Pokaż listęUkryj listę

Niewłaściwy kolor nieba - rozdział 34

Śmiertelna nie ma racji.

 

Nieśmiertelni słyszą jej modlitwy, jednak nie będą wysłuchiwać każdej z nich.

 

Mają swoje własne zajęcia.

 

Zielone oczy jednak patrzą na śmiertelną, podoba im się to, co widzą.

 

Widzą też śmiertelnika.

 

Jeszcze nie słyszą jego modlitw, ale czują, że często o nich myśli.

 

Śmiertelnik jest ciekawy, myślą zielone oczy.

 

Dziś w nocy nie umrze.

 

***

 

Biel bardzo powoli ustępuje spod powiek, jej miejsce zajmuje ciemność. Jak to możliwe, że jest w stanie o tym myśleć, przecież miała nie żyć. Jednak czuła się zaskakująco dobrze jak na trupa, nic ją nie bolało, ręce miała wreszcie wolne. Dotknęła nadgarstków: tak, kajdany zniknęły. Pod palcami czuła zadrapania i strupy. Naciskała je, ale nie było bólu, jakby ręka była zdrowa. Szkoda, że nie mogła nic zobaczyć. Ciemność była tak gęsta, że wręcz fizycznie napierała na oczy. Pod stopami miała coś twardego, kamień lub to szare tworzywo, z którego na Erf robiono drogi.

 

Coś zaczęło rozjaśniać mrok, czerwone pulsujące światło, ale nie była w stanie określić jego źródła. Po lewej stronie jednak coś zobaczyła, właściwie kogoś. Ta męska sylwetka wydała się znajoma…

 

- Hill? - zapytała niepewnie. Dziwne, myślała, że głos poniesie się echem, ale był stłumiony.

 

- Selino? - odpowiedział, równie zaskoczony. Podszedł bliżej, rozglądając się uważnie. - Czy ty możesz wyjaśnić mi, co się stało?

 

- Ja chciałam tylko umrzeć razem ze statkiem - wróciła do swojego normalnego tonu i zachowania. Koniec z uniżonością i wbijaniem wzroku w podłogę.

 

- A więc to jednak był reaktor…

 

Błysnęło, jakby ktoś rozpalił wielkie ognisko, oboje odwrócili się w jego stronę. Nikka niemal natychmiast upadła na kolana skłaniając głowę nisko, naprawdę nisko. To był Pan Reed, ukazał się w postaci z grubsza podobnej do ludzkiej, lecz wielkości dwóch porządnych kamienic, utkanej z ognia, dymu i magmy. Przez dosłownie ułamek sekundy patrzyła w jego olbrzymie zielone oczy i była pewna, że nie zapomni tego do końca życia.

 

Panie, dzięki ci za tę łaskę, dziękuję, że mogłam cię ujrzeć. Zrobię wszystko, co zechcesz, Panie, przecież wiesz, czekam tylko na twój rozkaz - modliła się żarliwie, nie usłyszała jednak głosu swojego boga. Zamiast tego ogarnęło ją przeświadczenie, że będzie żyć, i że jeszcze będzie latać Płaszczką. Było tak silne, że aż popłakała się ze wzruszenia. Nie ustawała w podziękowaniach, zauważyła jednak kątem oka, że Hill w końcu też uklęknął, a na posadzkę tuż obok jego prawego kolana powoli zaczęły skapywać krople krwi. Wydawało jej się, że bóg zwraca na niego całą swą uwagę. Może to właśnie z Hillem chciał porozmawiać.

 

Nie odważyła się zerknąć na Pana Reeda, oprócz otuchy budził w niej też strach. Próbowała przekazać mu w modlitwie całą wdzięczność i radość, które zdawały się ją wręcz przepełniać. Nie zauważyła, że robi się coraz cieplej i coraz ciężej jej oddychać. W końcu straciła przytomność.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania