Pokaż listęUkryj listę

Opowiadania z Wieloświata: Siostra Czerwień cz.6

Miłosne złego podszepty

 

Suli jak zwykle w las czegokolwiek nazbierać poszła. Nie o dary puszczy jej chodziło, bo tych jej Wanguan zawsze nadawała krocie: a to betków, a to jagód lub poziomek słodkich, więc zbierać już nic nie musiała. Pomianowa z wiedźmą swoją rdzawą spotkać się wyszła, bo odkąd Wan poznała, to żyć się jej jakoś bardziej chciało, życia pragnęła i w końcu w tym życiu na coś z utęsknieniem czekała. Nawet rodzinę mocniej kochała – nie to, żeby przedtem obojętną jej była, nie. Zawsze córki uczuciem matczynym darzyła, a Raska szacunkiem i sympatią, ale odkąd dusza w sercu ozdrowiała, to Suli intensywniej, wyraźniej sobą obdarowywała.

Rasław wcale jej teraz nie wadził, bo mu Wan magią chuć łagodziła, więc i strach przed przymusem łóżkowym zniknął, a i dziewczynki grzeczniejsze się zrobiły, bo matka milsza i rozpromieniona po obejściu chadzała, melodyjki nuciła, radość oczom i sercu dawała. Tak to jest z tym szczęściem, że się na wszystkim odciska i po ludziach się niesie, kolorem szarość męczącą rozprasza. W Pomianowej chacie częściej też woń ciasta się rozchodziła, bo jakoś trza było te wszystkie jagody, poziomki i jeżyny spożytkować, a konfitur na miodzie to już cała spiżarka stała, tak że głód zimą ni Pomianom, ni sąsiadom nie groził, zębami nie kłapał.

Zatem Suli szła nieśpiesznie, piosnkę nuciła, piękno lasu od zieleni soczystego podziwiała, zapachem lata duszę karmiła i cuda przyrody chłonęła niczym dzieciątko łakocie.

Wan pojawiła się jak to Wan: znikąd, tylko ciepłem i aromatem słodkim zapowiedziana.

– Już myślałam, że zapomniałaś o mnie. – Sulichnę ramionami objęła i do pleców ciepłych twarz przytuliła.

– A ktoś ty, pani? – spytała Suli, obróciła się i dziwnie na Wan spojrzała: z obojętnością, jak na obcego.

– Ty się wygłupiasz, prawda? – Wiedźma już się zacietrzewiła i wzrokiem taksującym Suli omiotła; a blada się przy tym zrobiła jak mleko jeszcze wodą rozwodnione.

– Nie wiem, pani, o czym mowa. – Pomianowa odstąpiła od wiedźmy i czoło w zdziwieniu zmarszczyła. – Ja po jagody przyszłam, a nie na jakieś figle babowe. – Uśmiechnęła się głupio, bo już nie wytrzymała.

– To ja tu za tobą wstążę, a ty… – Suli zaśmiała się i betkiem rozmemłanym w wiedźmę rzuciła. – Czekaj ty! – Wan do biegu się zerwała, a Pomianowa kosz wyrzuciła i w te pędy przez las pobiegła, chichocząc wniebogłosy. – Jak ja cię dorwę, to w krzak jagodowy zmienię!

– Probaj, pro… – Suli o gałąź się potknęła i na nogach zachwiała, jakby na krańcu urwiska stała.

Wanguan więcej czasu nie potrzebowała i rzuciła się na Pomianową niczym wilk wygłodniały na owcę zalęknioną. Razem na glebę upadły i razem śmiechem wybuchły, ale Wan po chwili przestała się zanosić i w oczy Sulichnie spojrzała. Twarz przy tym jak z kamienia wyciosała, więc się Suli zaniepokoiła lekko.

– Miła mi jesteś – wyszeptała ciężko wiedźma, zupełnie jakby ktoś głaz w te słowa obtoczył i przez gardło kazał przeciskać.

Suli oczy zeszkliła, na ramionach chudych się wsparła i w oczy wyczekujące spojrzała. Tam, głęboko w środku, duszę zobaczyła, tę ludzką, która za boską się zawsze chowała: malutką, płochliwą i skrzywdzoną.

– Ja ciebie też miłuję – wyznała pewnie. – Już od stawu, od pierwszego spojrzenia, słów… – Wan ustami ciepłymi do warg Suli dopadła, ale opamiętała się w porę i delikatnie pocałunek na nich złożyła. Cisza gęsta niczym miód spadziowy w powietrzu zawisła. – Co teraz?

– Nie wiem… Naprawdę nie wiem.

 

***

– Oszalałaś, Wan!

– Może, ale co to zmienia!

– Czy ty sama siebie słyszysz, menado?! – Areteme nie panowała ani nad głosem, ani nad magią; moc dudniła, drzewo drżało, a babki pochowały się w konarach, żeby gniew wiedźmowy przeczekać.

– Powiedz, siostro, powiedz: co jest takiego potwornego w tym, co mówię? – Wan niby spokojnie pytała, ale czerwień mistyczna po włosach rubinowych płynęła, pukle rude rozświetlała. Ognie chtonowe przybyły na Furii bezwiedne wezwanie, powietrze i sadzawkę zagotowały, krew w żyłach wściekłością wysyciły.

Areteme wdech głęboki zrobiła, spokoju do płuc nabrała i wypuściła przeciągle, dając ciału chwilę wytchnienia, czas na ułożenie myśli gniewem podpalonych.

– Już, usiądź. – Wskazała Wan korzeń miękkim mchem obrosły. – Porozmawiamy jak siostra z siostrą.

Furia też się opamiętała, magię w duszy schowała, chtony pogoniła i spokojniejsza obok Zielonej Matki przysiadła. Nie patrzyła jej w oczy; wiedziała, że Areteme ma rację. Wiedziała, ale wiedzieć nie chciała, a jej duma wielka, bo boskością okutana, rozsądek w głowie tłamsiła, zastraszała, a i nie raz dotkliwie obiła za to, że ogień pierwotny tłamsi, plany krzyżuje.

– Wiem, że będziesz chciała mnie odwieść, ale ja… – Odwróciła się do Diany, oczy zeszklone w nią wbiła. – Ja nie chcę już tak dłużej bez celu żyć, siostro… Jak lalka, która chodzi, gada, ale w środku tylko wióry zbutwiałe i powietrze zatęchłe.

Areteme dłoń kruchą pochwyciła, skórę siostrzaną pogładziła i kolejny raz westchnęła, żeby myśli zebrać.

– Powiedzmy, że wy razem na odludziu jakimś zamieszkacie, że się Sulichna córek i męża wyrzecze.

– Nie musi! – Wan i głos, i ciało w proteście uniosła. – Nie musi się córek wyrzekać, mogą z nami mieszkać, a Pomian chłop jest niebrzydki, znajdzie sobie drugą, ja mu żal załagodzę, pamięć przemieszam.

– Powiedzmy… że to wszystko się uda – kontynuowała Areteme. – Zamieszkacie sobie jak rodzina prawdziwa, i co dalej?

– Jak to: co dalej?

– Przecież ona śmiertelna jest, Wan: zestarzeje się i zemrze jak każdy z duszą w Urobora niezakleszczoną. Co wtedy?

Wanguan usta otworzyła, żeby wylać potok zapewnień desperackich, ale prawda do tej pory pragnieniem przygnieciona, wdarła się do głowy i obrazy smutne w umysł wsączyła. Po policzkach Furii łzy czerwone spłynęły i wiedźma wzrok smutny, zgaszony w korzeń Bachusa wbiła.

Tak to już jest z tą prawdą: rzadko bywa miła, ale zawsze szczera jest i prawdziwa.

– No właśnie… – Areteme przytuliła siostrę. – Ja wiem, że ty szczerze pragniesz, Wan, ale to niemożliwe.

– Możliwe! – Furia poderwała czuprynę czerwoną. – Możliwe i prawdą się stanie. – Spojrzała na pień ciepłem magicznym spowity, sokami boskimi wypełniony. – Jeśli co niemożliwe jest, to mu po prostu magii braknie – oświadczyła Furia i usta karminowe w uśmiech ułożyła.

 

***

 

Drogo podszedł do regalika z desek najróżniejszych zbitego i gąsiorek najlepszego – bo podarowanego – dwójniaka z półeczki zdjął.

– Oho... widzę, że Drogomił będzie próbował trunkiem nas do czego kupić. – Zaśmiał się Dobiemiest, jeden z wołchów Swarożyca, a siwy był jak dym z ogniska przygaszonego i pomarszczony niczym śliwka dawno już zeschła, która pod barłogiem się zapodziała.

– Kupić, kupić… Was nie trzeba kupować. – Polał po rozstawionych gliniakach. – Z nudów mi pomożeta.

– Ha! Ja tam się nie nudzę – parsknął jednooki Chocemił. – W lepiance zawsze jest co robić.

– A co? Znowu jaka koza ci się w obejście zaplątała? – rzucił Drogo, a chata jego i tak ledwie w kupie przez pnącza trzymana, cała zadrżała od gromkiego śmiechu.

– Koza… Phy! Ty sam cap jesteś, bo śmierdzisz jak cap, a w dodatku taki stary i... I zapchlony jeszcze! – odgryzł się półślepy i garbaty wołchw Światowidowy.

– Już się nie obruszaj, my tu poważne spawy musimy omówić – oświadczył Drogo, kubeczek do toastu wzniósł i trunek wypił.

Wszyscy wypili i wszyscy się skrzywili jak na widok baby jakiej paskudnej – albo jakiejkolwiek, bo baby tak już na pustelników działały.

– A z czym cię tak pili, Drogo? – zapytał szczerbaty Gościwój, Gościnem zwany, wąs siwy i strzelisty otarł, po czym kubeczek po dolewkę podsunął.

– Wiedźmy!... – rzucił Drogo i wybałuszył oczy dla efektu lepszego.

– Ale co: wiedźmy? – dopytał półślepy Chocemił.

– W śmiertelnych sprawy się mieszają, po wsi łażą, kobitom i chłopom do betów się pchają, w barłogach moszczą, w rodzinach mieszają!

– To czego do nas nie przylezo? Ha! – palnął Gościwuj z jednym zębem, który to ząb, tak się dziąsła trzymał, jak nasiono mniszka dojrzałego: wystarczył jeno wiatr mocniejszy, żeby się kieł oderwał i nowego wołchwa gdzieś zasiał.

– Głupiś ty, Gościn, prawie tak samo jak szczerbaty.

– A po co my tu mamy przychodzić? – Z wejścia do Drogomiłowej chaty silny kobiecy alt nadbiegł. Wołchowie łby na karkach skrzypiących do wierzei obrócili. – Żeby na stare zwisy capowe się pogapić! – zażartowała Areteme i słowa uśmieszkiem zadziornym ozdobiła, ale wołchwom wcale nie było do śmiechu.

Drogo poderwał się z zydelka i na kosturze od Welesa wysłużone ciało wsparł.

– Po coś tu przyszła, Diano?

Areteme wkroczyła do izby i do stołu pewnie podeszła. Duchy słowiańskie za kapłanami skryte z uwagą się jej przyglądały, aurę badały, magię smakowały.

– Zydel się dla mnie znajdzie? – spytała Drogomiła, a ten z niechęcią stołek z kurzu otarł i wiedźmie do nóg podstawił. – Dziękuję. – Przysiadła, omiatając podłogę suknią liściastą. – Przeprosić i porozmawiać tu przyszłam.

– Przeprosić?... – zdziwił się półślepy Chocemił.

– A za co?

– Za jajco, ślepaku! – zbeształ go Drogo.

– Przeprosić za siostrę swoją, bo gościny uszanować nie potrafi – oświadczyła czołobitnie Areteme, chwyciła za gąsiorek i wołchwom polała aż po kraniec kubka. Drogo z nerw chciwością podsycanych palce na kosturze zacisnął i na gębie spąsowiał.

– Nie przepraszaj, tylko Furię z dala od Pomianów trzymaj!

Wiedźma kubeczek przechyliła, bez skrzywienia z dwójniaka naczynko opróżniła i głośnym „aghh…” zacność złotawego płynu uznała. Grzyby ludzkie, jak zwykły razem z Wan kapłanów od bogów miejscowych nazywać, chętnie w jej ślady poszły, a Drogo nie wytrzymał i gąsiorek ze stołu bez ogródek zabrał.

Areteme uśmiechem serdecznym go obdarowała, ale prawdziwej serdeczności w tym było tyle, co w wężowym syczeniu.

– Furii zabronić nic nie mogę, bo z nią to jak z dzieckiem krnąbrnym: na przekór zrobi i do Pomianowej lgnąć jeszcze bardziej będzie; na złość mi, wam, sobie i światu całemu.

– A ja mam tej dziewuszce smarkatej pozwolić dręczyć rodzinę od pokoleń Welesowi wierną?

Areteme oczy zielenią rozpromieniła, aurę wypuściła i myśli magią po izbie rozprószyła. Obrazy jak ze mgły utkane do czerepów grzybowych wszczepiła, a w tych majkach półsennych kobiece widziadła dwa w jeziorku się pluskały, szczęściem tryskały, śmiechem wybuchały.

– Nic się Pomianowej złego nie dzieje, a Furia szybko się nudzi. Tydzień… góra dwa jeszcze i Sulisławę do mnie przyprowadzi, żeby jej pokrzywy z korą bukową na niepamięć zaparzyć.

Wołchwowie potaknęli porozumiewawczo i w puste gliniaki zajrzeli. Drogo nie miał wyjścia i z gąsiorka niechętnie polał, bo poparcia ich potrzebował. Areteme też swój kamionek podstawiła – na złość Drogowi, bo pić już nie za bardzo chciała, ale droczyć się lubiła.

– Nie zgadzam się, żeby jakaś olimpiańska podfruwajka rodziny we wsi niszczyła, duszami się bawiła, bo fanaberyje czarcią ma! – zaprotestował Drogo i aż sam duszkiem wypił, bo już nie wytrzymał. – Dziś Pomianowa, a jutro córa jej która! – Kubkiem o blat uderzył, aż się przyspały Dobiemiest z drzemki wybił.

Areteme westchnęła, od stołu wstała i smutno na starców zgrzybiałych popatrzyła.

– Nie przyszłam tu ani żeby wam grozić, ani żeby was prosić.

– To po co, Diano? Mów: po co Drogomiłowy przybytek nawiedziłaś? – spytał półślepy Chocemił, a Gosciwój gębę w oczekiwaniu otworzył i ząb jedyny, co to się chyba tylko na modlitwie trzymał, wyszczerzył.

– Ostrzec was przyszłam.

Drogo w śmiech wpadł i o mało co gąsiorka nie wypuścił.

– Przed wiedźmą nas ostrzegać przyszłaś, bo my jeno jedną w życiu wiedźmę żeśmy na oczy widzieli. Ha!

– Nie przed wiedźmą, a przed Furią – wygrzmiała Areteme, podeszła do drzwi i stanęła w progu. – Wiedźma to moja siostra ukochana i ja sobie z nią radę dam, ale z Furią… Pod Furii stopami to wsie płoną, a świat krwawy kobierzec okrywa.

Średnia ocena: 4.2  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (11)

  • Vespera 4 miesiące temu
    Oo, powiało grozą z tej końcówki? Czyżby na koniec wyskoczyła nam śmierć i pożoga? To byłoby ciekawe zakończenie, ale takie bardziej pozytywne też robiłoby robotę... W sumie tu każdy rodzaj zakończenia pasuje, i pozytywne, i negatywne, i słodko-gorzkie.
  • MKP 4 miesiące temu
    Końcówka już napisana i czeka na środek🤣
  • Joan Tiger 4 miesiące temu
    Oj, narobiłeś zawirowań orientacyjnych. Druga część, jak wiedźma odwiedziła chłopów, klimatycznie zbliżona do matki zieleni (jak dobrze zapamiętałam tytuł) - nie odbiega tak znacznie, jak wcześniejsze części. I tym razem nikt nie wieży zapewnieniom czarownicy. Furia, okaże się cyklonem i jak zaczną wścibiać nos tam, gdzie nie trzeba, będzie grubo. :)
  • MKP 4 miesiące temu
    Dobrze zapamiętałam i cieszę się, że jest takie odczucie, bo to jest Matką Zieleń tylko wcześniej.
    Generalnie jestem w rozterce co z tym opkiem Matka Zieleń zrobić, bo to będzie trylogia i powinna być spójna.
    Siostra Czerwień jest o wiele bardziej stylizowana i w dialogach i w narracji przez co zastanawiam się czy Matki Zieleń nie przerobić - ale z drugiej strony Matka Zieleń jest łatwiejsza w odbiorze😞😞
    I takie to rozterki jeża pisarzyny
  • Joan Tiger 4 miesiące temu
    MKP, fakt, że językowo od siebie odbiegają i fabularnie też. Tutaj masz styl pisania starodawny z mnogą ilością słów, już dawno nie używanych. Tamta jest lepiej przyswajalna i lżejsza w czytaniu. :)
  • MKP 4 miesiące temu
    Joan Tiger Fabularnie to mogą bo, jest przeskok czasowy ale stylistycznie nie powinny. Zobaczymy, zobaczymy...
    Niemniej jednak dziękuję za czytanie😘
  • Joan Tiger 4 miesiące temu
    Wiesz lepiej, bo siedzisz w tekście. Ja tam do speców nie należę, ale brakuje jak dla mnie wstrętu jakichś złych bohaterów, intrygi, rozlewu krwi.🙂 Zresztą nie przejmuj się. Wyprowadzisz tekst.
  • MKP 4 miesiące temu
    Joan Tiger U mnie nigdy nie dostaniesz typowych złoli i dobrusiów - wszyscy na skali dobra i zła są szarzy, tylko odcień się zmienia😉 A mordobicie jest zawsze wisienką na torcie😁
  • Rubinowy 4 miesiące temu
    No i teraz czekaj Pan na finał, a końcówka tak apetyczna jak chyba w żadnej poprzedniej. I zdecydowanie mroczniejsza, co w mi pasuje. Warsztatowo jak zwykle bardzo dobrze, tylko wyczekiwać kolejnego odcinka, a w międzyczasie Matkę Zieleń skrobnąć do końca ;)
  • MKP 4 miesiące temu
    Finał za trzy części - już napisany tylko środek do wypełnienia 🤣
    Dziękuję za miłe komentarze, to zawsze pokrzepia do pisania.
    Po drodze polecam Nakładkę na życie, Wieczór Kawalerski i ze świata Domen opowiadanie Przyjaciel.
  • Rubinowy 4 miesiące temu
    MKP przyjąłem, napadnę na nie w niedalekiej przyszłości ;)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania