, przynajmniej wizualnie, bo na mechanice nie za bardzo się znam. I postawić w stodole, niech cieszy oczy.

Spojrzenia... ekhm... spodłebne. Zdziwienie sięgające zenitu. O co mu chodzi? Z byka spadł, czy z jałówki? Może z karpia wielkości cielaka?

I wtedy - voila! Roztrajkocie wydaje się, że mnie przejrzała na wylot, prześwietliła, jest tak dresoprzenikliwa, ma tę prostacką mądrość uliczną, że w minutę odczytała moje prawdziwe intencje.

Legendy PRL. Program od parunastu lat lecący w TVN Turbo, prowadzony przez Patryka Mikiciuka, syna właścicieli Muzeum Motoryzacji w Otrębusach. Program, który kompletnie popsuł rynek zabytków na kołach, za sprawą gładkich słówek, profetycznej, natchnionej nawijki Patryka, istnego Bogusława Wołoszańskiego od gratów, co drugi właściciel gnijącego pod płotem, wrośniętego w glebę po dach wraku bez połowy części, nie nadgryzionych, ale przeżutych przez zębiska czasu pozostałości tarpana, nysy, czy właśnie małego fiata uznał, że jest w posiadaniu istnego skarbu, perełki, antyku najwyższej kategorii, pomnika historii, precjoza narodowego i że - jeśliby się zjawili, a zjawią się na pewno, będą walić drzwiami i oknami kupcy z całej Europy, a nawet tak egzotycznych krajów, jak Gabon, czy Sri Lanka, każdy, bowiem, kto ma rozum, głowę na karku wręcz marzy, by zanabyć przegniłego żuka bez dokumentów - należy śpiewać jak z nut ceny pod niebiosa, targować jak Pakistańczyk, Hindus, czy przedwojenny Żyd, tanio nie sprzedać skóry.

Więc drożą się, buraccy, często ledwie piśmienni kustosze "kredensów", moskwiczów, przykrytych kożuchami kurzu syrenek 105, niekompletnych warszaw, wyrejestrowanych zaporożców.

Innym przejawem spatologizowania rynku przez wspomniany program było prezentowanie w nim prawdziwych rodzynków - aut kupionych i z tajemniczych powodów trzymanych pod kocem, nie jeżdżonych przez trzydzieści, albo i więcej lat, legitymujących się przez to symbolicznymi przebiegami.

Dziwnym zrządzeniem losu udawało się panu Patrykowi i jego ekipie wyszukiwać ofoliowane, niemal fabrycznie nowe samochody, wyciągać z garażu po paroletnim postoju, próbować odpalić.

Najczęściej zabiegi te kończyły się powodzeniem, serduszka wartburgów i skód 100 cykały, aż miło.

Ile było w tym ściemy, szalbierstwa, podstawionych spadkobierców otwierających podstawione garaże nieżyjącego dziadka, prawujka, babci stryjecznej - nie wiem. Podejrzewam, że cała masa.

Moto-oszuści, picerzy momentalnie podchwycili pomysł na łatwy i błyskawiczny zarobek, na internetowych portalach aukcyjnych zaroiło się od funkiel nówek, zdiełanych w CCCP. Jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać rzekomo odnalezione w szopach i stodołach, nierejestrowane nigdy "skarpety" i mikrusy, że o motorowerach nie wspomnę.

Szybko okazało się, że Polska stoi nowiutkim złomem, jak kraj długi i szeroki dociekliwi moto-archeolodzy (czysty przypadek, ze każdy był akurat właścicielem, lub pracownikiem działającej mniej, bądź bardziej legalnie lakierni, albo autokomisu) odgrzebywali doskonale zachowane "zabytki".

Na potęgę picowano kupione u chłopa na wsi graty, powstawały nawet szajki specjalizujące się w "produkcji" "nieużywanych" samochodów. Golono i strzyżono naiwniaków ile się dało, w szczytowym okresie niektórzy w ciągu tygodnia potrafili odmłodzić pięć - dziesięć zachetanych i nabytych po cenie złomu, albo niewiele drożej "borewiczów", czy "kaszlaków".

Cwaniacy, którym wydawało się, że z pomocą odpowiedniej gadki, pewności siebie i używając rzekomo specjalistycznej terminologii są w stanie ożenić szaraczkowi nawet najbardziej strupieszcałe zwłoko, nie przejmowali sie zbytnio dbałością o szczegóły, specyfikacje techniczne, większość nie znała nawet wyrażenia "rok modelowy".

W pucowanych na ilość struclach nie zgadzały się detale, bywało, ze fiaciki bisy miały siedzenia i kołpaki od eleganta, "kant" z, jak deklarował "szczęśliwy znalazca" siedemdziesiątego pierwszego, okazywał się nieudolnie przerobionym FSO 125 z końcówki produkcji; dziwnie wysiedziane fotele, wyślizgane kierownice "nówek" budziły czujność niedoszłych nabywców, którym często po baczniejszym przyjrzeniu się "rarytasowi" przechodził hurraoptymizm.

Spod dziwnym trafem nie zżółkłych, założonych w fabryce roku pańskiego 1981 folii przezierał piasek, błoto; silniki cacuszek przeciekały, nie działała połowa kontrolek, tapicerki wozów, do których nikt nie zaglądał przez jedno - dwa pokolenia były przesiąknięte dymem, peerelowskie opony, nie wiedzieć czemu - kapitalistyczne, marki Goodyear, albo Barum, do tego - jak najbardziej dwudziestopierwszowieczne, co zdradzała data produkcji.

"Unikat na skalę wszechświatową,, prototyp wołgoneza, projekt join venture, koprodukcji, sprzymierzenia polskiej i radzieckiej myśli technicznej, tak tajny, że nie pisał o nim nawet Motor, a wszystkie dwa egzemplarze testowano pod osłoną nocy" jak zachwalał blaszane ścierwo cynik, obnażył niespodziewanie mało udolne, niechlujne spawy. Nie trzeba było być rzeczoznawcą PZMOTu, by stwierdzić, że ma się do czynienia ze śmiertelnie niebezpiecznym dla potencjalnego nabywcy-jelenia, żenującym sklejuchem, a nie białym krukiem.

Zawezwano nawet policję, sprawa, jak donosiły bulwarówki, znalazła nawet swój finał w sądzie.

Większość takich wyjść szydła z worka kończyła się karczemnymi awanturami, nabywcy zorientowawszy się, że są ordynarnie robieni w konia podnosili głos, sprzedawcy "perełek" nagle poważnieli, gdy stawało się jasne, że żadne ściemy nie pomogą, kupujący, który niejednokrotnie przyjechał z drugiego końca Polski widzi, że to wałek rzucali standardowe w takich sytuacjach "jak się nie podoba, to się nie kupuje".

Co bezczelniejsi komisanci, nie chcąc świecić oczami, zwyczajnie wyrzucali niedoszłe ofiary z placów, grozili, szczuli psami. Parę razy doszło do rękoczynów, nieprzekręcony osiłek kategorycznie domagał się od naciągacza zwrotu za benzynę i odszkodowania za stracony czas i nerwy, nie dostawszy ani jednego, ani drugiego - używał argumentu siły, w ruch szły pięści i nogi, bywało, że i zęby.

Niektóre z procesów o oszustwo, pobicie, albo jedno i drugie toczą się po dziś dzień.

Złote czasy dla machlojarzy skończyły się około dwa tysiące czternastego roku, do ludzi dotarło, ze są masowo robieni w balona, a badylarze, cinkciarze, pezetpeerowscy kacykowie, czy kto tam w poprzednim ustroju należał do establishmentu, nie traktowali auta jako specyficznej lokaty kapitału, ludzie przed paroma dekadami nie byli tknięci masową omamicą, szajbą jakąś zamuleńczą i zwyczajnie nie składowali wymarzonych, kupowanych w systemie przedpłat, bonów, zapisów najprzeróżniejszych, przepłaconych fiatów i poldków pod kocami, nie zamurowywali w garażach, jak średniowieczną hrabinę-kanibalkę (plotka o Erszebetce Batory - wiecznie żywa!), bo jak ktoś dostawał talon, przydział, bon, choroba wie, co, nie pamiętam tamtych czasów, a po wielu latach - upragnionego fiatona, cud na kołach - to nie było siły, by nie chciał się nim nacieszyć, wynajmował holownik, lawetę, albo skrzykiwał sąsiadów i taszczył z ich pomocą samochód, byleby ten, nie daj, Panie, nie miał ani kilometra przebiegu.

Części zapasowe - jak powszechnie wiadomo - kupowano na zasadzie "jak są - trzeba brać, może się kiedyś przydadzą"". Nie dostało się lampy do Mr'83, ale była chłodnica do łady 2101? Dobre i to, upłynni się, kupiec zawsze się znajdzie, jak nie jutro, to za rok; taka część - nie chleb, czy kiełbasa, nie przeterminuje się, może leżeć i leżeć.

Obecnie, gdy już lata temu nastąpiło przesycenie rynku i wzrost świadomości kupujących, a zarazem spadek populacji kapustogłowych imbecyli (coponiektórzy do dziś plują sobie w brody, opłakują stratę grubych dziesiątek tysięcy złotych, jakie umoczyli w niewarty jedną piętnastą zapłaconej sumy, dobity i lakierowany odkurzaczem szmelc) - nie widuje się już tego typu "okazji". Gdzieś znikły, może zostały już wydobyte co do jednego, nieużywane trabanty i barkasy, kwiaty prawdziwe, w których nic nie stuka, nic nie puka, bo i jak by śmiało, skoro jest w stanie kolekcjonerskim, ma na sobie kurz Polski Ludowej (czerwony - bo komunistyczny!), zapach gazu łzawiącego, jaki milicja rozpylała, by rozpędzić studenckie demonstracje.

Pasjonaci peerelowskich fur wytrzebili krytycznie zagrożoną wyginięciem populację syrenek-dziewic, prawiczych i nieskalanych wachą rometów ogarów i chartów.

W pamięci Żmii zachował się, czego niestety jestem świadkiem, obraz sprzed paru lat, gdy trwał istny boom na zachwalane przez Mikiciuka rzęchy, ciągle uważa, że co ma piętnaście - dwadzieścia lat (więcej - to cud nad cudy, Panorama Racławicka, Bitwa z Łasiczką, Dama pod Grunwaldem, Szczerbiec, korona wysadzana szmaragdami, skarb wart miliony, tryliony złotych, które gotowi są zapłacić bez mrugnięcia okiem, z którymi biegają w zębach hordy obłąkanych kupców).

Najpierw przygląda mi się uważnie, jak policjant przesłuchujący zatrzymanego, z mimiki stara się wyczytać moje prawdziwe intencje, potem skrada się jak pantera, podpełza z pozornie błahymi pytaniami - że po co, za dużo mam pieniędzy, co mi pryciwało, strzeliło do głowy; a następnie, widząc, że podchody nie przynoszą skutku, nie gubię się w zeznaniach, odpowiadam, że chciałbym zachować dla potomności relikt dawnej epoki, dziecko polskiej motoryzacji (ani słowem nie zdradzam, że chodzi o artefakt po Edku - wokaliście Stawiantów, obrazoburcy, utracjuszu i incydentalnym ekshibicjoniście) - przypuszcza frontalny atak.

Nie ceregieląc się, nie przebierając w słowach ostrzega Lecha przede mną-wyłudzaczem, bezczelną kanalią, która miała czelność przyjść z lisią mordą, uśmiechnięty, jakby ktoś mu w kieszeń nasrał (co to w ogóle za określenie?), próbować wycyganić, pewnie za dwa złote, o ile w ogóle nie za darmo, pamiątkę rodzinną, ZABYTKOWY WÓZ.

Krzyczy wręcz, traktuje mnie jak powietrze, jakbym był nieobecny. Agrokultura, ogłada dresiarska, takt à rebours.

Mężulo ma dać odpór zakusom naciągacza, nawet śrubsztaka złamanego nie sprzedawać, nie mówiąc o kruku, białym jak śnieg. Choć w kolorze yellow bahama.

Zostaję zatruty smogiem akustycznym, roztrajkotyzmem. Gorące krople ściekają mi po twarzy, karku, ubraniu. Wypalają dziury.

Próbuję delikatnie wstrzelić się pomiędzy słowa, znaleźć szczelinkę, albo ją wydrapać, niczym uczniak podnoszę dwa paluszki i nieśmiało zabieram głos, pardon - głosik, głosiunio; szczebioczę, że to nie tak, pani się myli, absolutnie mi to nie w głowie, nawet przez myśl nie przeszło biednemu konserwatorowi, kustoszowi skansenu, bo chcę nim zostać, choćby w skali mikro, starocie to moja nowa pasja, która w dodatku od razu przerodziła się w nałóg, idee fixe, fiksuję na całego, to szmergiel, któremu pragnę poświęcić życie; jedno, drugie, trzecie, ile bym ich nie miał - tyle obiecuję roztrwonić, spożytkować, zmarnotrawić na kolekcjonowanie gratów, chodzenie z nosem - a jak podzbieram kasę i kupię, to z wykrywaczem metali - przy ziemi, wydzieranie z niej artefaktów, pamiątek zaprzeszłości, kierowanie się zasadą "im gorsze, bardziej zniszczone - tym lepiej".

Oczywiście spotykam się z kompletnym niezrozumieniem. Uderza mnie nowa fala żmijotekstów, tym razem o... babuni. Zasłania się teściową, dresiara łuskowata, na poczekaniu wymyśliło to-to, że nie może sprzedać, tknąć, gdyby mogła - zabroniłaby nawet myśleć o wraku edkowego auta, właśnie ze względu na świętej pamięci, ciągle żywą nieboszczkę, mateńkę zbolałą, co pierworodnego złożyła w mogile, a że ten był na bakier z oszczędzaniem, wolał być (na bani!), niż mieć - więc niewiele pamiątek po nim zostało, w zasadzie jedynie to nieszczęsne auteczko, które za stodołą ostatnie krople smaru wypłakuje z tęsknoty za właścicielem, nie mogąc uwierzyć, ze już nie wróci, nie zasiądzie za kierownicą, nie wjedzie do rowu, w koleinę, krzaczory.

Jak więc można nie mieć za grosz sowyści, przyjść jakby nigdy nic i chcieć kupić ostatnią rzecz, jaka się dogorywającej matce po synu ostała? Bezsowysny jestem, że w ogóle podjąłem próbę - znając mnie - oszustwa, wycyganienia ZABYTKU za śmieszne pieniądze, pani Stasi ledwie bijące Serce by pękło, gdyby się dowiedziała, że przehandlowalimy auteczko Edka, wpędziłoby ją to jeszcze szybciej do grobu, właściwie wepchnęło, bo już nad nim stoi, nie, nie możesz pójść, zobaczyć się z nią, bo jest ledwie przytomna i jedyne, czego potrzebuje, to niczym niezmącony spokój, a nie perturbacje samochodowe; handlarstwo, szacher-macher jakiś, grubymi nićmi widać, ze szyty.

Biorę głęboki oddech, staram się opanować. Kieruję myśli na całkiem inny tor. Literatura, półki zapełnione starodrukami, ciężkie woluminy w skórzanych okładkach, atlasy poetyckiej anatomii, rozbiór wiersza na półtusze.

Pseudo słowa, neologizmy cisną się jeden po drugim na usta, do uszu, nozdrzy i w inne otwory ciała. Grobosiew! Trumnosplot! Ćwiczenia z erochemii (nie zapomnij założyć gumowego fartuszka i lateksowych rękawic!): sposoby otrzymywania trzylizianu sodu, wielojajcan amonowy rozpuszczający nawet diament.

Albo: petro-ginekologia: proszę powiedzieć, czy w rejonie Jury Krakowsko-częstochowskiej istnieją kopalnie kamieni klitorycznych?

Mam w głowie zwariowany teleturniej, padają coraz dziwniejsze pytania.

- Jaka - w przybliżeniu do piętnastu centymetrów - jest przeciętna długość przyrodzenia centaura?

- Czy w poprzednim życiu nie bał się pan Rehandian?

- Ilu z pańskich znajomych zginęło podczas próby ucieczki do innej rzeczywistości?

- Proszę podać wzór na pole powierzchni trawościanu.

- Czy wyfizdrzenia pojawiają się również wtedy, gdy dwufazowe F nie skrzy się, przygasa?

- Ile miał pan dzieci? Pamięta choć jedno?

- Nie wiem! - załamuję ręce. Przeszłość to fresk zachlapany wapnem. Zdrapać? Zapomnieć o jego istnieniu?

Ani jedna, ani druga opcja w pełni nie wchodzą w grę, z jednej strony - warstwa gryzącej, toksycznej bieli jest gęsta, gruba, z drugiej - przebijają spod niej kolory, fragmenty rąk, profile, usta, zarysy budynków, cienie.

Pan Lecho, czego nie do końca bym się po nim spodziewał, przychodzi mi w sukurs, staje w obronie chytrego wyłudzacza skarbów-pamiątek narodowych, łagodnie tonuje syk żonki, że nie, coś ty, daj spokój, po co od razu stawiasz wszystko na ostrzu noża, widzisz w czarnych barwach, jak chłopak chce kupić- to jego sprawa, ugrzęźnie w tym remoncie, zobaczysz, przecież to chuchro, dwie lewe rąsie, nawet zapieczonej śruby nie odkręci; ja bym mu dał, sprzedał znaczy, za psi grosz, w końcu to ruina, i tak pójdzie, już poszła na zmarnowanie, puściłbym za trzysta złotych - więc w zasadzie oddał; przekonamy się, co z jego muzeum wyjdzie, babka od dawna nie kontaktuje, dla niej to już bez różnicy, zresztą - powinienem dawno sprzątnąć śmiecia, sprzedać złomiarzom, co to za pamiątka, relikwia, kawał zardzewiałej blachy to to kawał blachy, Dorota, chłopak chce się pobawić - to mam bronić?

- A rób, co chcesz! Tylko za mniej, jak tysiąc złotych - nawet nie próbuj sprzedawać!

- Jezu - ile? Co pani...? - załamuję ręce. Było do przewidzenia, że ze Żmiją będzie ciężka przeprawa, ale bez przesady...Łagodniutko, ale bez poniżania się, próbuje przemówić pazernicy do rozumu.

Summa summarum, krakowskim targiem, ustalamy cenę (i tak ze trzy razy za wysoką!) na osiemset zeta.

Pięknie - przyjdzie wybulić osiem stów na kompletnego śmiecia. Na remont nie starczy, będę się z tym pierniczył z parę lat...

Z drugiej strony - kamień spada z serducha, udało się przekonać heterę.

Żegna,m się nieco oschle. Teraz to ja jestem nabzdyczony. Osiemset! ...wa mać!

Trudno, jakoś trzeba będzie przeboleć. Mam wyjście? Napaliłem się, jak szczerbaty na orzechy.

Mnę, przeżuwam w ustach przekleństwa. Półwarcząc życzę zdrowia babuni, niech jej się polepszy. Wychodzę nadęty. W głowie mam chmury gradowe. Z żołądka ciągnie kwas. Gorycz.

Przez nienawistnice w dresie mam suchego kaca. Masakrejszyn, aż wstyd przed samym sobą, że dobrowolnie i świadomie dałem się przekręcić. Osiemset zeta za samochodoniepodobnego śmiecia! Zachciało się tego, co nie ludziom...

Zawsze był ze mnie wyworoteń. Nonkonformista. Świr. A świrowi wszystko uchodzi płazem.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Wrotycz 10 miesięcy temu
    Krwisty, pulsujący wręcz portret Żmii, spokój dorobkiewicza Marka, smutny los niemal na wycugu - rodzina Edka. Jakim cudem tak się wyrodził? Rynek samochodowych antyków - taki mega realizm w charakterystyce, odmienność jak na narratora z poprzednich tekstów.
    Super całość.

    Co za niedouk walnął jedynkę?:)))

    Czekam, kiedy zniżysz loty i też Ci ją wstawię:)
  • Florian Konrad 10 miesięcy temu
    trochę realizmu jednak było wskazane, książka ma akcję, a ta ciężko, by działa się wyłącznie między jedną, a drugą myślofantazją... coś się musi przecież dziać :))) najserdeczniej dziękuję za czytanie i komentowanie. Powieść się pisze. Loty - się nie zniżają :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania