Z rozmaitości Czarownika Farloka: Kto ma na pieńku z Najwyższym Taboretem cz.8
Gruchnięcia magów Najwyższego Taboretu przez wieki obrosły legendami. Po prawdzie udokumentowano zaledwie jedno i tak przez lata podawano w księgach przeróżnych. Resztę klasyfikowano jako przaśne dykteryjki z topornymi morałami i mdlącą narracją, jakby wyrzygał się na nie co najmniej jakiś jaszczur ognioplujący. Co do tej jednej jedynej perły dziejów… Działo się to przed wiekami, na długo nim użyczono mocy życiowej wróżek dla zasilania lamp powozów czy też ulicznych latarnii, a potem coraz śmielej w chałupach pospólstwa. Powiadali o tym doniosłym wydarzeniu bezzębni żebracy na skraju życia i otłuszczone grubasy śpiące na denarach, pstryknięciem zalanych tłuszczem paluchów przywołujące do łoża pokorne sługi, często nieletnie. Kronikarze dziejów jeden po drugim spisywali podania, które potem ginęły, trawione pożarami miast i miasteczek. Księgi rwano na ćwierci w czasie najazdów bandyckich i smoczych nalotów. Większość podań przepadło sromotnie. Czy wszystkie? Skądże niewierne pastuchy!
PODANIA Z DZIEJÓW MINIONYCH SPISANE PRZEZ ZASŁUŻONEGO A POWŚCIĄGLIWEGO W CUDZOŁÓSTWIE GRYZIKUPRA
GRUCHNIĘCIE, CZYLI SCYSJA O CHARAKTERZE NOSA ZADARTEGO
Na podstawie opowieści zasłyszanych wśród plebsu, mieszczaństwa peryferyjnego i żyjących potomków klucznika Pankracego.
Stało się powszechnym sądzić, iż w przeddzień zgromadzeń Wielkiej Ósemki Najwyższego Taboretu w okolicznych włościach i małorolnych wiochach widywano znaki zwiastujące podniosłe wydarzenie. Znad północnych lasów nachodziły uszu chłopstwa nawoływania jakby upiorów cieniolubnych, pannice na wydaniu zrywały zaręczyny, a dotąd wierne zamężne dziewoje puszczały w niebyt swe ideały na przygodnym nierządzie za winklami chałup i pod walącymi się płotami. Niebo na wschodzie krwawiło z chmur pysznych, a wiatr cichutko tylko kwilił między źdźbłami chwastów i traw łąkowych. Najstarsi słuchacze dziejów i ich zasobniejsi w umiejętności pisania kronikarze nie rachowali już od wieków, który to raz Najwyższy Taboret zbiera się w swej wieży. Ani ja, czcigodny, zasłużony, edukowany w rozsądnie dysponujących edukacją przybytkach, Gryzikuper nie otrzymałem tejże wiedzy. O jednym zaś zgromadzeniu z wielu innych opowiem na kartach tej księgi.
Nim pierwsze promienie życiodajnej gwiazdy rozpierzchły się po niebie klucznik Pankracy – siódmy w linii prostej z rodu kluczników, po raz drugi w swym marny, służalczym żywocie otworzył wrota Wieży. Z wnętrza w eter rozlała się ponura woń stęchlizny, a wtórowała jej zgraja gryzoni o skłonnościach kanibalistycznych. Klucznik westchnął ociężale znikając w ciemnościach długiego korytarza. Ledwie dobył swego stołka aby spocząć na nim, już pierwsze grzmoty na niebiosach poczęły zwiastować nadejście magów.
I stanęli w całej swej pyszałkowatości, wielkości i małostkowości. Pogardliwie każden jeden spoglądał na klucznika i w umyśle swym snuł wizję, podczas której deptał wątłe ciało miernoty jak robala. Pankracy pokornie ukłonił się każdemu z magów, szczególnie zwracając uwagę na jednego – młodego i pełnego ambicji Pieruna. Kiedy zajęli miejsca w sali obrad, wrota zamknęły się z trzaskiem, ogłaszając rozpoczęcie zgromadzenia.
Działo się to w czasach podłych, kiedy ogarnięci przyzwoleniem zastraszonego ludu magowie raz po raz dokonywali samowolnych rzezi, będąc znudzeni dotychczasową wędrówką po egzystencji. Najwyższy Taboret patrzył na występki poślednich czarowników z niesmakiem, lecz dopuszczał czasowe czystki pospolitego motłochu z uwagi na groźbę przeludnienia.
Zgromadzeniu przewodził Smętnik Ponury, najstarszy z magów, leciwy wiekiem i bogaty doświadczeniem. Mówiono, że lewa dłoń ukatrupiła niezliczoną ilość wiedźm, które swego czasu panoszyły się po północnych lasach zwodząc tamtejszych chłopów na manowce. O prawej nie szeptano nawet półgłosem, bowiem sam Ponury odczuwał nagłą nerwową potrzebę oddania moczu, kiedy wspomniał na swą prawicę.
Klucznik Pankracy, siódmy z rodu kluczników nerwowo pocierał dłońmi o kolana słysząc potężny głos Smętnika brzmiący niczym najstraszliwsze trąby bitewne. Potem zaś usłyszał inny głos, o wiele spokojniejszy, pełny jednak pogardy dla słów Ponurego.
– Przysłuchuję się tym bredniom, Smętniku z wyraźnym rozbawieniem i zażenowaniem. Każde słowo, jakże pretensjonalne, istnieje dla samego istnienia. Ważnością zaś nie przewyższa poczciwych umizgów niepiśmiennych dzierlatek w noc poślubną, wygłaszanych do uszu swych wybranków.
Kloszard Pomywacz, mag obdarzony mocami panującymi na wszelakim choróbskiem znanym na owe czasy, wstał i prężąc pierś zadarł nosa z dumą, czując wagę swych słów. Obaj z Ponurym mierzyli się wzrokiem jak dwa poczciwe koguty w zagrodzie. W sali na dłużej zapadła niezmącona niczym cisza. Wdzierała się do trzewi reszty magów, świdrowała je powodując uczucie dyskomfortu, coś jakby przepełnienie po obfitej uczcie zakończonej zbiorową orgią w komnatach wieży. Przekazy ustne, jak i sama relacja klucznika Pankracego, który to z rozmysłem podsłuchiwał obrady, a także starał się zobaczyć co nieco przez dziurkę od klucza, są niekiedy sprzeczne. Nie ma zgodności jaka kwestia poruszona w trakcie obrad wywołała ciąg wydarzeń tak szkaradnych, że doprowadziły do Gruchnięcia – historycznego upadku jednego z magów Najwyższego Taboretu.
– Zdajesz sobie sprawę, że twoje słowa mają moc zerwania obrad, Kloszardzie? – zapytał z irytacją Pierun przerywając ciszę. Choć był ledwie żółtodziobem pośród reszty magów, nie miał obaw ani wątpliwości by wtrącić się w dysputę.
Smętnik Ponury spojrzał na cherlawego maga z uznaniem, a potem przeniósł wzrok na Kloszarda, bombardując go gniewem tłumionym w trudach pomiędzy trzewiami.
– Żadne obrady nie zostaną zerwane! – ryknął mag i zebrawszy w sobie pełnię mocy jaką władał, wymierzył jej ujście w stronę Kloszarda.
Reszta magów z nieukrywaną trwogą przyglądała się zajściu, jeno Pierun czuł wyraźną ekscytację, niemalże osiągając pełnię ekstazy, gdy strumień mocy zderzył się z Kloszardem.
Wedle podań staroksięgu taka praktyka była niezgodna z obowiązującymi normami w rozumieniu znormalizowanym, lecz Smętnik Ponury uchodził na owe czasy za harpagana bez krzty zahamowań. Był potężny, zarówno w mocy jak i tuszy. Niejedna kurtyzana wyzionęła ducha pod tą zwaliną przepoconego cielska. Żaden mag nie ośmielił się przerwać kanonady gniewu.
Wieża Najwyższego Taboretu rozbłysła jasnością. Okoliczne małorolne pospólstwo zatrwożyło się na ten widok. Wielu padło trupem zimnym w przypływie zbyt wielkiego zdenerwowania. Młode dziewoje jęczały żałośnie, a umorusane berbecie szczerzyły zębiska w obłąkańczych grymasach wskazując zakrzywionymi palcami na łunę świetlną odkrywającą coraz to większą część nieba.
Jeden z przebywających na nieodległym trakcie skrybów opisał potem zajście jako trwogę pełną jasności nieokiełznanej ludzkim wzrokiem, pełnej mocy zdolnej zmieść niejedną wiochę z powierzchni ziemi. Sam zaś, o czym wspominał niechętnie, wtargnął pomiędzy krzewy w przypływie paniki, pozostawszy tam do wieczora.
Kloszard Pomywacz gruchnął w okolicach miasta Pa’aarnam. W kokonie żaru zderzył się z konwojem handlowym zmierzającym na południe. Tuzin wędrowców poszło z dymem. U sześciu kolejnych stwierdzono rozległe zwęglenia kończyn dolnych zaś reszta jeśli nie padła ze strachu, rozpierzchła się po zaroślach.
Losy Kloszarda pozostają nieznane. Mówiono, że utraciwszy swą pozycję i zdolność kreowania zaklęć magicznych zaszył się w jakiejś starej chacie, gdzie rozszarpały go na ćwierci wygłodniałe pomioty plugastwa. Według zasłużonego grajka - Cymbałkiepa, owymi pomiotami miały okazać się okoliczne kurtyzany zapadłe na przedziwną chorobę na moment przed Gruchnięciem Kloszarda.
Wiele wyroczni snuje mgliste przypuszczenia, iż kolejne Gruchnięcie zbliża się nieubłaganie. Śmiem w to wątpić obdarzony wielką siłą wyjętą z ksiąg podczas rozlicznych sesji edukacyjnych. Powiadam, iż od tamtej pory, aż po wsze czasy na Wieży Najwyższego Taboretu zapanuje trwały porządek.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania