Z rozmaitości Czarownika Farloka: Wiele trupich oddechów i pogrzeb cz.4 - ostatnia
– Bieda wam mózgownice pozżerała! – krzyknął Farlok, odpędzając się od dwóch zainfekowanych jakąś dziwaczną furią połączoną ze ślinotokiem miejscowych roboli miejskich.
Posłał intuicyjnego kopa przed siebie, gdyż jeden z napastników w porze nocnej był zbyt niewyraźny w całej swej osobie, nie tylko zaślinionej mordzie. Cios był skuteczny. Natarczywy furiat splunął pod siebie a potem padł ogłuszony. Jego kompan zaś widząc zjawisko nabrał krzepy po dwakroć i począł mocniej forsować drzwi karczmy blokowane od wewnątrz przez teoretyka wiedzy magicznej i jego ojca, Kariewela. Ten drugi skarżył się na bóle kostno stawowe będące efektem wieku oraz rozliczne rany cięte, jakich doznał po ataku odłamków szyby. Sam jednak wcześniej zdołał zejść na parter, bowiem silne przekonanie natychmiastowej ucieczki tliło się w jego trzewiach obficie. Widząc jednakowoż, iż droga ucieczki została zagrabiona przez bliżej nieokiełznany lud furiatów, niechętnie dołączył do barykadowania wejścia ze swym młodszym synem.
– Wali od nich trupem z setek łokci – stwierdził obecny nestor rodu, zasiadający na tym miejscu po zejściu czcigodnego Patryceusza z Farmaki.
Teoretyk wiedzy magicznej również zaciągnął się smrodem ziemistym, zgniłym, z nutą trawy zroszonej moczem wyliniałych wyżłów. I wtem w jego wciąż młodym lecz niezbyt lotnym umyśle pojawiła się koncepcja na rozpracowanie zagadki małorolnych furiatów z silnym ślinotokiem i żądzą mordu.
***
A więc dokonało się. Oto rządne trzewi i juchy pokraki, wprost z odmętów cmentarzyska grzebalnego, zaopatrzone w furię i chorobliwy ślinotok ruszyły na żer. Postać pełna determinacji stała w tym czasie na uboczu, obserwując jak dzieło jej ust połączonych z gestami rąk i nie bez małej pomocy pradawnych zaklęć o charakterze archaicznym pełznie niemrawo w stronę zabudowań, z kolejnymi krokami przypominając sobie, o co chodzi w prastarej technice poruszania się na dwóch nogach. Zamierzał jeszcze przysiąść pod jednym rozłożystym drzewem, gdzie ponoć, wedle podań dawnych wyroczni, miało zacząć się wiele. Od tak prozaicznej scenerii przez kolejne lata tragedii i splotów niewyobrażalnie niechcianych zdarzeń, kończąc na jednym zapchlonym żywocie, które w swej naturze bezpodstawne, nieproduktywne i przeczące logice świata – mogło zaszkodzić niecnym celom cherlawych jegomości i ich zachciankom tajemnym. Po wszystkim powinien wyruszyć w dalszą drogę. Ta zaś jawiła się zarówno ekscytująco jak i monotonnie. Teraz jednak chłonął widok kroczącego za jadłem ludzkim tałatajstwa gnijącego latami na cmentarzysku dla częściowo obłąkanych.
***
– Gnębią cię falsyfikaty mądrości, synu – stwierdził z wymuszoną troską w głosie Kariewel. Sam był tym zaskoczony, z jak przesadnie czułą intonacją ojcowskiego zmartwienia wypowiedział owe słowa. Aż się przeląkł i wzdrygnął na raz.
– Nie ma innego zrozumienia poza tym. Wszak trupem od nich jedzie i faktycznie jak trupy wyglądają. W całym rozgardiaszu walki nie zwróci nikt uwagi, że te pomylone kreatury a to oka nie mają, a to wątroby czy nerki, i że z dziurami niekiedy wielkości pięści dorodnego zabijaki w okolicach brzucha pomykają dziarsko.
– Co za brednie. Jak trup trupem to na cmenatarzysku dawno gnije. A te godne pożałowania, bezzębne, liszajowate defekty, jakby ze smoczej kloaki, nie wyglądają martwo. Wręcz żywotność z nich wypełza – stał przy swoim Kariewel.
– Umowna w swej naturze. Ktoś zmyślnie wdarł w nie z uporem maniaka ekwiwalent sił witalnych. Lecz raz ciało martwe, nigdy żywym się nie stanie. Co najwyższej żywą poczwarą z apetytem na ludzkie wnętrzności – stwierdził teoretyk wiedzy magicznej, wiedzę tę czerpiąc wprost ze swej pamięci czasów nauki pod kątem magii w teorii.
Miał już na końcu języka kolejną pozyskaną procesem wywłaszczenia spod kurateli niepamięci formułę, jednakże wtem drzwi karczmy poczęły łamać się w pół, pokonane przez napierającą siłę gnijących truposzy. Kariewel wytężył resztki sił, choć wiele z nich stracił na obcowanie cielesne z kurtyzaną. Zaparł się jednak, lecz wtedy przez wyrwę powstałą po rozłamaniu częściowym drzwi ujrzał znajome lico. Oto ojciec jego, dopiero co martwy, teraz jakby żyw, przyglądał się mu z niepojętą rządzą mordu i apetytem całego garnizonu straży.
– Na wszystkie, słodkie usta białogłowych, ojcze! – krzyknął, rozluźniając się i odstępując od barykady.
– Wracaj i przyj, tępy, zaślepiony nostalgią staruchu! – krzyknął Farlok, czując iż same jego siły są niczym w porównaniu z naporem zgrai. Tym bardziej, że drzwi karczmy już niemal całkiem się poddały. Odliczać należało chwile, gdy przesiąknięta furią masa gnijącego plugastwa wtargnie do wewnątrz.
Kariewel był jednak zbyt zaślepiony tęsknotą, z którą, jak widać, nie uporał się dostatecznie, co nakazywała tradycja. I nawet stosunek przerywany z ladacznicą obdarzoną w sprawne dłonie nie poskutkował znacząco.
Teoretyk wiedzy magicznej czuł, że nadchodzi kres. Począł intensywnie rozmyślać, co uczynić, by z okowów sytuacji bez wyjścia się uwolnić. Coraz więcej przegniłych łapsk smagało go po szatach i twarzy. Cuchnęły ziemią i jeszcze mocniej uryną bezpańskich wyżłów. Ojciec jego zbliżył się zaś do swego, nie do końca żywego, a nadto z pewnością niedawno zmarłego rodziciela. Zimna i blada dłoń Patryceusza przedarła się do środka. Jednak w chwili, kiedy miała dotknąć potencjalnego, wysokokalorycznego jadła w postaci Kariewela, wnętrze karczmy utonęło w snopie światła. Teoretyk wiedzy magicznej poczuł, jakby jego ciało na moment przestało być pod wyłączną jego kuratelą. Trwało to dłuższą chwilę, po czym biel zastąpiła czerń.
***
Farlok ocknął się na trakcie o niskim stopniu utrzymania, bez utwardzonych poboczy i ze starą, niewydolną melioracją. Podparłszy się na łokciach, intensywnie rozmasował obolałą łepetynę. Potem zaczął lustrować przestrzeń wokół. Było ciemno, a więc nadal panowała noc. Zewsząd nie dobiegały jednak żadne wrzaski ani chrapliwe ujadania wygłodniałej zgrai furiatów z silnym ślinotokiem, która powinna posłusznie gnić na cmentarzysku. Nastała cisza. W oddali nie majaczyła również żadna łuna, co oznaczało, że znajduje się z dala od zabudowań miejskich, czy postojów handlowych rozmieszonych w skupiskach o charakterze rozbudowanej wiochy. Spróbował wstać, ale wtedy targany konwulsjami żołądek zbuntował się. Teoretyk wiedzy magicznej od razu zaczął intensywnie rozkminiać, co zaszło w karczmie i dlaczego trafił akurat tutaj. Był przekonany, że to kres jego żywota. Ze strachu nie potrafił wypowiedzieć ani jednego solidnego zaklęcia i nie miał nadto pewności, że nawet jeśli, to któreś z nich podziała. Miał jednak przeczucie, iż symptomy, które odczuwał, włącznie z nudnościami, były mu znane, choć jedynie w teorii. Nie potrafił mimo wszystko wskazać konkretnej nazwy zjawiska. Kołatała się po głowie osobliwa i ogólna koncepcja, choć też niepełna. Dlatego Farlok siedział dalej na środku mało zadbanego traktu, ani razu przy tym nie wspominając losu swego ojca.
OPOWIADANIE JEST PIERWSZYM EPIZODEM TRYLOGII O ŁAPSERDAKU DZIEJÓW
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania