Bracia 40

Powrót do narracji pierwszoosobowej, czyli z perspektywy Jade

 

Obudził mnie głośny strzał. Podskoczyłam z wrażenia, cała zlana potem. Zaczęłam nerwowo rozglądać się wokół siebie, nie ujrzawszy przy tym nic, ponieważ było już ciemno. Pomóc mi mógł tylko zmysł słuchu i dotyku. Dotknęłam pleców psa i przykucnęłam powoli. Poczułam ból, był stłamszony silnymi emocjami, dlatego zniosłam go i pozostałam w jednej pozycji jakiś czas. Może się przesłyszałam? - powiedziałam do siebie w myślach, mając nadzieję, że uspokoi mnie to. Faktycznie tak się stało, bo nagle ciśnienie zaczęło opadać. Husky, który przez cały czas szczekał, nagle zamilkl. Co więcej, poczułam jak uderza mnie merdającym ogonem. Patrzyłam w przestrzeń, zastanawiając się nad tym jak bezpiecznie opuścić las i wtedy, właśnie wtedy zza drzew objawiła mi się jasna poświata. Był to dla mnie szok, ale nie bałam się, nawet doznałam uczucia spokoju, które pozwoliło mi patrzeć w stronę jasnego punktu rozświetlającego ciemność. Powoli zbliżał się w moim kierunku, speszona tym faktem postanowiłam odejść. Nie myślałam o tym, by uciekać, bo strach całkowicie mnie opuścił. Szłam przed siebie powoli, na karku cały czas mając jasność. Odwróciłam się i spostrzegłam sylwetkę mężczyzny.

- Jade - powiedział, a ja tylko patrzyłam, nie wierząc w to co widzę. Już nie chodziło o fakt, że mężczyzna świeci się niczym latarnia, ale o to, że był to mój ojciec.

- Juan - wyszeptałam, patrząc mu w oczy, które były takie same jak moje. Ten fakt sprawił, że poczułam więź między nami.

- Wszystko w porządku? - zapytał spokojnie, cały czas uśmiechając się. Poświata wokół niego powoli opadała, przez co stawał się coraz bardziej ludzki. Gdy zniknęła całkowicie, słońce zaczęło wschodzić, dzięki czemu mogłam wciąż go bez problemu widzieć.

- Nie jest w porządku, ja - gdy to powiedziałam, skierowałam wzrok na swoje ciało. Zamilkłam, kiedy nie dostrzegłam ani jednego zadrapania, czy chociażby stróżki krwi. - Ale przecież - dodałam i znów spojrzałam na tatę, który stał tuż przede mną.

- Nic ci tutaj nie grozi - powiedział, gdy trzymał mnie w objęciach. Poczułam wielką radość i błogość. Było idealnie, w zasadzie prawie idealnie, ponieważ pies cały czas ujadał. Szczekał coraz to głośniej, aż w końcu obudziłam się.

 

Głośny strzał znów rozbrzmiał w moich uszach. Wiedziałam, że tym razem był prawdziwy, choć kto wie, może tamten również był. Już sama nie wiem. Dotknęłam grzbietu psa i nasłuchiwałam. Tym razem strach stał się bardziej przytłaczający niż dotychczas, sparaliżowana nim, nie mogłam ruszyć się z miejsca, mimo że bardzo tego chciałam. Ścisnęłam grzbiet psa. Pożałowałam tego, gdyż odsunął się przez to ode mnie i pobiegł przed siebie. Jego wędrówka nie potrwała za długo, ponieważ już po chwili ciało Aresa wyrzucone zostało w tył. Gdy się to stało, usłyszałam strzał po raz kolejny, a później skomlenie.

- Jade!? - krzyknął mężczyzna.

- Mick - powiedziałam szeptem, odzyskując władze w nogach. Uniosłam się i zaczęłam biec w przeciwnym kierunku do mężczyzny. Dobrze, że nie potrzebowałam zmysłu wzroku, bo i tak oczy zaszkliły się przez łzy, które spłynęły po policzkach, docierając aż do samego dekoltu. Musiał być pełen ran, bo nieprzyjemne pieczenie dało o sobie znać. Przypomniałam sobie wtedy o bólu w okolicach krocza, ramienia oraz uszkodzonego nosa. Cierpienie towarzyszyło mi przez całą drogę, lecz mimo to uciekałam bez chwili przerwy. Nawet, kiedy uderzałam w drzewa, nawet gdy upadałam, wciąż parłam do przodu chcąc desperacko przeżyć.

Trudno określić czas, gdy nie jesteś stabilny emocjonalnie. Być może ucieczka trwała godziny, a może tylko minuty. Nie ważne, grunt, że udało mi się zgubić jednego z morderców. Bieg wykończył mnie na tyle, że zaczęłam mieć zawroty głowy oraz nudności. Nie mogłam jednak poddać się reakcjom ciała. Już przez to, że zasnęłam, stała się tragedia. Przez ten pieprzony sen! Był tak realny, tak piękny. Pokazał mi jak bardzo moje życie jest obrzydliwe, jaka ja jestem obrzydliwa. Byłam w coraz to gorszym stanie i wciąż mogło być coraz gorzej. Opadłam na kolana i oparłam się o drzewo. Rozmyślałam o tym co robić dalej. Wsadziłam dłonie do kieszeni, kalecząc przez to palec na sekatorze . Cholernie ostry - pomyślałam i przyłożyłam kciuk do ust. Znów włożyłam rękę w kierunku narzędzia, wyciągając go przed siebie. Rozszerzyłam jego rączki, łącznie z ostrzami, po czym zacisnęłam go. Wydał charakterystyczny dźwięk, który w danych okolicznościach był przerażający. Ucieszyłam się, ucieszył mnie fakt, że nie jestem całkowicie bezbronna. Znów rozszerzyłam sekator w różne strony i złożyłam, i tak kilka razy. Nawet zamachnęłam nim przed siebie i wbiłam w korę. Cholernie ostry - powtórzyłam, nasłuchując przy tym jego dźwięku, ale też tych wokół mnie. W tamtym momencie rozbrzmiewało wycie wilków, które przeraziły mnie w pierwszych dniach w domu. Teraz jestem poza nim i nie boję się dzikich zwierząt, tylko ludzi.

Następne częściBracia 41 (ostatni)  

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • persse 03.12.2016
    Obiecuje, że następny będzie szybciej
  • Szalokapel 31.12.2016
    Bardzo, bardzo dobre.
    Dlaczego każesz czekać na kolejną część tak długo? :(
    Zostawiam piątkę.
  • persse 02.01.2017
    Wezmę się za to już niedługo ;)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania