Pokaż listęUkryj listę

Niewłaściwy kolor nieba - rozdział 37

Stało się tak, jak przypuszczała Nikka: Amerikanie trochę im odpuścili. Na początku kolonel Margareti odwiedzał je jeszcze dość często, ale z biegiem dni pojawiał się coraz rzadziej. Erik i Kamilla przychodzili prawie codziennie. Ona narzekała trochę, że zebrała tu tyle materiału do badań, ale wojskowi zabronili jej cokolwiek opublikować. On zdecydowanie zbyt często rozmawiał z Ingą ignorując resztę, ale Nikka udawała, że tego nie widzi. Niech przynajmniej oni mają trochę rozrywki.

 

Dla samej komandor Selino bezczynne siedzenie w hali było dziwne. Trafiały się dobre dni, kiedy chętnie uczestniczyła w rozmowach, śmiała się, wygłupiała i z przyjemnością słuchała śpiewu Ingi. Większość dni mijała przeciętnie, trochę razem, trochę osobno. Wtedy często nachodziła ją ochota na sprzątanie, sprzątała więc ich niewielką łazienkę, trzepała pościel i słała łóżka po swojemu, kilka razy przecierała stół. Chętnie zrobiłaby coś jeszcze, może uszyła prostą suknię? Nigdy nie przypuszczała, że będzie jej brakować szycia, zawsze uważała to za żmudne i nudne zajęcie. A tu proszę, teraz chciałaby machać igłą dla rozrywki. Niestety tutaj nie było za wiele do roboty, nikt też nie przyniósłby jej ani tkaniny, ani przyborów. Zabijała więc czas modlitwą, obserwacją chmur czy nieco obojętną konwersacją z dziewczynami. Dni robiły się coraz krótsze, a noce coraz zimniejsze. W końcu zauważyły, że na zewnątrz pada śnieg, a niebo zasnute ciężkimi chmurami ma wreszcie właściwy, szary kolor.

 

Były też złe dni, kiedy o poranku przez długie minuty musiała przekonywać samą siebie, że jednak warto wyjść z łóżka. Tak łatwo było jej wtedy zapomnieć, że tu dowodzi i swoją postawą musi dawać dobry przykład. Tak łatwo byłoby po prostu siedzieć, patrzeć w przestrzeń nieobecnym wzrokiem i raz po raz przeżywać tamte chwile z tamtej piwnicy… Czasem, kiedy jednak pozwalała sobie na moment słabości, zdawało jej się, że gdzieś na granicy pola widzenia majaczy jej pociągła, surowa twarz Itana Hilla, który patrzy na nią jakby była córką, na której srogo się zawiódł jako ojciec.

 

Kalia i Inga nauczyły się rozpoznawać te gorsze dni i dawały jej wtedy spokój. Czasem trwało to tylko kilka godzin, czasem dłużej, ale w końcu zbierała się w sobie i z większym entuzjazmem dołączała do ich codziennej rutyny. Na zewnątrz robiło się jakby cieplej, częściej świeciło słońce, o poranku i wczesnym wieczorem słyszały śpiew ptaków. Przyroda odżywała, zaczynał się kolejny rok odwiecznego cyklu zmian. I tylko one, trzy dziewczyny z Amaru uwięzione w tym niezbyt przyjaznym świecie, trwały pozornie bez celu i bez ruchu.

 

Nie mogło obyć się bez tarć. Raz Nikka spędzała w łazience wyjątkowo dużo czasu, bo okres okazał się być bardziej bolesny niż zwykle. Ciepła woda pomagała i najchętniej zostałaby pod prysznicem cały dzień, no ale w końcu trzeba było stamtąd wyjść. Na hali zobaczyła dziwną scenę: Inga i Kalia nagle zamilkły, niemalże odskoczyły od siebie, a ich spojrzenia były pełne niechęci. Wyglądało na to, że dziewczyny się pokłóciły, i to dość ostro. Nikka spodziewała się wielu rzeczy, ale nie tego. Zawsze były ze sobą blisko, więc ta awantura nie wróżyła niczego dobrego. Nikka postanowiła zainterweniować, zanim konflikt uprzykrzy życie im wszystkim.

 

Podeszła do nich zdecydowanym krokiem i zapytała:

 

- Czy możecie wyjaśnić mi, co się tu właściwie stało?

 

- Nic, nieważne - mruknęła Kalia i zaczęła odwracać się, by odejść.

 

- Stój młoda. To nie wyglądało jak nic.

 

- Nic się nie stało, Nikka. To nasza sprawa - niespodziewanie wsparła ją Inga.

 

Nikka tylko przewróciła oczami. Tak się chcecie bawić? Więc trzeba będzie to rozegrać inaczej. Przypomniała sobie Irriego Setiena, jedynego prawdziwego oficera, którego dobrze poznała w czasie wojny. Irri był co prawda tylko kapitanem, i to takim bez własnego statku, ale miał duże ambicje, w realizacji których przeszkodziło mu tylko niskie pochodzenie i wojna. Teraz mógł jednak na tym zyskać, w końcu to on zorganizował całą Armię Wyzwoleńczą w stolicy i jej mieszkańcy go uwielbiali, choć oczywiście ze względów bezpieczeństwa nie wiedzieli o nim praktycznie nic. Mogło też się okazać, że jego nowy stopień admirała, który właściwie sam sobie nadał, będzie tak samo bezużyteczny, jak komandor Nikki. Co by się nie działo, przez ponad rok był jej przełożonym, i wszystko, czego zdołała się nauczyć o dowodzeniu ludźmi, zawdzięczała właśnie jemu.

 

Przypomniała sobie jego postawę i ton głosu, którym łagodził spory pomiędzy podległymi mu oficerami, którzy w gruncie rzeczy byli bandą młodzików zafiksowanych na punkcie bicia Murkey. Karcący, ale bez złości, no bo w końcu wszyscy mieli wspólny cel.

 

- Starsza mat Warez, czy ja muszę wydać ci rozkaz, żebyś powiedziała, co tu zaszło?

 

Ingę chwilowo zamurowało. Tak, przez kilka miesięcy żyły tu jak cywile, ale to nie oznacza, że mogą zapomnieć o wojnie. Wyprostowała się i zaczęła mówić patrząc w jakiś punkt ponad ramieniem Nikki.

 

- Nie, pani komandor. Przepraszam pani komandor. Już mówię, jak było…

 

Nikka przerwała jej uniesieniem dłoni.

 

- Dobra Inga, nie musisz składać mi raportu. Usiądźmy i szczerze porozmawiajmy. Wiecie przecież, że nie możemy być ze sobą skłócone. I nie ma tu czegoś takiego jak wasze prywatne sprawy. Siedzimy tu razem, nie mamy dokąd przed sobą uciec. O cokolwiek się pokłóciłyście, to i tak wyjdzie, i tak się dowiem. Wyjaśnijmy więc wszystko od razu, tak będzie najlepiej.

 

Może trochę niechętnie, ale poszły z nią do stołu i usiadły.

 

- Powiedziałam, że ma być szczerze, więc zacznę - kontynuowała. - Nie jesteście głupie, widzicie, co się czasem ze mną dzieje. Mam… wątpliwości. Zastanawiam się, dlaczego jeszcze żyję, skoro jestem całkowicie bezużyteczna. Czy nie lepiej byłoby, gdybym zginęła dawno temu robiąc coś dobrego. To są głupie myśli i wiem, że żywa przynajmniej mogę jeszcze coś zdziałać, ale są takie natrętne… Przegnanie ich zajmuje mi czasem trochę czasu. - Czasu, w którym myślała przeważnie o najgorszym, ale tego już nie powiedziała głośno. Szczerość jednak powinna mieć jakieś granice. - Wiem, że siedzimy tu pozornie bez sensu i nudzimy się strasznie. Wiem, że wszystkie chciałybyśmy wrócić do domu, jednak dalej nie widzę takiej możliwości. Nie dość, że nadal jesteśmy pod strażą, to jeszcze reaktor Płaszczki wybuchł, nie mamy więc jak czym odlecieć. To są moje problemy, raz bezsilność, raz złość nią wywołana. Próbuję nad nimi zapanować, chyba mi się udaje, ale chcę, żebyście o tym wiedziały i pomogły mi, jeśli przestanę sobie radzić.

 

Specjalnie użyła słowa “jeśli” zamiast “kiedy”, ale nie miała złudzeń, jeśli będą tu dalej zamknięte, kiedyś nadejdzie ten najgorszy dzień i stanie się z nią coś naprawdę złego.

 

- A teraz słucham, jaki wy macie problem?

 

Dziewczyny popatrzyły na siebie. Kalia trochę demonstracyjnie skrzyżowała ręce na piersi, dając tym samym sygnał, że nie zamierza mówić pierwsza. Chcąc nie chcąc odezwała się więc Inga:

 

- Właściwie nasz jest bardzo podobny do twojego. Nie chciałam cię tym martwić, ale masz rację, i tak by w końcu wyszło - rzuciła Kalii wymowne spojrzenie. - Panna Lin-Mollari sugerowała mi, że jesteś nieudolna i nie potrafisz zabrać nas do domu, więc to ja powinnam przejąć dowództwo i, tu cytuję, “zacząć wreszcie coś robić”. Odmówiłam, oczywiście, jako że całkowicie zgadzam się z twoją oceną naszej sytuacji - wyrzuciła to z siebie dość oficjalnym tonem, po czym zamilkła, czekając na reakcję Nikki.

 

Ach, więc chodziło tylko o to. Kalia już kiedyś miała takie pretensje. Przez chwilę myślała, że może jej towarzyszki nagle zapałały do siebie nienawiścią i nie będą w stanie na siebie patrzeć.

 

- Kalia - zwróciła się do wciąż naburmuszonej dziewczyny - to normalne, że chcesz działać. My też chcemy, ale widzimy, że lepiej będzie odłożyć to działanie na lepszy moment. Ta cała sytuacja nie może przecież trwać wiecznie. I teraz Kalia, wyobraź sobie, że wracam do domu za rok, dwa czy pięć, jadę do Ellis i staję przed twoją rodziną. Są tam twoi rodzice, babcia, brat, nawet ci kuzyni, o których kiedyś nam opowiadałaś. Jak myślisz, co woleliby usłyszeć? “Proszę, oto wasza Kalia, spisała się naprawdę dobrze, chociaż było nam ciężko” czy “Przykro mi to mówić, ale wasza Kalia zginęła w trakcie próby ucieczki”?

 

To pytanie chyba dało jej do myślenia, bo zwiesiła głowę i nawet nie próbowała się tłumaczyć. Nikka nie chciała kończyć w tak pesymistyczny sposób, więc dodała jeszcze:

 

- Ale wiecie, jeśli wymyślicie jakiś fajny plan, to od razu przyjdźcie z nim do mnie, będziemy kombinować. Przecież nie mam zamiaru siedzieć tu nie wiadomo jak długo.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • wolfie miesiąc temu
    Czyżby Nikka popadała w depresję? Mam nadzieję, że się z tego "wyliże" i będzie miała siły do działania. Rozdział jak zawsze interesujący, śledzę Twoją opowieść cały czas, czasami tylko po prostu nie zostawiam komentarza :)
  • Vespera miesiąc temu
    Po takich przejściach każdy byłby mniej lub bardziej zmieniony. Na szczęście dziewczyna ma silne poczucie obowiązku, które raczej nie da jej się załamać...

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania