Opowiadania z Wieloświata: Dobre Chęci

*** Tak z innej beczki; opowiadanie napisane pod tematykę konkursu***

 

Wysoki mężczyzna o kruczych włosach i niewielkim piwnym brzuszku, podszedł do mównicy, rozejrzał się po wypełnionej niemal całkowicie sali plenarnej, a następnie chrząknął gromko oczyszczając gardło, i pochylił do mikrofonu.

– Szanowni panowie i panie, Rado Europejska oraz wy, strażnicy magii współczesnego świata z Orakolum Nowum; przed wami podróżnik i publicysta oraz producent programu: „Z aurą przez świat”, pan Maksym Falard. Powitajmy go oklaskami – odsunął się od piedestału i zaczął klaskać. Sala wtórowała mu owacją. Z bocznego wejścia na trybunę wyłonił się szczupły mężczyzna w brązowej marynarce, przetartych dżinsach i dziwnie pasujących, tenisówkach. Kroczył powoli, ale pewnie. Za nim przebierała nóżkami mała istotka z różowymi kokardkami wpiętymi w szatynowe kucyki.

Oboje podeszli do mównicy. Dziewczynka kurczowo trzymała misia i stanęła za nogami Maksyma, który dostosował mikrofon do swojego wzrostu.

– Wielcy tego świata… – rozpoczął pompatycznie. – Mnie prawdopodobnie większość z was zna z Internetu i telewizji, ale dzisiejszy program nie będzie o mnie – delikatnie zachęcił swoją małą towarzyszkę by wyszła z jego cienia.

– Poznajcie proszę Mej; to jej historię chcę wam opowiedzieć…

 

******************************************************************

Dzień zapowiadał zaskakująco dobrą pogodę, jak na tą górzystą strefę Chin. Słońce hojnie obdarowywało ciepłem, a powietrze wysycał wilgotny zapach ocierających się o zbocza, zawieszonych nisko chmur. Przybyłem do tego miasteczka w poszukiwaniu prawdziwego Państwa Środka: nie tego zatłoczonego, wielkomiejskiego, a bardziej prowincjonalnego, odseparowanego od pędu współczesnego świata.

Lata pracy w roli podróżnika i dziennikarza, nauczyły mnie, że to właśnie takie miejsca pozostają ostoją prawdziwości: bez narzuconych przez współczesność schematów ciągłego, niezaspokojonego pragnienia posiadania wszystkiego, wszędzie i natychmiast.

W takich właśnie miejscach jak to, można było poznać prawdziwą magię: przesyconą folklorem, mistycyzmem; zakorzenioną w wielowiekowej tradycji; magię opartą na rytuałach przekazywanych z pokolenia na pokolenie. To właśnie tropem takiej magii przemierzałem świat, odkrywając i dokumentując sztuki władania astrą w jej ogromnej różnorodności. Ta fascynacja – a może już obsesja – doprowadziła mnie do miejsca owianego legendą nawet wśród Chińczyków.

Zamknąłem laptopa, dopiłem kawę i ruszyłem malowniczą uliczką, która wiodła w dół zabudowanego wzgórza.

W miasteczku panowała sielankowa, niemal arkadyjska atmosfera; ludzie byli bardzo przyjacielscy, w szczególności starsi obywatele, witający mnie uśmiechami i dobrym słowem – a przynajmniej brzmiało jak dobre: nie mówiłem ani trochę po chińsku.

Z miejscowymi komunikowałem się przez swoją przewodniczkę, Chinkę Hen Ciao wykształconą w zachodniej Europie. Oczywiście z tymi nielicznymi obdarzonymi aurą, wymienialiśmy zdania poprzez magię: myśli nie znały języka, a posiadały kształt, który każdy transferował w znaną mu formę tego samego.

I tym razem, smukła Hen o promiennym uśmiechu ubrana w różowy top i wytarte na kolanach dżinsy, oczekiwała na mnie na skrzyżowaniu, niedaleko swojego hotelu. Razem mieliśmy spożyć śniadanie w towarzystwie miejscowej Nian-Zhang: starszej regionalnego zgromadzenia magów i wrażliwych.

Gdy wraz z Ciao dotarliśmy na miejsce, kawiarnia tętniła leniwym małomiasteczkowym życiem: starsi panowie czytali gazety, zarówno te tradycyjne jak i elektroniczne; kilku gości dyskutowało na temat wczorajszego meczu piłki siatkowej, a niewysoka kobieta ubrana w tradycyjne qipao, z gracją popijała jaśminową herbatę. Hen dała mi znać, że to właśnie Nian-Zhang, najwyższa rangą kultystka ze zgromadzenia: Moa Bianhi.

Poprawiłem kołnierz, sprawdziłem oddech i ruszyłem za swoją przewodniczką. Denerwowałem się jak diabli. Wschodnia magia różniła się diametralnie od naszej europejskiej czy amerykańskiej. Bardziej uduchowniona i rytualna; nie była skwantyfikowana i zamknięta w matematycznych wzorach, jak ta zachodnia. W tej nieokiełznanej mocy było coś, co mnie pociągało… ta wolność kształtowania astry, jej nieprzewidywalność.

To stąd, dziesięć lat temu, w mojej głowie narodził się pomysł na program: „Z aurą przez świat”. Chciałem zbadać i przedstawić inny punk widzenia; inny pogląd na magię i jej źródła.

Podeszliśmy na tyle blisko stolika Moa Bianhi, aby starsza kobieta mogła nas dostrzec. Odstawiła filiżankę i wstała, żeby się przywitać. Hen już znała; zamieniły kilka zdań po chińsku, po czym Bianhi przekierowała uwagę na mnie.

– Zǎoshang hǎo, fǎlā dé xiānshēng; nǐ hǎo ma? – spytała w tradycyjnym Chińskim. Spojrzałem błagalnym wzrokiem na Hen, która po tym jak stłumiła perlisty śmiech, przetłumaczyła.

– Pani Bianhi pyta: Jak się miewasz?

Ryzyk fizyk, pomyślałem i przesłałem odpowiedź po falach magii. Kobieta uśmiechnęła się grzecznie.

– Usiądźcie proszę – zaprosiła nas w nienagannym angielskim. – W towarzystwie bez-aurowych winno się rozmawiać tak by wszyscy rozumieli – dodała nie zdejmując z twarzy neutralnego uśmiechu.

Brawo Maksym: udało ci się wyjść na chama w pierwszym zdaniu. Zapominałem, że Hen nie ma ni krzty aury.

– *Nie*tylko*my*słuchamy… – usłyszałem w myślach i rozejrzałem się nerwowo.

– *Zachowuj*się*normalnie.*– Słowa znowu przypłynęły rezonując w moje aurze. Spojrzałem na Panią Mao. Zamawiała dla nas herbatę jak gdyby nigdy nic.

– Proszę powiedzieć panie Falard, co pana sprowadza do naszej urokliwej mieściny? – spytała werbalnie. Po plecach przeszedł mi dreszcz. Tylko tego nie spal Falard; to zamknięta społeczność, drugiej szansy nie będzie, myślałem pochłaniany przez panikę. Czułem się jak młodzik po studiach na swojej pierwszej rozmowie o pracę.

– Nian-Zhang Bianhi, dziękuję za zaproszenie. Sporo czytałem o tutejszym magicznym zgromadzeniu i poprosiłem lokalne władze o zgodę na nakręcenie reportażu. Wiem, że nie jestem pierwszym dziennikarzem, który o to prosił, dlatego jeszcze raz dziękuję za tę możliwość.

–*Nie*jesteś*tu*bez*powodu. – Tym razem byłem pewien: to ona. Nawet nie mrugnęła wysyłając przekaz, ale wiedziałem… czułem to.

– Nie ma, za co drogi chłopcze. Nam też przyda się trochę wiedzy o tym, co dzieje się na dalekim zachodzie – uśmiechnęła się wdzięcznie i popiła herbaty. W tej chwili dostarczono napar i dla nas. Zapach doskonałej camellia sinensis mieszał się z kojącym aromatem jaśminu.

–*Porozmawiamy*jeszcze*trochę*i*Musimy*jechać:*obserwują*nas.*

– Wyborny napar – skomentowałem, mówiąc równocześnie w astrze: – *Gdzie?*

– *Do*świątyni:*tam*czeka*powód*twojej*wizyty.*

 

*******************************************************************

 

Jechaliśmy na wschód. W górę zbocza wiodła długa, kręta ścieżka. Bianhi siedziała cicho: zarówno werbalnie jak i astralnie. Hen, która poza hotelem nie odstępowała mnie na krok, teraz przysypiała na tylnym siedzeniu. W pewnym momencie, za moimi plecami, zaczęło dudnić głośne chrapanie.

– W końcu – westchnęła Nian-Zhang – Ta dziewczyna to jakiś cyborg: tyle nindry powaliłby nawet bizona. Czym oni ich szprycują w tej inkwizycji?

– Nindry? Inkwizycji…? – wyksztusiłem z zająknięciem

– Tak; miała ją w herbacie i tak, dziewczyna jest w służbie Komunistycznej Partii Chin wydział kontroli magii. Nie wiem, czemu jesteś taki zdziwiony? – kontynuowała Bianhi nie tracąc swojego przyklejonego, serdecznego uśmiechu. – Powinieneś wiedzieć, że tutaj jest inaczej niż w Europie. Tutaj nikt nie jest pozostawiony samemu sobie, a już na pewno nie żywa broń, za którą partia postrzega magów –

Gwałtownie skręciłem by uniknąć zjazdu z urwiska.

– Patrz na drogę. Wszystko wyjaśnię jak dojedziemy na miejsce. Skręć w lewo. Musimy zgubić ogon.

– Ogon?

– Dwa czarne auta; około trzydzieści metrów za nami – spojrzałem w lusterko: droga pusta.

– Maskują się, ale przed drzewami nic się nie ukryje – wyjaśniła Mao Bianhi, a jej oczy spłynęły soczystą zielenią. Astra zafalowała a symetria magicznego pola pękła, uwalniając strumień energii. Drzewa za nami skrzyły się otulone astralną poświatą. Ziemia zadrżała.

Korzenie dotychczas zakopane pod ziemią, zaczęły gwałtownie rosnąć i wynurzać z gleby; po chwili plątanina poskręcanych, mechatych konarów zabarykadowała drogę za nami.

– To da nam kilka godzin. Nie ma tu innej, tradycyjnej drogi – oznajmiła Bianhi i wyciszyła aurę.

Jest naprawdę silna, pomyślałem i powoli wpadałem w panikę. Serce biło mi jak szalone, ale nie chciałem poddać się temu uczuciu. Zmitygowałem się i wyszeptałem mantrę ładu, aby ukoić niepokój – zadziałało.

– Kim są ci ludzie i czemu nas śledzą? – spytałem.

– Koledzy śpiącej królewny – prychnęła łypiąc na tylnie siedzenie z wyczuwalną pogardą – Bardzo chcą wiedzieć, po co jedziemy do świątyni.

– Ja też bym chciał.

 

******************************************************************

 

Architektura siedziby miejscowego zgromadzenia przypominała tradycyjne, taoistyczne kompleksy sakralne: strzeliste, zawinięte kafelkowe dachy wsparte na wykonanych z przepychem dougong, wyrastały na przestrzennym placu poprzecinanym ozdobnymi murami i bramami w kształcie łuku.

Skierowaliśmy się prosto do kilkupiętrowej pagody. Magia pieczętująca jej mury, była potężna. Bianhi chwyciła mnie za rękę i poprowadziła krętymi schodami w górę, aż do pomieszczenia, przed którym stała niewysoka blada kobieta w nowoczesnym kimonie. Pokłoniła się. Na plecach miała wyszyty, wielki znak Yin-Yang: potężny symbol równowagi i ładu.

–*Czy*Mejlin*nie*śpi? – zapytała telepatycznie Mao Bianhi.

–*Nie*matko.*Czy*to*on?*Ten*Europejczyk?* – młoda kobieta otaksowała mnie wzrokiem.

–*Chyba*tak*– odpowiedziałem wysyłając astralny przekaz okraszony fizycznym uśmiechem – kobieta skrzywiła się, jakby moje słowa parzyły: zapewne posiadała aurę z przeciwnej domeny magii.

– Nie mamy czasu, śledzili nas – oznajmiła Bianhi i weszła do pomieszczenia. Pokój przypominał salę zabaw małego dziecka: wszędzie pluszaki i porozrzucane zabawki; nic szczególnego – nic oprócz ogromnych run pochłaniających, wyściełających każdy kawałek ściany; niektóre z nich były nawet nadtopione. Przełknąłem nerwowo ślinę.

– Mejlin kochanie; możesz wyjść! – zawołała młodsza czarodziejka. Spod łózka wyczołgała się mała dziewczynka i spojrzała na mnie podejrzliwie. Po runach zaczęły pełgać szkarłatne płomienie.

– Ten pan jest z nami Mej: nic ci nie grozi – uśmiechnęła się Mao i kucnęła przed dziewczynką rozkładając ręce w geście powitalnym. Pobudzona, czerwona magia gniewu, osłabła. Mej rzuciła się w ramiona starszej kobiecie.

Nadal nie rozumiałem, co tu się dzieje i liczyłem na to, że to jest moment, kiedy się dowiem, ale nie naciskałem: moc, jaką tu dysponowano znacznie przerastała moją. Byłem zdany na łaskę czarodziejek i miałem tego pełną świadomość.

– To jest moja wnuczka – oświadczyła Bianhi – Przywitaj się Mejlin. – Dziewczynka pokłoniła się grzecznie.

– Jak już zapewne pan się domyślił, Mej nie jest zwykłym dzieckiem. Moc, jaką posiada znacznie przekracza zdolności przeciętnego magicznego splotu.

– Czyżby Mas-Tanas…? – wypaliłem wywołując zdziwienie w oczach obu kobiet. Czarodziej nadzwyczajny… astralna anomalia... myśli galopowały popędzane przez silne emocje.

– Dokładnie, i tu pojawia się problem panie Falard: jeśli nasz rząd dowie się o jej istnieniu, Mej posłuży im za żywą broń i propagandę siły. Będzie jak odmóżdżony pies zaszczuty przez swojego pana. Nikt tego nie chcę, a w szczególności my: jej matka i babka.

– Nie możecie jej stąd wywieść? – zapytałem naiwnie.

– Poza tymi murami jej aura jest jak latarnia w ciemnościach: przyciąga natrętne robactwo. Musimy ją teleportować i to daleko stąd.

– Do tego potrzeba ogromnej mocy! – żachnąłem się. To było szaleństwo.

– Moc Mamy: Mejlin nam pomoże – odpowiedziała Mao Bianhi. – Brakuje nam tylko kotwicy: silnego magicznego przekaźnika zakorzenionego z dala od tego miejsca… tego kraju. Pan pasuje do tej roli idealnie, panie Falard. Pytanie czy pan się zgodzi?

Spojrzałem na zdeterminowaną minę matki tej dziewczynki: widziała we mnie zarówno wybawcę, jak tego, który odbierze jej dziecko. Mejlin stała spokojnie zaciskając rączki na misiu. Płakała, ale w milczeniu. Musiały ją do tego przygotowywać, pomyślałem

– No i…? – ponagliła mnie Mao.

 

***********************************************************************

 

– I tak oto, moja droga Europo oraz wy panowie z Orakolum Nowum; jesteśmy tutaj razem z Mej, żeby opowiedzieć wam tę historię – wziąłem wystraszoną dziewczynkę na ręce. – Niech to dziecko będzie dla nas impulsem do zmian. Nie zamykajmy się wewnątrz naszego dobrobytu; nie zamykajmy się na tych, którzy potrzebują naszej pomocy. To my winniśmy nieść oświecenie tam gdzie ludzie żyją w mroku i strachu, tak jak ta dziewczynka i jej rodzina. – Za swoją patetyczną przemowę dostałem owację na stojąco. Nie lubiłem wcielać się w rolę guru, ale jeśli miało to komuś pomóc to, czemu nie. Mejlin przyglądała się klaszczącemu tłumowi i zaciskała raczki na mojej marynarce.

– Nie bój się – szepnąłem jej do ucha. – Już kończymy, zaraz pójdziemy na lody – spojrzała na mnie i uśmiechnęła się nieśmiało. Marszałek Rady Europejskiej podszedł do nas z mikrofonem. Sala ucichła.

– Czy chciałabyś nam coś powiedzieć? – spytał Mej a ona powolutku kiwnęła główką na tak. Byłem zdziwiony, ale postawiłem ją na ziemi. Marszałek podsunął mikrofon.

– GŁUPCY! – wygrzmiał metaliczny obcy głos. Okna zadrżały od falującej symetrii, napiętej do granicy wybuchu.

– MYŚLICIE, ŻE CHCEMY WASZEJ ZEPSUTEJ, ROPIEJĄCEJ DEMOKRACJI!

Ocknąłem się z pierwszego szoku i pochwyciłem Mej. Fala gniewnej magii uderzyła we mnie jak tsunami. Walnąłem plecami o mównicę. Marszałek upadł na podłogę.

Podniosłem głowę.

Mejlin lewitowała. Ochrona zwolniła salwę magicznych pocisków obezwładniających. Mejlin wchłonęła je w swoją aurę i uderzyła powalając i paraliżując wszystkich magów na auli.

Kule konwencjonalnej broni, wypuszczone przez gwardię, stopiły się w powietrzu, spadając na spanikowany tłum, ognistym deszczem.

– JESTEŚCIE SŁABI… – demoniczny warkot rozdarł się na frakcję i rozmył w fazie, zupełnie jakby tysiąc głosów przemawiało przez Mej jednocześnie.

Kolejna fala magii wgniotła mnie w podłogę i odebrała oddech. Moc, jaką uwolniło to dziecko była niewyobrażalna, nienaturalna, jakby zaszczepiona i ciasno upchana w małe niewinne dziecko

Broń masowego rażenia. Broń ostateczna, pomyślałem i straciłem przytomność.

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania