Inne kolory życia - część XXXV
28 września, 2011
Park miejski wciąż zielenił się ze wszystkich stron. Powietrze lekko tylko dawało znać, że zbliża się jesień. Ludzi spacerujących wyasfaltowanymi przed wieloma laty alejkami nie brakowało. Wielu siedziało na zdatnych do tego ławkach. Połowa z nich doznała trwałego bombardowania fekaliami ptactwa. Hanna szła niepewnie. Nadal nie mogła powiedzieć szczerze, że czuje się dobrze. Nic z tych rzeczy. Pewne zdarzenia z przeszłości grzebie się głęboko, aby nigdy nie ujrzały światła dziennego. Tylko że czasami one wcale nie umierają, a jedynie zapadają w długi sen, aby pewnego dnia, zupełnie bez zapowiedzi wyskoczyć jak klaun na sprężynie z kolorowego pudełka.
Piotr wyglądał na zdenerwowanego. Kiedy tylko ją zobaczył, wyrwał się z dziwnego zamyślenia.
– W końcu – powiedział.
– Szybciej się nie dało. Zresztą, chce się wycofać.
– Że jak? W takim momencie? Może i jeden facet mi się wysypał, ale znajdę innego. Umowa to umowa.
Hanna poczuła, jakby ktoś zakładał jej kajdany na dłonie. Jeśli teraz nie wywinie się z tego…
– To był wielki błąd. Cała ta umowa. Nie chcę tego, zemsty, twoich ludzi, ani ciebie.
Piotr zacisnął obie dłoni w pięści aż knykcie mu zbielały. Jeśli wcześniej był zły, to teraz zapewne przekroczył barierę wściekłości.
– Myślisz, że to takie proste?
– Czego się spodziewałeś? Odkąd w to weszłam, wszystko się sypie. Mam dosyć. Prawie rozjechałam jakiegoś gówniarza, potem jeden facet wrócił jak najgorszy koszmar sprzed lat.
– Mam gdzieś, co ci się sypie. Mamy umowę.
Wyciągnął dłoń, aby chwycić Hannę za nadgarstek, ale kobieta zręcznym ruchem cofnęła nadgarstek. Cofnęła się o dwa kroki i zaczęła wodzić wzrokiem po okolicy. Kilkoro ludzi spacerowało blisko nich. Na pewno zorientują się, jeśli zacznie krzyczeć. Piotr zaczął rozumieć, co Hanna chce zrobić.
– Nie próbuj odgrywać pokrzywdzonej – powiedział surowo. – Nie jesteś mi winną kasę, tylko przysługę. Za to, że podjąłem się sprawy. Załatwiłem kolesia i załatwię kolejnego. Dojadę z tym do końca. Wiertło dostanie, co mu się należy.
Zuza obserwował ich z auta. Kiedy facet chciał złapać Hankę, już miała wysiadać, ale powstrzymała się. Nie, nie miała zamiaru w tym uczestniczyć. I tak zrobiła już za dużo dla niej. Powinna odjechać, tak jak chciała Hanna. Ale siedziała tam ciągle, patrzyła i czasami mówiła sama do siebie, jaka jest naiwna i głupia. Tylko czekać, aż odbije mi się to czkawką, pomyślała.
– Nic nie rozumiesz. Nie ma już umowy. Nie chcę tego.
Jeszcze raz spróbował ją złapać, ale ponownie zrobiła unik, a potem odeszła szybko w stronę auta Zuzy. Piotr wodził za nią wzrokiem dłuższą chwilę, oddychając ciężko. Dłonie wciąż mocno zaciskał jakby gotowy do szarży.
Kiedy weszła do auta, Zuza od razu zaczęła przemowę.
– Wiedziałam, że siedzisz w jakimś bagnie. To takie typowe! Nic się nie zmieniłaś!
– Zuzka…
– Nie przerywaj mi! Nie zmądrzałaś ani trochę. Ten facet chciał cię złapać dwa razy za nadgarstek, a nawet go dobrze nie znasz. To jakiś jebany zbok.
– Nie, to gość, z którym miałam umowę.
– Jaką umowę, do cholery? Po co te sekrety.
Hanna wypuściła gwałtownie powietrze z ust. Spojrzała w stronę miejsca, gdzie rozmawiała z Piotrem. Mężczyzny już tam nie było.
– Dobra, powiem ci. Jedź do mojego mieszkania.
Historia nie była przesadnie długa. Hanka nie potrafiła dodawać kolorytu do faktów. Recytowała sucho wszystko tak, jak było. Mimo to Zuza postanowiła jechać dłuższą drogą. Musiała ochłonąć i porzuć pomysł zostawienia Hanki gdziekolwiek, kiedy ta skończyła już mówić.
– Jesteś wariatką – powiedziała Zuza, skręcając w ulicę prowadzącą do osiedla Złotorogi.
Po długich minutach ciszy, jakiekolwiek słowa z ust Zuzy były dla Hanki czymś dobrym.
– Może, nie oceniaj mnie tylko po tej jednej wpadce.
– Wpadce? Ty zawsze masz tylko wpadki i zawsze od groma pracy i wcale nie odzywałaś się do mnie tylko po to, abym ci w czymś pomogła.
Hanka chciała coś jeszcze powiedzieć, ale auto zatrzymało się właśnie pod jej blokiem. Wyszła bez pożegnania. Zresztą Zuza wyglądała jakby żadnej tego typu formalności nie oczekiwała, prócz szybkiego opuszczenia jej auta.
Jeszcze na klatce schodowej otarła kilka łez cieknących po czerwieniących się policzkach. Całkiem rozpłakała się w mieszkaniu, dociskając do twarzy poduszkę.
***
Choć Edward był pijany w sztok, bez mrugnięcia okiem rozpoznał auto, w którym siedział na fotelu pasażera. Volvo 240 kombi, końcowy rocznik. Szwedzka treść bez jakiejkolwiek formy wylewała się zewsząd. Zupełna nuda, bezguście, czysty pragmatyzm.
– Nie sądziłem, że jesteś takim durniem – stwierdził z wyraźnym żalem w głosie Michał.
Jechali szybko jak na Volvo, mało eleganckimi drogami pod miastem. Raz samochód skręcił nagle w prawo, wystarczająco bez zapowiedzi, by głowa Edwarda wylądowała boleśnie na słupku b.
– A to za co? – zapytał koślawą polszczyzną?
– Domyśl się – odparł kierowca i dodał jeszcze gazu na dziurawej asfaltówce z końca lat osiemdziesiątych.
Minęli ostatnie zabudowania wsi i po chwili wjechali w obręb Morowa. Z początku zabudowa niewiele się zmieniła. W tej części nadal dominowały gospodarstwa rolne, choć w zdecydowanej większości, ich mieszkańcy nie zajmowali się już rolnictwem. Obory i stodoły stały puste, a podwórka zdobiła równo ścięta trawa zamiast piaszczystego placu usianego koleinami po kołach ciągników.
– Gdzie Boguśka?
Edward zarejestrował pytanie, ale na nie nie odpowiedział.
– Nie drocz się ze mną, Edek.
– Abo ja wiem? U koleżanki – wydukał przez zęby, wodząc wzrokiem wszędzie, tylko nie w stronę kierowcy.
– Zostawiłeś ją.
– Nie! – zaprotestował.
– Nie każ mi cię zdzielić.
Edward Czerwiński spojrzał na swojego kumpla. Był podwójny, czasami potrójny. Nie mógł ryzykować, bo za niecelnego liścia dostałby podobnego, ale dokładnie tam, gdzie trzeba i pewnie mocniejszego.
– Pierdol się – odparł więc i osunął, powoli odpływając.
Nim dojechali do mieszkania Czerwińskich, film urwał mu się zupełnie.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania