Pokaż listęUkryj listę

Niewłaściwy kolor nieba - rozdział 31

Musiała zasnąć, bo obudził ją Czarny. Ile czasu minęło? Nie miała pojęcia. Przyniósł jedzenie, kawałek mięsa i warzywa polane sosem i wciśnięte do przekrojonej na pół bułki. Jadała to już w tym świecie. Do tego był jeszcze jeden kubek czarnego słodkiego napoju.

 

- Dziękuję - powiedziała. Wciąż była ochrypnięta, ale myślała, że będzie gorzej. Gardło bolało, głos jednak brzmiał nieźle jak na kogoś, kogo próbowano wielokrotnie utopić.

 

Czarny najwidoczniej czekał, aż skończy jeść, ale ona się nie spieszyła, bo przełykanie bolało.

 

- Nikka? - zagadnął ją w końcu.

 

- Tak, Nikka - wskazała ręką siebie - A ty? - wskazała na niego.

 

- Dżonatan, ajem Dżonatan.

 

- Dżonatan - powtórzyła, co wyraźnie sprawiło mu przyjemność. Chce się z nią zaprzyjaźnić, czy co?

 

Zrobił krok w jej stronę, odruchowo odsunęła się i ciaśniej owinęła kocem. Nie musiała udawać strachu, wystarczyło przypomnieć sobie jak nachylał się nad nią i zakrywał twarz koszulą…

 

Cofnął się, spłoszony jej reakcją. Już bez słowa podniósł pusty kubek i papierowy talerz, które odstawiła na podłogę jak najdalej od siebie. Wymamrotał coś po swojemu i odszedł, ryglując za sobą drzwi.

 

Bułka z mięsem była ciepła i pierwszy raz w tej celi nie było jej zimno. No, może trochę jeszcze ciągnęło od podłogi, ale koc był gruby i dało się wytrzymać. Oczy same zaczęły się zamykać… Kaszlnęła jeszcze kilka razy i znów zapadła w sen.

 

- Selino? Hej, Selino, słyszysz mnie? - ktoś szarpał jej ramię. - Jesteś cała rozpalona…

 

Powoli podniosła głowę, ale zaraz opuściła ją z powrotem na podłogę. W skroniach jej łupało, w gardle zaschło. Nie chciała wstawać. Niestety musiała, bo na dodatek zaatakował ją jeszcze suchy kaszel.

 

Ktoś - Hill, oczywiście to był Hill, któż by inny - pomógł jej usiąść i przytrzymał, gdy kaszlała. Dotykał jej czoła i policzków, a dłonie miał tak przyjemnie zimne… Mówił coś, ale nie do niej, bo nie zrozumiała ani słowa. Położył na jej dłoni kilka białych pastylek. Patrzyła na nie, to na niego.

 

- Połknij, to leki. Jesteś chora. Masz, popij - wyciągnął w jej stronę odkręconą butelkę z wodą. Na ten widok serce zaczęło jej szybciej bić, źrenice się rozszerzyły.

 

- Woda, nie… - jęknęła.

 

Nie przejął się tym, po prostu wcisnął butelkę do drugiej ręki i jeszcze raz kazał wszystko połknąć. Tak, miała udawać, że jest mu posłuszna, wzięła więc pastylki i wypiła wodę do końca.

 

- Teraz zastrzyk, daj rękę.

 

Również nie protestowała. Tym razem strzykawka była mniejsza, a płyn w środku przezroczysty. Faktycznie nie czuła się dobrze, oby te leki coś dały.

 

- No Nikka, powiedz coś.

 

- Coś… - wymamrotała.

 

- Bardzo śmieszne. Imię, nazwisko, stopień! - prawie krzyknął.

 

- Nikka Selino, komandor… - odchrząknęła. - Komandor Armii Wyzwoleńczej Królestwa Akurii. I proszę, nie śmiej się z mojego stopnia, ciężko na niego zapracowałam.

 

- Opowiesz mi innym razem. Możesz wstać?

 

Spróbowała. Mogła, ale nie zrobiła tego ani szybko, ani sprawnie.

 

- Dobrze. Daj koc, chodźmy. Powoli, ty pierwsza. I nie próbuj uciekać, bo w tym stanie i tak daleko nie zajdziesz, a ja ci później złamię nogę, tak dla pewności, rozumiesz?

 

- Tak, panie Hill.

 

Weszła po schodach, Hill zaraz za nią. Złapał ją za ramię i pociągnął w prawo, do białych drzwi i znajdującego się za nim pokoju. Rozejrzała się. Okno było zasłonięte kraciastym materiałem, ale i tak widać było, że na zewnątrz jest ciemno. Minął więc co najmniej jeden dzień. Może dwa? Nie miała pojęcia.

 

Najważniejsze jednak było to, że w pokoju stało łóżko, normalne łóżko z białą pościelą, trochę większe od tego, w którym sypiała na hali. Nie dowierzała, kiedy Hill kazał się jej w nim położyć.

 

- Ręka Nikka, rozumiesz, że nie mogę cię tu tak zostawić - powiedział z żalem w głosie.

 

Przytaknęła, rozumiała. Podała mu lewą rękę, przykuł ją kajdanami do metalowego wezgłowia. Wezwał Dżonatana i kazał mu coś przynieść, bo po chwili tamten wrócił z czarną torbą. Hill przez chwilę czegoś w niej szukał, w końcu wyjął: butelka z przezroczystym płynem, jakieś rurki z tworzywa. Coś podobnego do igły…

 

- Może zaboleć, nie jestem w tym dobry. Ale to lekarstwo, nie ruszaj się i nie wyrwij rurki. Bo będę musiał cię lepiej przywiązać.

 

- Dobrze, panie Hill.

 

Zapalił sobie dodatkowe światło i zaczął oglądać żyły na jej lewym przedramieniu. Wybrał odpowiednie miejsce i polał je płynem dezynfekującym. Wyjął to dziwne coś z opakowania i zobaczyła długą igłę. Odwróciła wzrok. W drzwiach stał Dżonatan i przyglądał się, na pozór obojętnie, ale gdyby go to nie ciekawiło, to przecież by sobie poszedł. Spojrzała więc na ścianę, pomalowaną na żółto dawno temu, bo teraz zdobiły ją plamy i pajęczyny.

 

Hill w końcu wbił się w jej ramię, i owszem, zabolało. Czuła, że coś tam jeszcze przykleja, sprawdza.

 

- Powinno być dobrze - oświadczył w końcu, a Nikka odważyła się spojrzeć. Z ręki wystawało jej coś jakby zawór z przezroczystego i różowego tworzywa.

 

- Co to jest? - spytała autentycznie zaciekawiona. Hill nie odpowiedział od razu.

 

- Nie wiem jakby to było po twojemu… Jeśli nie wiesz, co to, to chyba tego nie macie. U nas to kanula. Działa trochę jak strzykawka wbita na stałe w żyłę. Będę mógł dać ci to - pokazał jej butelkę, którą właśnie próbował powiesić na lampie na kawałku bandaża. Potem jeszcze rozłożył rurkę, sprawdził, czy ciecz dobrze przez nią leci, aż w końcu wetknął ją do zaworu, tej kanuli. Obejrzał wszystko jeszcze raz i chyba był zadowolony ze swojej pracy. Nie była pewna, bo właśnie zasypiała.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania