Pokaż listęUkryj listę

Niewłaściwy kolor nieba - rozdział 23

Zaraz po śniadaniu na ich hali - tak już o niej myślały, ich hala - zaczęło się zamieszanie. Nikka nakazała dziewczynom zachować spokój i nie reagować na kręcących się wokół ludzi. Siedziały więc przy stole i tylko obserwowały kilku mężczyzn, którzy sprawdzali każdy kąt posyłając im przy tym podejrzliwe spojrzenia. Nie mieli na sobie mundurów, tylko stroje podobne do tych, które nosili Erik Czen i pan Hill. Z tym ostatnim łączyła ich też pewność ruchów i ta nieufność we wzroku. Kiedy wreszcie przejrzeli wszystko dwa razy, jeden z nich wyszedł na chwilę, a potem wrócił prowadząc ze sobą prezidenta i jego świtę.

 

Przywitały się grzecznie, tak jak je wcześniej instruowano. President był dojrzałym mężczyzną, jeszcze nie staruszkiem, ale spokojnie mógłby być dziadkiem Kalii, najmłodszej z nich. Twarz miał przyjemną, włosy ścięte dość krótko, przetykane siwizną. Uśmiechał się szeroko i szczerze, a przynajmniej tak to wyglądało. Towarzyszyło mu kilka osób: Kamilla jak zwykle w roli tłumaczki, kolonel Margareti razem z innym wojskowym, być może wyższym od niego stopniem, oraz łysy, poważnie wyglądający mężczyzna, który trzymał się trochę z tyłu. U jego boku stał nie kto inny, jak Hill we własnej osobie.

 

- To dla nas zaszczyt, że zechciał nas pan odwiedzić, mister prezident - oświadczyła poważnie Nikka, po czym musiała powstrzymać się od ukłonu, który wydawał jej się czymś naturalnym w takiej sytuacji.

 

Prezident Busz patrzył na nie z góry, gdyż był całkiem wysoki, uśmiechał się, i był dla nich miły. Pytał, czy jest im tu dobrze i czy niczego im nie brakuje. Nikka zapewniła go, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, są wdzięczne za gościnę i pomoc medyczną. Nie wspomniała o przesłuchaniach i próbach wyciągnięcia informacji o statku, nie było sensu psuć tej miłej atmosfery. Potem prezident porozmawiał chwilę z Ingą i Kalią, które powtórzyły mu z grubsza to samo. Kamilla rzucała im nieco zaniepokojone spojrzenia, ale nie odważyła się odezwać, pozostała przy tłumaczeniu. Za to Nikka starała się obserwować Hilla, kiedy tylko miała ku temu okazję, nie ufała mu ani trochę. Sama jego obecność nie zwiastowała niczego dobrego.

 

Niestety okazało się, że Nikka miała rację, chociaż bardzo, ale to bardzo nie chciała jej mieć. Po krótkiej rozmowie, w której wszyscy byli dla siebie mili, prezident wrócił do Nikki i przeszedł do konkretów. Wojskowi, pan Hill i jego towarzysz słuchali uważnie tej wymiany zdań.

 

- Widziałem wasz statek na zewnątrz, piękna technologia - zaczął.

 

- Dziękuję - odparła krótko.

 

- Powiedziano mi, że pani zazdrośnie strzeże jego sekretów. A czy nie wydaje się pani odpowiednie podzielenie się z nami odrobiną wiedzy w dowód wdzięczności za pomoc?

 

- Nie mogę tego zrobić - nie dodała “przykro mi”, bo byłoby to kłamstwem. Doceniała fakt, że przywódca tego kraju spotkał się z nimi osobiście, nie chciała mu kłamać w żywe oczy.

 

Prezident Busz zrobił zawiedzioną minę.

 

- Dlaczego nie, pani Selina? - Kamilla pominęła nazwisko, ale Nikka i tak usłyszała, że trochę je przekręcił. - Wygląda na to, że utknęłyście tu na dobre, więc czy nie rozsądnie byłoby współpracować?

 

- Ja wciąż wierzę, że jednak uda nam się wrócić do domu.

 

- Nasi naukowcy twierdzą, że będzie to trudne, a może nawet niemożliwe. Naprawdę nie uważasz, że w takiej sytuacji pełna współpraca jest najlepszym wyjściem?

 

- Z całym szacunkiem, ale ponownie muszę odmówić, mister prezident - twardo obstawała przy swoim. Prezident westchnął, po czym odwrócił się w stronę swoich towarzyszy i zaczął rozmawiać z tym łysym. Tego Kamilla nie tłumaczyła, za to zwróciła się do Nikki nerwowym szeptem:

 

- Proszę, daj im to, czego chcą. Nie wyobrażasz sobie, co ci zrobią, jeśli odmówisz…

 

- Owszem, wyobrażam sobie. I jestem na to gotowa.

 

- A one? Pozwolisz, by też cierpiały?

 

- Nic nie wiedzą, a Hill o tym wie. Nie ma powodów, by je torturować.

 

Kamilla skrzywiła się słysząc to słowo wypowiedziane na głos. Była z niej dobra kobieta, ale jasne było, że nigdy wcześniej nie miała do czynienia z wojną czy chociażby polityką. Może udałoby się jakoś wykorzystać tę dobroć?

 

- Kamilla, słuchaj, chcesz pomóc, prawda? - Nikka delikatnie złapała ją za ramię - Więc powiedz mi proszę, o czym oni rozmawiają.

 

Tłumaczka spojrzała na pogrążonych w rozmowie mężczyzn. Otworzyła usta, ale nic nie powiedziała. Bała się, albo jednak miała dość rozumu, by nie zdradzić swojego władcy. Nikka spuściła głowę. Szanowała Kamillę na tyle, by przestać ją naciskać.

 

President spróbował jeszcze raz.

 

- Pani Selina, nie będę kłamał: w tej chwili amerikańscy żołnierze walczą na dwóch wojnach z dala od domu. Walczą i giną, a ja zrobię wszystko, żeby wygrali i żeby zginęło ich tam jak najmniej, rozumie pani. Wygląda na to, że technologia zastosowana w pani statku może mi w tym pomóc, więc zrobię wszystko, żeby ją zdobyć, rozumie pani?

 

Nikka wysłuchała tłumaczenia tej przemowy, po czym wyprostowała się, wystąpiła do przodu - tylko trochę, pół kroku, żeby nie sprowokować strażników. Spojrzała Buszowi prosto w oczy i zaczęła mówić, powoli, spokojnie, ale stanowczo, żeby zakończyć ten temat raz na zawsze.

 

- Ten statek nie jest mój, to własność Wojsk Królestwa Akurii, więc nie mam prawa nim dowolnie rozporządzać. Co więcej, jeśli wam go oddam, będzie to oznaczać zdradę mojego kraju. A ja nie jestem zdrajczynią, i nigdy nią nie będę. Pan, jako… - tu chwilę się zawahała, uciekło jej właściwe słowo - przywódca kraju na pewno to rozumie, mister prezident - zakończyła, i znów musiała się powstrzymać przed ukłonem, tak silna była aura władzy otaczająca stojącego przed nią mężczyznę. Albo przynajmniej tak jej się w tej chwili wydawało.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania