Pokaż listęUkryj listę

Z rozmaitości Czarownika Farloka: Kto ma na pieńku z Najwyższym Taboretem cz.10

Ptaszysko należało do rodziny błoniastoskrzydłych. Ich rozpiętość oscylowała w granicach dwóch tęgich w pasach wieśniaków rozciągniętych na kres możliwości lub mniej więcej trzech skarlałych kmieciów bezrolnych z niedoborem wapnia. Łeb umocowany na żylastej szyj wieńczyły dwa ślepia czernią obleczone i pustką bezmózgowia zionące. Szpiczasty dziób z szeregiem szpilkowych zębisk wskazywał na wciąż żywe konotacje ludożercze. Do tego ostre pazury – po trzy na każdą szczudłowatą goleń. Ptaszysko zawisło nad teoretykiem wiedzy magicznej i od nowa dało głos – jazgot jeszcze donośniejszy niż pierw. Potem wśród pożogi martwoty, wszelkiego zwęglenia albo inaczej po prostu rozrzuconych gdziebądź ciał bandy bandyckiej i nie tylko, oraz ich kawałków, odnalazło stygnące truchło Sknerowąsa. Na nim zawiesiło uwagę, przymierzyło i zaatakowało zaciekle. W mgnieniu oka głowa nieboraka odłączyła się od reszty i powędrowała ruchem turlającym w zakrzewienia. Teoretyk wiedzy magicznej kątem oka zerknął na Ankietusa, który świadom mizerności swych zaklęć wydawał się tracić pewność siebie, truchleć wręcz w obliczu zupełnie losowej sytuacji zagrożenia zdrowia lub życia. Tymczasem poczwara latająca kończyła patroszenie korpusu Sknerowąsa zajadając się z wyraźną satysfakcją poszczególnymi frakcjami jelit. Po uczcie zaczęła rozglądać się za czymś wokoło. Z każdą kolejną chwilą wyglądało, że ptaszysko uparcie czegoś szuka. Nie mogąc dojrzeć celu, logicznym było stwierdzić, iż irytację swą wyładuje na jednostkach żywych w zasięgu czarnych ślepi. 

Farlok zdążył tylko jęknąć niewyraźnie, po czym w ferworze walki o przeżycie uchylił się przed szponami ptaszyska nacierającymi na niego. Jeden z nich zahaczając o szatę maga, rozerwał spory jej kawałek, co wywołało w myślach teoretyka przewidywania najgorsze. 

– Do diaska, dziugnął mnie ani chybi śmiertelnie – stwierdził z nieukrywaną rozpaczą, po czym jednak zdał sobie sprawę, że na ciele nie pozostała choćby ryska. – Ach nie, nie moje to brzemię – dodał już spokojniejszym tonem. 

Ankietus w tym czasie przykucnął nieopodal nieprzytomnego Zgreda, kombinując intensywnie, jak pozbyć się latającej poczwary. Bez pełni swej mocy był raptem domorosłym magiem wędrownym na pograniczu wiejskiego głupka i koczującego konowała. Do tego dochodziły wątpliwości moralne decyzji, którą miał przed sobą. Dwunogiej, pozbawionej charyzmy i zasadności dla powieżonej roli. Czyżby sprzeciw przeciwko Radzie był na wskroś błędny? Co było tak silne, że pchnęło go by życie tego odrażającego w swym partactwie maga uznać za coś wartego takiej ceny? Powstał przepełniony narastającym gniewem i ruchem dowolnym obu rąk zaczął kierować uwagę ptaszyska na siebie. 

Farlok z pozycji półleżącej przyglądał się Ankietusowi i pełen pewności, iż odczytał poprawnie sens całego zajścia, podźwignął się resztkami sił, po czym ruszył z pierwszego w zarośla. Stawiając któryś z kolei krok poczuł, jak coś kulistego wyrasta pod stopą. Zakołysał się i runął do przodu, wystawiając na ostatniej prostej dłonie, by zamortyzowały upadek. Przeszkodą okazała się głowa Sknerowąsa. Blada, zimna z na wpół otwartymi oczami. 

– Przepuszczam ci winę, darmozjadzie – rzekł Farlok łapiąc łepetynę za kudły i ciskając nią w ptaszysko zmierzające ukatrupić Ankietusa. 

Łeb szybował dziarsko, jakby dostał skrzydeł, a potem zaczął pikować, ostatecznie lądując przy szponach poczwary. Maszkara zerknęła na niego i jakby z miejsca zapomniała co zamierzała uczynić przed momentem. Delikatnie chwyciła łeb Sknerowąsa i wzbiła się z nim pod niebiosa, po czym odleciała w kierunku skąd przybyła. 

– Zamierzałeś mnie porzucić magu na pastwę tej latającej poczwary – powiedział z wyrzutem Ankietus, kiedy otrząsnął się z szoku przedśmiertnego. 

– Rozczytałem jedynie twoją wolę, Ankietusie – odparł dumnie Farlok, wychodząc z chaszczy. – Wszak, kierując uwagę ptaszyska na siebie, musiałeś mieć świadomość, że oto czas rozliczenia nadszedł. 

– Twój zgniły cynizm będący wypadkową niewspółmiernej do posiadanych darów głupoty jest dla mnie niepokojącą oznaką, która może zaważyć na moim stosunku do decyzji, jaka wiązała się z upadkiem mej mocy i pozycji w Radzie Najwyższego Taboretu. 

– Jeśli oczekujesz, że odstąpię zasługi mej pomocy dla ciebie, wiedz, że jestem gotów to uczynić. 

Ankietus spojrzał na wciąż pogrążonego w nieprzytomności Zgreda. 

– Podróż w twoim towarzystwie magu nie skończy się dla mnie niczym dobrym. Przyjdą kolejni, bo jesteś łakomym kąskiem dla rządnych denaru małostkowych kanali. Skoro jednak odebrano mi więcej, niż przypuszczałem, nie mam wiele alternatyw. Dokąd zmierzasz? 

– Odkąd mnie pojmali, sam dociekałem tej wiedzy. 

– W takim razie zapytajmy – odparł Ankietus, podchodząc do Zgreda. 

Dwoma silnymi uderzeniami płaskiej dłoni wymusił nagłe ocknięcie. Oszołomiony najemnik wziął głęboki wdech i nieomal znowu odpłynął w nieświadomość. Widząc jednak znajomą twarz nad sobą, oprzytomniał wystarczająco. 

– Podaj imię tego, kto z zapłatą czeka. 

Papa Zgred zakasłał, chrząknął i jęknął boleśnie. 

– Nic tu po tobie, gangreno – odpowiedział w końcu po dłuższej pauzie. 

Ankietus zmarszczył czoło i przywołał teoretyka wiedzy magicznej. Gdy ten zjawił się obok, rzekł:

– Potrafisz zmusić tę niecnotę by usta jej wyjawiły prawdę? – zapytał nie spuszczając wzroku z twarzy Zgreda. 

Farlok przytaknął, po czym zamaszystym kopniakiem wycelował pod żebra najemnika. Nieborak nieomal rozbeczał się w boleściach, a z kącików ust zaczęła płynąć krew. 

– Miernoto niekumata! – warknął Ankietus. – Zemrze tu niezabawem. Zaklęć potrzebowałem, nie barbarzyńskich odruchów. 

Zgred jakby uśmiechnął się cynicznie, po czym wziął jeszcze jeden, ostatni wdech. 

Ankietus powstał pełen irytacji i odszedł na znaczną odległość. Od nowa zapragnął ruszyć w drogę samotnie. Jednak świadom był swej ułomności chwilowej. Potrzebował tego konowała i ośrodka urbanistycznego o znaczeniu ponad lokalnym, gdzie zwykle przechowywano księgi prastare i ich staranne kopie. Odczekał więc chwilę słabości, by jasność umysłu wróciła. Potem podszedł do Farloka i zarządził, iż będą zmierzać na północ. 

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania