Z rozmaitości Czarownika Farloka: Kto ma na pieńku z Najwyższym Taboretem cz.7
Gdy Ankietus powrócił do sali obrad, zasiadł pośród reszty magów Najwyższego Taboretu. Widząc, iż każdy z nich zajął należne sobie miejsce, nie zważając na nieprzychylne spojrzenia, jakimi darzyli się co poniektórzy, mag Pierun powstał i przemówił w dłuższym wywodzie.
– Jestem przekonany, iż w gruncie naszej powinności niedana nam została sprawczość nad pojedynczą jednostką. Nadto przyznacie, przyjaciele, że z lubością spoglądamy na magobojne parchy dwunożne, niemagiczne, pełzające po ziemi. Znacie sprawę Farloka, maga pozbawionego talentu i ambicji, od początku wykazującego znikomą przydatność w światku magicznym. A jednak ta kreatura niewieścia poczęła stwarzać chaos tam, gdzie się znalazła. Szczególnie ostatnimi czasy. Namaszczono nas, abyśmy chronili dziedzictwa i pielęgnowali pokolenia magiczne. Nałożona w pierwszym głosowaniu Ekskomunika winna zostać przypieczętowana drugim, swoiście wiążącym, niezawisłym i niezatartym w dziejach rozruchów. Dlatego powiadam, kto z was pragnie tego, co i ja niech uniesie prawą rękę teraz, aby czynu ostatecznego stało się zadość. Ekskomunika!
Pierun i sześciu magów Najwyższego Taboretu z nieukrywaną satysfakcją unieśli dłonie, wykrzykując klątwę wygnania na Farloka. Osamotniony w swym sprzeciwie pozostał Ankietus, co nie uszło uwadze innych.
– Cóż to za rebelia, młodociany Ankietusie? Czyżby twe przewody słuchowe zaklinowały zwały woskowiny, co spowodowało nienaturalną głuchotę chwilową? – zapytał z niesmakiem Pierun.
Reszta magów przyglądała się młodszemu stażem i latami magowi, marszcząc brwi, pocierając nerwowo brody i drapiąc się po niekiedy szpiczastych nosach.
– Moją wolą jest przyjąć stanowisko rady i je odrzucić – odparł, choć w głosie pobrzmiewały nuty braku pewności siebie.
– A więc w pełni świadom swego występku i zdrady ideałów Najwyższego Taboretu, poczyniłeś czyn tak niegodny, jednocześnie nie uważając, że wprowadzasz chaos i potępiasz zasady starożytne?
– Owszem, Pierunie. Mag Farlok, przy całym niedostatku intelektualnym i beztalenciu odeń bijącym, nie zasługuje na najwyższą karę.
Radglebon wydawał się najbardziej usatysfakcjonowany sytuacją. Pozostali szemrali między sobą, starając się nie nawiązywać kontaktu wzrokowego z Pierunem.
– Bronisz, Ankietusie konowała, który niesie wstyd i oszczerstwo naszym braciom. Wiedz, że nie zamierzam tego tolerować. A ta gnida, Farlok dostanie, co należy, z twoją pomocą lub bez niej.
– Nic ci po tym, jeden głos maga rady zrywa głosowanie.
Pierun uśmiechnął się krzywo, jakby robił to pierwszy raz od wielu setek lat.
***
– Już po nas! Banda bandycka nadjeżdża! – zawołał targany myślami panicznymi Sknerowąs, widzą jegomości niedogolonych na wierzchowcach.
Czwórka zawziętych i zdolnych do czynów bezprawnych oraz krwawych złoli otoczyła tercet piechotny. Teoretyk wiedzy magicznej cudem uniknął bolesnego i kości łamiącego incydentu w postaci kontaktu z końskimi kopytami. Odskoczył sprawnie, pociągając za sobą Zgreda. Ten zarył licem w glebie, po czym jęknął cicho, albowiem bolało jak cholercia.
Trzech parszywków pozostało na swych koniach, zaś przewodniczący niezrzeszonej w spisie pokaranych gnid grupy o charakterze permanentnie rabunkowym i często śmiercionośnym, pozostawił swego wierzchowca na uboczu. Sam zaś zbliżył się do wędrowców, dzierżąc w dłoniach topór okuty. Farlok z niesmakiem spoglądał na gębę rabusia, naznaczoną licznymi bliznami bitewnymi i pozostałościami nieleczonego trądziku młodzieńczego. Wyrosły i uposażony w zapas mięśniowy, zerknął na Sknerowąsa z zachętą. Podszedł do nieboraka, po czym klepnął go dwa razy po policzku, nie szczędząc przy tym siły.
– Ciemną nocą traktem się snuje, banda bandycka gwałci i rabuje – zrymował, ukazując targane niszczycielską siłą próchnicy uzębienie, a w zasadzie jego resztki.
– Nie szukamy zwady – odparł Zgred, otrzepując szaty z resztki piachu.
– Popełniasz, miernoto, zasadniczą głupotę – rzekł w odpowiedzi bandycki przywódca. – Nie wy nas szukacie, lecz my was. A kiedy już, wtedy topór w ręku raz za razem, łby spadają, dziewki płaczą, dziatki trwogą się naznaczą.
– Nie mamy denara – rzekł piskliwym, przestraszonym głosem Sknerowąs.
Czarownik Farlok, widząc potrzebę wybrnięcia z sytuacji wyraźnie niekomfortowe, począł torpedować Zgreda wzrokiem nachalnym. Dawał niesubtelne sygnały, aby łowczy uwolnił go z więzów, co skutkowałoby użyciem magii dla odparcia ataku bandy bandyckiej. Papa Zgred jednak ani myślał ryzykować utratę swej zdobyczy, o też przekazał oczami w równie niesubtelny sposób. Dzięki temu nie uszło to uwadze przewodniczącego bandy, który doskoczył do łowcy i pewnym ruchem pięści umiejscowił ją w podbrzuszu nieboraka, na co tamten wypuściwszy powietrze z płuc, jęknął przeciągle, zakołysał się i padł w boleściach na glebę.
– Knowania w mej obecności? Macie tupet, łapserdaki nikczemne. Wyskakujcie z denara, a życie ocalicie.
Pozostała trójka łupieżców w milczeniu obserwowała dotąd poczynania swego dowódcy. Jednakże nagły błysk na niebie zamoczonym mrokiem nocy zmusił jednego z nich, zupełnie karłowatego, aby uczynił użytek z umiejętności mowy ludzkiej.
– Niechby to licho! – krzyknął, wskazując na snop światła pędzący z nieba ku nim.
W jednej chwili wszyscy spojrzeli w zadanym kierunku, nawet Papa Zgred, wciąż odczuwający skutki ataku na podbrzusze. Teoretyk wiedzy magicznej zafrasował się nad obiektem spadającym, o mało nie stanowiąc dla niego lądowiska. Znowu jednak zdążył w porę przemeblować swą obecność, co skutkowało jeno chwilowym oślepieniem gdy ów obiekt zetknął się w końcu z glebą traktu, przy tym jeszcze silniej oświecając blaskiem zgromadzonych.
Komentarze (1)
Dobrym przykładem byłaby formatyka przekładu Biblii, przecież niemożliwa jest prawdziwą, ponieważ już nie istnieją piszący ani tłumaczący 🐫
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania