Opowiadania z Wieloświata: Wieczór Kawalerski cz.4 - FIN
Oszukani
– Czyli, panienka… – zagabnął Łysy.
– Panienka – parsknęła Nina. – Wieczna panienka – skomentowała z wyczuwalną drwiną i opróżniła szklankę z Rudym Jackiem.
– Czyli to przez jakiegoś palanta panienka odebrała sobie życie?
– Nina.
– Nino, jak bym go gnoja dorwał, to by, kurwa, na kolanach by przepraszał – podlizywał się Chycoń z nadzieją, że właśnie ratuje im skóry i co najwyżej Marek zostanie jakimś piekielnym, seksualnym niewolnikiem, ale to w porównaniu z przyszłością, jaką zawsze mu wróżyli, nie wydawało się takie złe.
Diablica wstała z pniaka, zgrabnym krokiem podeszła do małego plastikowego stolika i dolała sobie whisky.
– Dzięki – sapnęła i wróciwszy do chłopaków przysiadła obok Bajgla, którego po kilku minutach wcześniejszej rozmowy słusznie uznała za idealny materiał na B.F.
– A jak to się… To znaczy, kiedy zostałaś… – podpytywał subtelnie Bartek.
– Demonem? To akurat wam opowiem, ku przestrodze, bo chyba nie jesteście takimi idiotami, na jakich zwykle trafiam.
Wszyscy potraktowali to jak komplement z najwyższej półki. Nina pociągnęła łyk trunku, założyła nogę na nogę i po ciężkim wdechu zaczęła mówić:
– Leżałam na łóżku zanurzona w aksamitnej pościeli i z fascynacją patrzyłam, jak kryształowy żyrandol zaczyna rozmywać się w przestrzeni. Zrobiło mi się zimno i przyjemnie lekko. Tak jest, kiedy dusza zrzuca pęta ciała, a życie wycieka przez rozpłatane nadgarstki. Wtedy myślałam, że nie ma innego wyjścia, niż zniknąć z tego świata. Po co przeciągać cierpienie? Bez niego to nie miało sensu. Nawet było mi z tym dobrze; wizja końca przyniosła chwilowe szczęście.
Niestety gasnący umysł spłatał mi figla i wykreował okrutną myśl: nie chcę odchodzić... podszepnął, że życie mogło dać mi więcej. Organizm zaczął walczyć wbrew woli i wykorzystywał ku temu wszystkie metody, nawet perfidną manipulację. Chciałam krzyknąć, ale odrętwiałe ciało odmówiło posłuszeństwa i wydało tylko ciche stęknięcie. Zrobiło się ciemno i strasznie. Płakałam, wewnątrz i na zewnątrz. Nie chciałam umierać… Kurwa, jak ja bardzo chciałam żyć. I wtedy się pojawił. – Zasępiła się i zacisnęła uchwyt na szklance.
– Kto? – Bajgiel nie wytrzymał napięcia i odruchowo złapał Ninę za drżącą dłoń.
– ON: palant, łgarz i skończony sukinsyn! Zjawia się w chwili największego zwątpienia. Taki wyraźny, taki piękny i szarmancki… osnuty spokojem i kojącym światłem pierdolony wybawca! Uśmiechnął się do mnie ciepło i podał rękę. Nagle odzyskałam władzę nad ciałem. Wokół mnie pościel połykała szkarłat krwi, ale ja… ja czułam się bardziej żywa niż kiedykolwiek dotąd. – Pociągnęła ze szklanki, zdobiąc delikatną twarz smutnym uśmiechem. – On tak działa: udaje rycerza na białym koniu, a potem składa obietnicę… i kutas jej dotrzymuje: na swój własny, pokręcony i okrutny sposób. – Spojrzała na Czara, który nerwowo przełknął ślinę i złapał się za sygnet z jej imieniem. – Powiedział, że jak zgodzę się z nim pójść, to już nigdy żaden mężczyzna nie sprawi, że poczuję się jak bezwartościowa, niechciana szmata. Żaden skurwiel z tycim fajfusem nigdy mnie nie skrzywdzi i nie będzie miał nade mną władzy. Wystarczy, że podam mu rękę. Jak mogłam odrzucić taką propozycję?
– I to wtedy zostałaś… No wiesz… – zaciął się Łysy.
– Sukkubem? Tak, zostałam wskrzeszona i żyłam, jakby jutra miało nie być, a demoniczne obowiązki… – westchnęła. – One sprawiały mi przyjemność; aż do momentu, w którym zdałam sobie sprawę, że to jest jedna z jego okrutnych gierek. Że i tak skazał mnie na prywatne piekło.
Wtedy właśnie poszłam prosić o koniec, drugą szansę, o… o ponowną śmierć. Jak zwykle czekał… Wiedział, że przyjdę… Każdy prędzej czy później przychodzi i błaga, a on… Dobroduszny zbawca, magnetycznie przystojny dżentelmen z piękną twarzą, przedstawia warunek. Sześćset Sześćdziesiąt Siedem Dni Postu. To usłyszałam i tyle musiałam wytrzymać bez ofiary.
– O-o-fiary? – wyjąkał Czaro.
– Dojdziemy do tego – nie-uspokoiła go Nina. – Tyle musiałam powstrzymywać instynkt, który we mnie zaszczepił. Kutas! Uwielbia te swoje zabawy.
– Czyli musiałaś wytrzymać prawie dwa lata bez chłopa? I tyle…? – zdziwił się Chycoń. – Moja matka, odkąd stary ją zostawił, to już chyba z piętnaście lat nikogo nie miała.
– Albo ma, tylko ci nie mówi – rzucił Łysy.
– Stul japę!
Wyobraźnia Chyconia zaczynała zbaczać na jakieś dziwne tory i wolał stłamsić to w zarodku.
– Dla mnie to coś więcej niż popęd – próbowała wytłumaczyć Nina. – Żądza silniejsza niż pragnienie po kilku dniach tułaczki po pustyni. Wszystko inne przestaje się liczyć; pozostaje tylko wewnętrzny ogień, który pali, ale nie ma litości, żeby zabić.
– No, ale dlaczego panien… Nino, dlaczego to ci tak przeszkadza? – dopytywał Czarek. – Czemu chcesz z tego zrezygnować? To chyba nie jest nic strasznego? No wiesz… Silna babka z ciebie, i piękna w dodatku.
Ninandarch wykrzesała kolejny smutny uśmiech i spojrzała na pierwsze błyski poranka, przeciskające się między drzewami.
– Już pora – wyszeptała, wstając z pniaka.
Ciemność ponownie wezbrała i pochłonęła przestrzeń wokół, tworząc odciętą od świata enklawę z gęstego mroku. Pieczęć na palcu Czarka zapłonęła niebieskim światłem. Jego czy też.
– Pani – oświadczył martwym głosem i wstał, mechanicznie, niczym w transie.
Łysy i Chycoń stanęli pomiędzy diablicą a przyjacielem.
– Cokolwiek chcesz mu zrobić… Nie pozwolimy! – rzucił Chycoń, a Bajgiel chwycił gruby badyl i dołączył do przyjaciół.
– Siad – nakazała Nina, lekkim tonem.
Mężczyźni, bez jakiegokolwiek sprzeciwu, grzecznie przykucnęli na zimnej zroszonej trawie. Ogień palił się powoli, majestatycznie i rozświetlał sylwetkę Ninandarach. Szkarłatna czerwień wyzierała z jej bezdennie mrocznego spojrzenia.
Tęczówki całej czwórki mężczyzn błyszczały trupim niebieskim blaskiem.
– Do nogi – rozkazała bez gniewu.
Łysy, Bajgiel i Chycoń poczołgali się i zalegli u stóp diablicy. Czaro nawet nie drgnął, adorując Ninę w ciszy, na dystans. Odzienie i sylwetka kobiety zaczęły się zmieniać. Każdy z chłopaków widział i czuł coś innego. Dla każdego stała się usposobieniem najsilniejszych żądz: jego prywatnym zmaterializowanym pragnieniem. Łysy całował kozaki ubranej w lateks dominy, Chycoń dotykał aksamitnej skóry swojej kochanki, która pachniała jego ulubionymi perfumami, a Bajgiel wąchał długą piłkarską skarpetę opinającą umięśnioną łydkę.
– Chodź do mnie, mój ukochany – zaprosiła Czarka, wyciągając do niego dłoń zakończoną krwistoczerwonymi pazurami.
Ruszył jak zaczarowany i stanął naprzeciw Niny. Uśmiechał się. Pogłaskała go czule po policzku, a skórzasty ogon musnął jego krocze i wślizgnął się za pasek od spodni.
– Spytałeś: dlaczego? Dlaczego chcę zrezygnować? Dlaczego to jest moje piekło? Widzisz… po tej chwili razem… chwili ekstazy tak mocnej, że wryje się w nasze dusze niczym cierniowy kolec… Po tej wspólnej przygodzie zakochamy się w sobie. – Pocałowała go delikatnie w usta, a Czarek powiódł ustami za jej wargami. – Ale pieczęć zniknie i wtedy ja zapomnę o tobie, a w moim sercu pozostanie pustka po uczuciu, które na krótką chwilę nadało sens memu istnieniu. – Rozpięła Czarkowi rozporek i objęła kark ramionami. – A ty, mój ukochany… Ty o mnie też zapomnisz, ale po tym, co tu przeżyjesz, każda kobieta będzie jedynie marną namiastką rozkoszy, zapachem strawy dla umierającego z głodu. Żadna cię nie zaspokoi, żadnej nie będziesz pragnął tak jak mnie, aż w końcu… Znowu się spotkamy. Tam na dole. Kompletnie obcy. To jest jego okrutna kara: drwina Lucyfera. A teraz chodź do mnie… – Otuliła go czarnymi skrzydłami.
– Powiedz, że mnie kochasz…
– Kocham cię, Nino.
Mrok zgasił wszelkie światło. Nie było świadków.
**************************************************
Błękitne błyski zaczęły skakać nisko nad podłogą niewielkiego salonu i chaotycznie zbijać się w większy, świetlisty owal. Powietrze zapachniało siarką i ozonem. Rzeczywistość pękła, kreśląc portal na płótnie stworzenia, a bruzda z nicości wykrztusiła kobiecą sylwetkę i zniknęła bezszelestnie w konstrukcie wszechrzeczy.
Nina wróciła do swojego mieszkania, w którym jeszcze niedawno kładła się do łóżka z nadzieją na drugą szansę. Wspomnienie tego uczucia, tak żywego, a jednocześnie już nierealnego, wywołało w niej frustrację.
Agresywnym krokiem wkroczyła do łazienki, zrzuciła skórzaną kurtkę i cisnęła ją gdzieś obok kosza z brudną bielizną. W milczeniu zapaliła LED-y opasające duże owalne lustro zawieszone nad porcelanową umywalką w kształcie małża.
– Było już tak blisko. – Zacisnęła pięści. – Kurwa, kurwa, kurwa!! – wyrwała umywalkę i cisnęła nią o ścianę. – Kurwa... – wyszeptała, oparła się plecami o ścianę i chowając twarz w dłoniach, osunęła się na zimne kafelki.
Para ogromnych oczu zaiskrzyła w łazienkowym zwierciadle, przeganiając z jego wnętrza inne odbicia.
– Wiem, że mnie obserwujesz, zwyrolu – rzuciła Nina, nie odrywając wzroku od podłogi.
– Naprawdę; młoda dama nie powinna się tak wyrażać – oświadczył ciepły męski bas.
Powierzchnia lustra zafalowała, sczerniała i zaczęła broczyć lepkim smolistym płynem. Masywny mężczyzna przełożył nogę na drugą stronę rzeczywistości, jakby przechodził nad niewysokim murkiem i przeniósł resztę ciała do łazienki Niny. Naścienne światełka ukazały wysokiego bruneta o czarnych oczach, ubranego w szykowny garnitur i rozpiętą przy kołnierzu idealnie białą koszulę.
Poprawił marynarkę i podszedł do Niny skulonej na podłodze.
– Jak zwykle trzeba odjebać wejście, co? – syknęła.
– Dramatyczne wejścia to moja specjalność. – Podał jej rękę i pomógł wstać, po czym odgarnął kilka kręconych pukli z bladego lica dziewczyny i popatrzył prosto w oczy.
– Może zrobisz sobie przerwę w tym całym dążeniu do odkupienia? Wyglądasz fatalnie – stwierdził szorstko i otarł policzek Niny z przysychających łez.
– Nigdy nie czułam się lepiej.
– Czyżby?
– Nie musisz już udawać troskliwego tatuśka. Nie łykam tego! – Odrzuciła jego ciepłe męskie dłonie; silne, a zarazem delikatne i upajająco kojące w dotyku.
– Nie mógłbym być twoim ojcem: sypianie z córką to grzech, nawet jeśli nie wykracza poza sferę fantazji.
– Ha! – parsknęła głośno, celowo dobijając resztkę romantycznej atmosfery. Nie chciała ulec jego czarowi. – Słyszałam, że dobry papa Lucyfer zawsze daje drugą szansę, więc się nie krępuj – rzuciła z sarkazmem i puściła mu oko, wracając do salonu.
Na dębowym stoliku obok zabytkowego barku stała karafka w towarzystwie pary szklanek z rżniętego szkła i dwóch kieliszków. Nina nalała sobie whisky i wypiła duszkiem. Spód pustego naczynia omal nie pękł, gdy uderzyła nim o blat.
– A dla mnie? – spytał czarujący brunet, który pojawił się na kanapie obok niej.
Diablica chwyciła za drugą szklankę i polała bursztynowego płynu.
– Z lodem, z siarką, czy może duszą dziewicy?
– Z miłością – odrzekł i obrzucił Ninę ponętnym spojrzeniem, a pełne usta wygięte w delikatny uśmiech stanowiły wisienkę na torcie z idealnej twarzy.
Nina wrzuciła do szklanki dwie metalowe kostki wyjęte z małej zamrażarki, obróciła się w stronę tajemniczego gościa, który rozsiadł się jak król na tronie i ostentacyjnie splunęła do drinka.
– Proszę: miłość w koncentracie. – Uśmiechnęła się jak słodka trzpiotka.
– Szkoda dobrego trunku na twój jad, Nino. Widzę, że jesteś nie w sosie. – Podniósł się i stanął z nią twarzą w twarz.
– Zniszczyłeś mi życie – warknęła, jarząc oczy krwistymi iskrami.
– Kiedy się poznaliśmy, nie miałaś go już zbyt wiele przed sobą.
Odwróciła głowę.
– Oszukałeś mnie – wysyczała drżącym głosem.
– Nie potrafię kłamać, dobrze wiesz… – Ponownie ujął jej policzki w cudownie przyjemne ręce i spojrzał głęboko w oczy. – Mam moc dawania drugiej szansy. Udzielam łaski każdemu, kto o nią poprosi. – Zjechał rękoma wzdłuż karku, musnął ramiona a następnie przesunął palce na plecy.
– Szansy! To nie jest szansa… To nie jest żadna pierdolona łaska! – Wyrwała się i wsparła o stolik. – To jest piekło! – ryknęła, obracając się, ale brunet zniknął.
Aksamitne dłonie obsadzone sygnetami objęły ją w talii i przyciągnęły, przyciskając plecy do umięśnionego torsu.
– Gdyby odkupienie było łatwe, nikt nie bałby się potępienia. Zapanowałoby piekło na ziemi – wysyczał i musnął jej ucho rozwidlonym językiem.
Nina odwinęła się, żeby go uderzyć, ale natrafiła jedynie na smugę ciepłego powietrza.
– Pamiętaj: Sześćset Sześćdziesiąt Siedem Dni – wyszumiał pogłos z łazienki.
Dziewczyna upadła na kolana i zaczęła szlochać.
Komentarze (12)
P.S
Bardzo ładnie napisane te komentarze 👍👍
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania