Inne kolory życia - część XXXIV
28 września, 2011, Morowo
Auto zatrzymało się w zatoczce autobusowej, zaraz przed granicą miasta. Piotr wyjął z kieszeni komórkę i wybrał numer do tej laluni, która bardzo chciała zaszkodzić Wiertle. Pobudki go wtedy nie interesowały. Czuł, że może wykluć się z tej ofensywny w duecie coś pożytecznego dla niego. Dlatego się zgodził. Teraz wszystkie plany trafił szlag, lekko mówiąc. Próbował trzy razy. Za każdym po kilku sygnałach odezwała się sekretarka. Miał ochotę rzucić komórką przed siebie, ale potencjalne zniszczenie telefonu albo zbicie szyby przedniej nie zachęcały go. Do Jędrka nie miał co wracać, przynajmniej na razie. Z takimi sprawy toczyły się szybko. Wybuchały, ale po jakimś czasie wszystko mogło wrócić do normy. Pytanie tylko jak długo?
Włączył silnik, wrzucił bieg i ruszył z piskiem, wymuszając pierwszeństwo na seledynowym oplu. Kierowca zatrąbił kilka razy, ale Piotr dodał jedynie gazu, rozpędzając się do osiemdziesięciu kilometrów na godzinę i z taką prędkością wjechał do miasta, mijając znak informujący o terenie zabudowanym.
***
– Nie chcę żadnej, pieprzonej karetki. – Hanna siedziała na krześle z plastikowym kubkiem z wodą w dłoni.
Zuza stała przy oknie, przymierzając się do zamknięcia skrzydła. Wiatr zdecydowanie zbyt pewnie wdzierał się do środka.
– Jesteś ciągle blada. Może jednak…
– Nie, nic mi nie jest. Bardziej się martwię o tego faceta.
Zuza wzruszyła ramionami.
– Miał sporo żalu do ciebie, wygadał się i tyle. Nic nie zrobi. Twoje omdlenie było dla niego jak nagroda
– Skąd miałam wiedzieć, że oni mogą coś takiego zrobić?
– Jakby się zastanowić, to było to oczywiste. Pamiętam jak przez mgłę, że nie byli zachwyceni, kiedy prawie na ciebie wjechał. I tak jak wspomniał, mieli w dupie, że to ty wskoczyłaś na jezdnię.
Hanna wzięła jeszcze łyk wody. Był zimna i cierpka, ale jakimś cudem pomagała. Tak samo, jak chłodny wiatr.
Marek prowadził jakąś audycję kulturalną w zastępstwie za innego radiowca z przypadku.
– Ktoś do mnie dzwonił – powiedziała Hanna, szukając komórki w kieszeni spodni.
– Potem odbierzesz. Teraz odpocznij. Zawiozę cię do domu. Wyglądasz fatalnie.
– Nic mi nie jest. To tylko szok. Ten facet wyglądał na naprawdę przejętego. Uwierzyłam, że to wszystko moja wina.
Zuza nie chciała drążyć tematu. Po tylu latach szukanie winnego nie miało sensu. Otwieranie zabliźnionych ran jest niebezpieczne. Jakby ktoś chciał usilnie doprowadzić do zakażenia.
– Marek chyba ma przerwę, pójdę do niego, powiem, że zaraz wychodzimy.
Hanna przytaknęła. Kiedy została sama, wyjęła komórkę i sprawdziła nieodebrane połączenia. Cztery próby, od tej samej osoby. Kojarzyła numer. Wybrała połączenie i przystawiła komórkę do ucha. Po kilku sygnałach odezwał się znajomy głos.
– Myślałem, że do ciebie łatwiej się dodzwonić.
Zapomniała jego imienia. Paweł, Darek, jakoś tak. Na wszelki wypadek postanowiła nie ryzykować.
– Miałam mały wypadek.
– Stłuczka?
– Nic poważnego. O co chodzi?
Przez moment z drugiej strony nie dochodziły żadne odgłosy. Hanna nabrała podejrzeń.
– Coś z naszą sprawą? – zapytała.
– Jakbyś zgadła.
– Mam nosa. O co chodzi?
– Wysypał mi się jeden człowiek. Spotkajmy się dzisiaj jeszcze. Musimy omówić to i owo.
Hanna poczuła, że ma okazję, aby wszystko zamknąć. Chyba właśnie tego chciała. Odciąć się od czegoś, co uznała jednak za duży błąd. Ale jakaś jej część nadal chciała zemsty. Prymitywna, malutka cząstka z determinacją mąciła w umyśle.
Hanna uległa.
– W porządku. Niech będzie park miejski. Mam dosyć zamkniętych pomieszczeń. Muszę pobyć na świeżym powietrzu.
Piotr niechętnie się zgodził. Wolał nie pokazywać się z tą babą na widoku, ale wiedział, że to jedyna szansa.
– Dobra. Będę tam za pół godziny.
Potwierdziła i rozłączyła się. Zuza wróciła po kilku kolejnych minutach.
– Nabrałaś kolorów – powiedziała, podchodząc do okna aby je zamknąć.
– Muszę jechać jeszcze jedno miejsce.
– Chyba żartujesz. Jedziesz do domu.
– Nie mogę. Zawieź mnie do parku miejskiego. Muszę spotkać się z jednym facetem.
– Co ty kombinujesz? – Zuza wpatrywała się badawczo w twarz Hanny.
– Powiem ci w drodze. Chodźmy.
Wyszły z kamienicy na rześkie, letnio-jesienne powietrze. Ciepło lata nadal pobrzmiewało w lekkich podmuchach, przeplatane ostrzejszymi falami zapowiadającymi jesień.
W aucie Zuza ponownie zapytała Hannę o faceta i park.
– Musimy pogadać. Mieliśmy jedną sprawę, ale wszystko się posypało. Zadzwonił do mnie, że powinniśmy to omówić.
– Ty chyba nie potrafisz nie pakować się w kłopoty.
– Odmówię mu. Powiem, że to koniec.
Zuza dodała gazu, aby zdążyć przejechać przez skrzyżowanie na żółtym. Udało się.
– Nie chcę w tym uczestniczyć. W twoich gierkach, w tym całym bałaganie.
– Nie będziesz. Zostawisz mnie tam. Po auto przyjadę jutro autobusem albo pociągiem.
Zuza skręciła w wąską jednokierunkową ulicę prowadzącą przez osiedle bloków i kończącą się ślepo kilkadziesiąt metrów za boczną bramą parku. Zaparkowała auto przy asfaltowym, spękanym chodniku. Siedziały w milczeniu dobre pół minuty.
– Zostanę. Nie chcę mieć cię na sumieniu – powiedziała.
Hanna kątem oka zauważyła postać mężczyzny stojącą przy jednej z ławek. To był Piotr, teraz pamiętała.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania