Pokaż listęUkryj listę

Z rozmaitości Czarownika Farloka: Kto ma na pieńku z Najwyższym Taboretem cz.9

Przyziemienie owego obiektu o oślepiającej jasności okazało się brzemienne w skutkach. Siła uderzenia uwolniła pokłady energii, która na świadków zdarzenia podziałała dwojako. Teoretyk wiedzy magicznej przez chwilę, która mogła trwać wieczność, był przekonany, iż skonał śmiercią nader łagodną. Potem jednak nastał czas bólu głowy i mięśni różnych, rozsianych w ciele. Otworzył oczy i pojął, że fala uderzeniowa przemieściła go na znaczną odległość, jednak lądowanie zaliczył w gęstwinie wysokiej trawy i miękkich krzewów o drobnych, delikatnych łodygach, bez kolców i ochronnych zgrubień. Tak przygotowane podłoże zamortyzowało upadek, skutkując jedynie rozlicznymi siniakami, bez kosztownych złamań i zwichnięć. Farlok podparł się na łokciach i omiótł wzrokiem okolicę. Najbliżej siebie miał Sknerowąsa, którego stan wskazywał na początek bolesnej agonii. Nieborak, targany drgawkami, ślinił się obficie, do tego nie posiadał prawej ręki i części prawego policzka. Dalej, na trakcie spoczęły truchła bandy bandyckiej, będące w kondycji skrajnie złej. Po wielokroć rozczłonkowane, nadpalone i podpieczone, niemalże gotowe do spożycia. Teoretyk wiedzy magicznej wzdrygnął się spoglądając w miejsce upadku tajemniczego obiektu. Z krateru wydobywał się dym, za którego zasłoną spoczywał nieprzytomny Papa Zgred. W psychicznym rozgardiaszu mag nie przyuważył, iż pętające go liny nasączone klątwą utraciły swe właściwości, sflaczały i całkowicie rozluźniły węzły. Siedział więc jak niemota nieletnia bez opiekuna prawnego, zbierając porozrzucane myśli i szukając wyjścia z sytuacji.

– Magu… – usłyszał głos Sknerowąsa przepełniony niechęcią do dalszej egzystencji.

Sam nie do końca pojmując swoje poczynania, wstał i podszedł do kompana w sprawie Zgreda, wciąż bez świadomości uwolnienia się spod władzy magicznych kazamatów.

– Po jakie licho mnie wzywasz, obłudniku? – zapytał z irytacją teoretyk wiedzy magicznej.

– Zdechnę jak się patrzy – odparł Sknerowąs słabym głosem. – Wtem jednak oczyścić sumienie winienem.

Mag przewrócił oczami zniecierpliwiony.

– Nie mam władzy przepuszczania win mało lotny mieszczuchu.

– Wysłuchaj… – jęknął jeszcze słabiej. – Wiem, iż Papa Zgred chętny od zarania sprawy był, aby mnie z niej wykuśtykać bez denaru. Ale i ja jego pragnąłem bez niczego odprawić. I wiesz co, magu?

– Cóż takiego, mieszczuchu?

– Pstro… – powiedział ostatkiem sił, konając następnie.

Farlok lekkim kopniakiem w okolice żeber upewnił się, iż Sknerowąs zaczął stygnąć w pierwszej fazie pośmiertnej, po czym zbliżył się nieco do krateru wciąż dymiącego. Z odpowiednią nieufnością obejrzał wyrobisko i kiedy miał już zrobić kolejny krok, nagle na krawędzi ujrzał dłoń. Odskoczył bez namysłu, a następnie nieomal potknął się o truchło Sknerowąsa, kiedy zidentyfikowana dłoń zaczęła się poruszać. Po chwili dołączyła do niej kolejna, za nimi reszta ciała i oto przed teoretykiem wiedzy magicznej stanął jegomość w szacownej acz nadpalonej todze.

– Ani kroku, licho niebios – syknął nerwowo Farlok.

Nieznajomy spojrzał na maga z zaskoczeniem i pewnym zaciekawieniem. Lustrował go od stóp do głów niczym mięsożerna zwierzyna leśna.

– A więc to ty – odezwał się basowy, trochę ponury głos. – Z twojego powodu strącono mnie na padół miernot doczesnych.

Teoretyk zacisnął palce w geście defensywnego oczekiwania na rozwój wydarzeń.

– Wyduś coś z siebie, Farloku.

– Jeśli tylko będę miał na to zachciankę, poczwaro niebiańska.

– Pyszałkowaty – jak mówili. Nędzy – jakże bym inaczej. Niezbyt lotny – cóż mogłem innego ujrzeć, skoro konował wciąż w uścisku lin pozostaje, mimo iż moc ich dawno zgasła, a węzły luzem trącą.

Farlok spojrzał na nasączone klątwą konopne wnyki i ze zdziwieniem odkrył, że może bez problemu się ich pozbyć.

– A mimo wszystko – kontynuował tamten – coś kazało mi zerwać kworum, zbezcześcić świętą zasadę jednomyślności. Ja, Ankietus, jeden z ośmiu powierników Najwyższego Taboretu uratowałem cię, Farloku.

Farlok na te słowa zbladł w trybie przyspieszonym, w trudach powstrzymując mięśnie dna miednicy przed niekontrolowanym desantem.

***

Stanęli nad dogorywającym w bólach łowczym imieniem Papa Zgred. Łachmyta posiadał liczne rany szarpane i nadpalenia.

– Może i jesteś konowałem, ale nadal magiem. Dlatego moje gruchnięcie nie wyrządziło ci szkód na ciele i duchu tak rozlicznych jak im – wyjaśnił Ankietus.

Teoretyk wiedzy magicznej odczuwał silną potrzebę poskarżenia się starszemu koledze po fachu na ostatnie wydarzenia, których winien był ten o to Zgred przede wszystkim. Nie miał jednak wystarczająco animuszu by wydobyć z gardła odpowiednie słowa zażaleń.

– Jego los jest przesądzony. Skona w bólach od ran lub ataków zwierzyny leśnej.

– Denar, denar… – jęknął nagle Zgred zbudzony z letargu w jakim dotąd się znajdował.

Ankietus nie zważał na jego słowa. Odszedł na bok i spojrzał w niebo. Miał przy tymi minę zdradzającą wątpliwości i sentyment do dawnych czasów. Farlok zaś pozostał przy oprawcy, spoglądając mu w oczy z satysfakcją. Wtedy Papa Zgred, mimo iż teoretycznie wątły, na skraju śmierci, powstał i doskoczył do maga bez większego problemu. Chwycił za szyję i zacisnął dłonie wszelkimi dostępnymi siłami. Farlok począł miotać się zawzięcie, lecz uścisk był pewny, bo wykonany sprawnie przez doświadczonego łachmytę od spraw niecnych.

– Denar, denar – powtórzył Zgred.

Ankietus w tym czasie z rozrzewnieniem wspominał dobre czasy, choć krótkie, kiedy zasiadał w Radzie. Odpłynął na wody sentymentalnego rozdrapywania ran, uciekając na pełne morze pogrzebanych w niebycie gruchnięcia wspomnień z Najwyższego Taboretu. Rozgrywająca się za plecami próba uduszenia teoretyka wiedzy magicznej zupełnie go nie interesowała. Spoglądał wciąż w niebo, stojąc ledwie kilka kroków od największej z kupek rozczłonkowanych części bandy bandyckiej, zwęglonej i odpowiednio podpieczonej. W końcu jednak odwrócił się w stronę Farloka, aby zadać mu ważne pytanie. Wtedy ujrzał scenę walki nieprzyzwoicie durnej. Zirytowany poczynaniami niedoszłego umarlaka – Zgreda, wykonał ruch dłonią. Wyprostował ją i wycelował w łowczego. Strumień energii magicznej trafił kanalię w okolicę mostka. Zgred odskoczył od Farloka, jęknął, prychnął i zakasłał. Potem zbladł aż w końcu padł nieprzytomny. Ankietus był wyraźnie niezadowolony z efektu czaru.

– Odebrali mi ją! – warknął. – Cóż to za pokraczne siły. Łachmyta winien być rozerwany na cząstki pierwotne. A tu ledwo omdlenie zainicjowane.

Farlok próbował coś powiedzieć, ale ucisk łap Zgreda na okolice krtani na moment odebrał mu mowę. Zebrał więc siły wszelkie by rozruszać aparat mowy, lecz wtedy na niebie rozległ się przeraźliwy jazgot.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania