Pokaż listęUkryj listę

Niewłaściwy kolor nieba - rozdział 38

Oczywiście, wszystkie niepowodzenia Firma zwaliła na niego. Mógł sobie do woli wmawiać, że to wina Selino, ale znał prawdę: po prostu nie docenił tej małej szalonej dziewuchy. Wściekał się więc na siebie, za to, że zdjęto go z Operacyjnego i przeniesiono do Analiz, za to, że przez kilka lat może zapomnieć o jakimkolwiek awansie. Praca coraz bardziej przestawała mu się podobać, do tego stopnia, że nawet zaczął myśleć o przejściu do sektora prywatnego. Przełożeni odcięli go od nowych informacji o amarskich dziewczynach, ale pracował w branży wystarczająco długo, by mieć swoje prywatne dojścia. W ciągu kilku miesięcy rozmawiał z paroma osobami i wszyscy twierdzili mniej więcej to samo: nikt nie wiedział, co z nimi zrobić, więc nie robiono nic.

 

W końcu prawie przestał o tym myśleć, los tych trzech aż tak bardzo go nie obchodził. Ale pozostawała jeszcze jedna, ważna kwestia, jego nowa religia. Czasem Hill po prostu o tym zapominał, budził się rano, wstawał jak gdyby nigdy nic, nastawiał ekspres, jadł coś… Jednak w pewnym momencie to wracało, zdumiewająco żywe i bolesne wspomnienie jak dotąd jedynego w życiu momentu, w którym doświadczył czegoś nadprzyrodzonego. Nigdy nie był specjalnie wierzący, chociaż przecież wychował się w rodzinie całkiem przykładnych metodystów. Teraz miał do dyspozycji nie tylko swoje wizje, halucynacje, czy jak je tam zwać, ale dwa jak najbardziej namacalne dowody na istnienie amarskich bogów - nagranie z pierwszego przesłuchania Nikki i zatrzymaną fuzję jądrową w reaktorze na obcym statku, który pewnie dalej stoi na lotnisku w Hanscom. Przypominał sobie, że i Inga, i Nikka mówiły kiedyś, że nie za bardzo przejmowały się bogami, bo szanse, że ich modlitwy zostaną wysłuchane, była niewielkie. Istniał więc akceptowalny model zachowania, który zakładał minimalizację roli religii, i właśnie tak Hill postanowił dalej żyć.

 

Nie było mu to jednak dane i przekonał się o tym, a jakże, w bolesny sposób. W ostatni dzień marca zmarł mu ojciec. Nie było to wielkim zaskoczeniem, staruszek był po udarze i stan jego zdrowia już od dłuższego czasu pozostawiał wiele do życzenia. Hill wymigał się od przyjazdu na święta, ale od pogrzebu już nie dałby rady, siostra urwałaby mu głowę, zresztą sam też chciał pożegnać ojca. Pojechał więc do Reading, na szczęście to tylko trzy godziny jazdy z Nowego Jorku.

 

Ceremonie pogrzebowe zawsze są do siebie podobne, ta różniła się tym, że chowano kogoś, kogo znał. Ale czy naprawdę znał ojca? Opuścił dom wcześnie, zaciągnął się do wojska i bardzo szybko stał się samowystarczalny. Wyjeżdżał z kraju często i na długo, a kiedy wracał, miał mało czasu na składanie wizyt rodzinie. Widywali się więc rzadko i raczej nie z jego inicjatywy. Mimo wszystko zawsze darzył ojca szacunkiem, bo był on po prostu poczciwym, dobrym człowiekiem. Wiedział też, że staruszek był z niego dumny i chętnie chwalił się tym, że jego syn służy ojczyźnie. Hill oczywiście nie wtajemniczał go nigdy w szczegóły, dla rodziny był tylko attaché wojskowym w ambasadzie w Pradze.

 

Na cmentarzu ogarnęło go więc swego rodzaju wzruszenie. Odruchowo zaczął się modlić razem z pastorem i wtedy znów to poczuł - uderzenie gorąca ogarniające go od środka. To samo działo się z nim, kiedy stał naprzeciw tego boga… Zaczęło mu się kręcić w głowie, dotknął szybko czoła, rozpalone jak jasna cholera. Jak tak dalej pójdzie, to zaraz zemdleje. Na domiar złego poczuł jeszcze kłucie w prawym uchu, ból, jakby ktoś wbijał mu tam gwóźdź. Powstrzymał się, by nie syknąć i nie złapać się za głowę.

 

Świadomy, że wszyscy na niego patrzą, odszedł znad grobu ojca w bardziej ustronne miejsce. Oparł się o drzewo i pomasował skronie, ale niewiele to pomogło. Na czoło wstąpił mu pot, oddychał płytko, zawroty głowy nasiliły się... Przypomniał sobie tamte chwile, kiedy nadprzyrodzona siła krzyczała mu prosto do umysłu, a potem wymusiła posłuszeństwo. Nigdy w życiu tak się nie bał, ale potem, kiedy poddał się woli tego dziwnego boga, było już trochę lepiej. Teraz jednak nic się nie poprawiało i naprawdę, zaraz stąd odleci. Chyba, że…

 

Reed, czy ty jesteś zazdrosny? - pomyślał, i to była jego pierwsza modlitwa do nowego boga. - Chciałem tylko uczcić pamięć ojca, nie wiedziałem, że mi tego nie wolno.

 

Chyba działało, bo ból w uchu nieco zelżał.

 

Nie będę tego więcej robić, dobrze? Przepraszam Reed, panie Reed - przypomniał sobie, jak tytułowała go Nikka - nie chciałem cię obrazić, przepraszam…

 

Teraz mógł oddychać normalnie i myśleć jasno, gorączka jednak nie ustąpiła do końca. Wciąż był też osłabiony i nie zauważył siostry, która przyszła sprawdzić, co się stało.

 

- Alex, wszystko ok? - drgnął na dźwięk swojego prawdziwego imienia. Używał go tak rzadko, że niemal zapomniał, że się tak nazywa. - Dobrze się czujesz?

 

Patrzyła na niego podejrzliwie. No tak, z jej perspektywy wyglądało na to, że się rozkleił, a na pewno nie zakładała, że to on będzie potrzebował wsparcia. Podziękował za troskę, wytłumaczył się gorszym samopoczuciem i razem wrócili do żałobników. Potem stwierdził, że musi bardziej uważać na swoje zachowanie, bo z amarskimi bogami nie ma żartów, a jeden z nich najwyraźniej ciągle miał go na oku.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania