Z rozmaitości Czarownika Farloka: Wiele trupich oddechów i pogrzeb cz.3
Kariewel był człekiem sędziwego wieku w skali ogólnej według spisu powszechnego zejść lokalnych, wyjętego z zamiejscowych placówek archiwizacyjnych. Mimo to, dodatkowo pogrążony w żałobie po swym ojcu miłościwym, wciąż odczuwał sporadyczne przypływy chuci i potrzebę ruchu posuwisto zwrotnego z wykorzystaniem urodziwej kurtyzany na pięterku lokalnej karczmy. Kiedy więc odprawił swą matkę do chałupy, a następnie podał jej specjalny napar ziołowy wzbogacony kroplą ekstraktu sennego sporządzanego z potu Lulajberbecia, oddalił się od domostwa rodzinnego, kierując uwagę ku karczmie w miasteczku. W drodze wspominał z rozrzewnieniem kilka radosnych chwil wzbogaconych uśmiechem Patryceusza, które to zgodnie z tradycją należało rozpamiętywać najmniej dwa dni po pochówku. Nie było ich wiele, dlatego Kariewel wracał myślami do tych samych scen, powtarzając je pod koniec w lekkim już znudzeniu. Na ostatniej prostej do karczmy obrazy utemperowały jego ostrożność w stopniu wystarczającym aby o mało nie wyrżnął łepetyną w kolumnę podtrzymującą zadaszenie karczemnej werandy. Stojący obok w lekkim rozkroku i w stanie znacznego złagodzenia obyczajów mieszczańscy kupcy niskiego szczebla prychnęli na ten widok obleśnie.
– Pomnij na tego paszkwila zawszonego, Irwynie! – zawołał donośnie jeden z nich, nieomal krztusząc się dośmiertnie wzbogaconym wodą źródlaną browarem.
– Stare, osiwiałe, ale chędożyć każdemu wolno. Byle w drzwi trafił, a potem… – nie dokończył, bowiem rubaszna potrzeba rechotu przeważyła i na raz obaj na powrót wybuchnęli śmiechem, kładąc się w końcowej fazie pośród usypanych górek końskiego łajna pod karczmą.
Kariewel minął mieszczuchów z wyraźną pogardą wymalowaną na nieogolonej twarzy, po czym zniknął w wejściu karczemnym. Wewnątrz panował nielichy raban, bowiem trójka małorolnych kmieciów bezzębnych z objawami początków reumatyzmu skoczyła sobie do parchatych gardeł. Powód jak zwykle był błahy i z punktu widzenia obserwatorów nieistotny. Liczyło się widowisko, krwawe mordobicie oblane sosem słownych utarczek i klątw rzucanych na swe dziatki, matki, żony, kochanice. Kariewel przyglądał się zamieszaniu rozpamiętując z rozrzewnieniem młodzieńcze lata, kiedy to wybryki ponad prawem mnożyły się bez liku. Sam w owym czasie, będąc młodzieńcem z czupryną zadbaną, uzębieniem niemal pełnym i bystrym spojrzeniem omitającym każde wydatne krągłości kobiecie, nie stronił od starć w imię nudy i przeciwdziałania jej. Wraz z kompanami po fachu nieróbstwa błogiego dobywali służalczych a zapijaczonych kmieciów pod karczmami i przybytkami rozpusty. Westchnął syn Patryceusza ciężko, wiedząc iż czasy te odeszły w niebyt, a zajmą je uporczywe problemy z prostatą i niemożność udziału w spółkowaniu.
***
Czarownik Farlok ocknął się z nierównego i pełnego dziwacznych tworów umysłowych snu w środku nocy. Za ścianą słyszał pokorne kwilenie niewiasty w charakterze kurtyzany i nieco bardziej zgryźliwe odgłosy jej adoratora. Nie sądził jednak, iż były one powodem wczesnego przebudzenia. Otarł wciąż zaspane oczy i zasiadł na skraju łoża. Było niewygodne i skrzypiało. Na stoliku stoczonym przez robactwo drewnolubne stała manierka z wodą. Upił dwa łyki, po czym wstał i podszedł do okienka wychodzącego na miasteczko. Otulone płaszczem nocy budynki spały twardo. Nieliczne latarnie na głównym trakcie delikatnie rozbijały ciemne płótno mroku. Po chwili umizgi z pokoju obok nasiliły się i przerodziły w miarowy rechot oraz jęki. Teoretyk wiedzy magicznej obruszył się nie na żarty, zwłaszcza iż był wciąż niewyspany, a sen na domiar złego odszedł i wrócić nie chciał. Wybył więc czarownik na korytarz i bez zapowiedzi wtargnął do komnaty obok. W pierwszej chwili ujrzał jedynie pannicę roznegliżowaną z wyraźnym liszajem w okolicach ust, okrywającą swój dobytek cielesny tanią pościelą. Adorator początkowo skrył się za plecami kurtyzany, jednak po chwili i jego oczy Farloka zarejestrowały.
– Jak śmiesz mi przerywać, nicponiu bałamutny? – obruszył się Kariewel, wkładając odzienie.
Czarownik przyglądał się ojcu z zażenowaniem i odrazą. Widział, iż w oczach rodziciela wciąż tli się wymierna a nie spożytkowana chuć.
– Mógłbym rzucić owe oskarżenia również w twoim kierunku, ojcze. Kwilosz zadziornie jak koźle prowadzone na rzeź. Przeto sen mój odpłynął i wysłuchiwać tego żałosnego jazgotu nie zamierzam.
Kariewel odprawił gestem białogłową i zwrócił swą uwagę w stronę syna.
– Nie twój interes co wyczyniam i gdzie. I nie twój by nos wściubiać, kiedy zażywam odprężenia.
– Zażywaj do woli, a nadto po wszystkim zemrzyj w bólach syfilisu. Mi jedynie o sen zdrowy się rozchodzi, a tego odebrać ci nie pozwolę.
Kariewel zbliżył się do Farloka pewnym krokiem z wypiętą piersią.
– Pamięć mego ojca została uczczona wymiernie. Dlaczego więc na niedolę moją wciąż w okolicy pozostajesz, smród swój i zabobon rozsiewacz, a nadto mi życie zatruwasz? Pędź precz!
Teoretyk wiedzy magicznej z trudem powstrzymał napad furii skutkujący bolesnym obiciem lica Kariewela. Szykował za to soczystą ripostę słowną, lecz finalizację przeszkodziła mu kolejna rozróba w karczmie, tym razem jednak o charakterze paniki nie skoordynowanej.
***
Widok był godny pożałowania i dla wielu nie do przełknięcia bez desantu treści żołądkowej. Kiedy teoretyk wiedzy magicznej wybiegł z komnaty zaalarmowany żywiołowym rozruchem o charakterze chaosu ludu najniższego sortu, na schody prowadzące ku piętru rozkoszy i kwater sypialnych wbiegł nieborak na skraju żywota. Wyglądało, iż to kmieć bezrolny, zapuszczony, umorusany a nadto wręcz śmiertelnie już poraniony. Cóż tu dużo mówić, łachmyta na łasce pańskiej nie miał prawego ucha, sporej części skóry na twarzy, tak że lewe oko groteskowo przypominało kulisty dodatek erogenny obleczony krwią i mięsiwem ludzkim. Coś oderwało mu również prawą rękę. Tak ograbiony z pożytecznych części swego ciała, jakie miał zamiar posiadać dożywotnio, wparował tuż przed Farloka, zaskamlał żałośnie i padł trupem, chwilę jeszcze drgając w pośmiertnych konwulsjach. Czarownik nachylił się nad truchłem z grymasem zainteresowania tematem. W tym samym czasie z komnaty za magiem wybył Kariewel. Nadal rozsiewał wokół aurę niechęci wobec młodszego syna. Wzrokiem torpedował jego plecy dopóki nie ujrzał trupa leżącego pod stopami teoretyka wiedzy magicznej.
– Ty parszywy ludobójco! – krzyknął w stronę Farloka.
– Ucisz żesz gębę, ojcze. Nie moje to dzieło, ale, co gorsza, ni w ząb nie pojmuje kto urządził w tak dobitnie krwawy sposób tego bezrolnego nieboraka.
– Możesz łgać przed każdym, ale nie przed własnym ojcem!
– Ufam, iż zaślepiony w swym aroganckim gniewie, nie pojmiesz moich wyjaśnień. Tak więc defekuje na twą osobę brakiem uwagi w tejże chwili, tatku.
Farlok przekroczył szerokim krokiem przez ciało kmiecia i podszedł do schodów, stamtąd zauważając więcej trupów, równie okaleczonych i pozbawionych wielu należnych im części ciał. Cały zaś rumor przeniósł się na zewnątrz karczmy. W jej trzewiach wydawało się, że nikt już żyw nie pozostał, nie licząc Kariewela, Farloka i urodziwej kurtyzany z początkami próchnicy zębowej oraz liszajem. Ta ostatnia skryła się w jednej z komnat na wynajem. Tam to kwiląc w strachu skuliła się przy łożu i telepiąc jak osika wręcz zemdlała w przestrachu, kiedy do środka wszedł Kariewel.
– Nie skaml, ladacznico. Dobrze wypełniłaś swoje przeznaczenie. Masz wprawne ruchy bioder i odpowiednio operujesz nadgarstkiem, zaręczam!
– Nie chcę zemrzeć w tej oborze rozpusty! – jęknęła krzykliwie. – Mam marzenia jak i wy, panie. Wszak oboje jesteśmy…
– Nawet nie waż się kończyć! – przerwał zirytowany Kariewel. Brew nad prawym okiem uniosła mu się nienaturalnie, a oczy przeszył błysk pogardy.
– Ludźmi – dopowiedziała na przekór.
Kariewel podszedł do kurtyzany i stanął naprzeciw, górując postawą i karcąc ladacznicę spojrzeniem z nutą bezwzględnego osądu. W powietrzu zawisła groźba wymierzenia samozwańczej sprawiedliwości.
– Chciałem abyś żyła i czyniła innym dobro, jak i mnie. Lecz…
Szyba w niewielkim oknie nagle rozpadła się na kawałki, które niesione siłą rozpędu zaczęły ranić Kariewela. Do komnaty wpadła odarta ze skóry głowa niewiadomego pochodzenia. Jej martwe ślepia patrzyły się w sufit, kiedy łeb zatrzymał się w końcu zaraz po szaleńczym tańcu odbijańcu w całej izbie. Kurtyzana krzyknęła z przerażeniem, jeszcze zanim Kariewel upadł z sykiem obok łoża.
– Wracaj, wszetecznico plugawa! – ryknął, gdy białogłowa wybiegła z komnaty.
Minęła teoretyka wiedzy magicznej, starając się nie patrzeć tam, gdzie leżały trupy. Ale było tylko gorzej. Jeden za drzwiami, potem kolejne pod schodami na parterze karczmy. W końcu uznała, że najlepszym wyjściem będzie podążanie na czuja, zupełnie nie polegając na wzroku. Farlok z miną konsternacji przyglądał się jak dziewoja stawia niepewne kroki po schodach z zamkniętymi oczyma. Udała się jej ta sztuka dwa razy. Trzecia próba przypieczętowała los marzycielki. Z piskliwym okrzykiem bezradności ladacznica runęła pomiędzy dwoma ciałami bezrolnych kmieci, zaliczając lądowanie twarde, karkołomne i w rzeczy samej śmiertelne.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania