Boska Makabra: Filozof - Rozdział 1 (Część 4)

Peter i Jan jak zawsze od wczesnego rana pracowali, by pomagać ludziom z wioski i okolic z różnymi problemami zdrowotnymi; zaczynali od stłuczonych kolan u dzielnych dzieciaków, leczyli przeziębienia, grypy i gorączki, bóle głowy, doradzali ludziom, ale również walczyli o wynalezieniu leku na chorobę zwaną hemasitus. Nikt dokładnie nie wie, skąd ona się wzięła. Wylicza się, że pojawiła się jakieś tysiąc pięćset lat temu, choć wielu uczonych sprzecza się z tą tezą. Faktem jest jednak, że jest to pasożyt stworzony magicznie, wielu wspaniałych magów poświeciło całe swoje życie na szukanie leku lub rozwiązania, zawsze nieskutecznie. Znajdywały się leki, które łagodziły ból chorego, lecz te nigdy nie potrafiły wyleczyć nikogo.

Peter i Jan byli tacy jak ci naukowcy. Robili wszystko, by wynaleźć lek na hemasitus. Trzy lata walczyli o pozwolenie na leczenie chorych ludzi, po niezliczonych godzinach nauki i praktykach w najróżniejszych instytutach w końcu się udało. Kontynuowali uczenie się i testowanie różnych leków i metod, by wyleczyć swoich pacjentów. Jednakże, choć wynaleźli coś przełomowego, co naprawdę na długo łagodzi ból i spowalnia pasożyta przed zjadaniem swojego nosiciela, nadal nie mogą zapobiec najgorszemu. I tak samo było dzisiaj.

Obydwoje stali nad jednym z nich, wcześniej specjalnie się zabezpieczyli, by się nie zarazić, chociaż i tak musieli zachować ostrożność. Był to pacjent, który leżał u nich od dawna, przenieśli go do oddzielnej izby. Jego całe ciało owinięto bandażami, nie miał nawet już jednej ręki, gdyż amputowali mu ją, gdy pasożyty doprowadziły do jej obumarcia.

– To terminalna faza. – Powiedział smutno Jan.

– No… – jęknął pacjent. – Wiedziałem, że się to stanie…

– Przepraszam… – powiedział Peter. – Przepraszam za to, co zaraz zrobię… Przepraszam za to, że nie zdołałem znaleźć leku…

– Młody, no… – zakaszlał krwią. – Walcz dalej. I usypiaj mnie, masz chyba coś tam do usypiania.

– Nie uśpimy cię. – Powiedział Jan. – Pasożyt zneutralizowałby truciznę. Więc musimy… zrobić to inaczej…

– …Słucham? – jęknął słabym głosem. Wokół niego zaplątały się magiczne zwoje, które przycisnęły jego ciało. Nie mógł się ruszyć. Po chwili również jeden ze zwoi przeciągnął jego głowę do tyłu, by dobrze widoczna stała się szyja. Pacjent nie czuł przerażenia. Był… spokojny, że zaraz jego męki się skończą. Jan podał mu zastrzyk z morfiny by nie odczuwał bólu, lecz musieli się spieszyć, gdyż pasożyt potrafił ją szybko neutralizować..

Peter nałożył na swoje dłonie specjalny materiał i zaklęcie, po czym wziął nóż do ręki. Po jego policzkach popłynęły łzy.

–Peter… Ja to zrobię. – Zaczął Jan.

–Nie… Ja muszę to zrobić… To moja kara, że nie mogłem go wyleczyć… – mówił łkając. Przyłożył do szyi umierającego nóż, po czym szybko przeciągnął, raz, potem drugi. Już było po wszystkim. – Wybacz mi, proszę, wybacz…

Po całym „zabiegu” podpalono ciało, a prochy zebrano. Jan spisywał dane pacjenta, by móc odesłać urnę do jego rodzinnego miasta, gdzie życzył sobie, by zostać pochowanym. Peter siedział w pokoiku obok, szarowłosy nadal słyszał jak płacze. Gdy skończył pisać, poszedł do niego. Złotowłosy trzymał ręce na głowie, siedział skulony… ciągle płakał. Trząsł się na myśl o tym, co zrobił. A zrobił to już trzeci raz w życiu.

– Jestem bezużyteczny… Morderca… – mamrotał do siebie.

– Peter… no, Peter… – mówił Jan, który przykucnął przy nim. – Trzymaj się, na pewno niedługo się nam uda…

– Nic… Nigdy się nie uda… – jęczał. – Nie umiem im pomóc… Nie mogę ich nawet humanitarnie uśpić… By oszczędzić im męki, muszę zadać im inną… Jestem obrzydliwy…

–Peter, nie. Robisz to, by nie cierpieli, to nie jest męka.

–Nic nie umiem do jasnej cholery zrobić! – krzyknął. – Tyle prób, a zero efektu…

–Więc… – zaczął Jan, wstając. – Zrobię wszystko, byś już nie musiał tego robić. – Peter wyjrzał na niego, miał przekrwione oczy i czerwoną twarz. Jan za to leciutko uśmiechnął się. – Zrobię to! Tylko daj mi… trochę czasu. Zrobię to, obiecuję ci.

– Jan…?

– Zobaczysz… że wszystko się ułoży. – Powiedział Jan, po czym wyszedł. Peter miał sieczkę zamiast mózgu. Nie wiedział, co się wokół niego dzieje.

~

Edward siedział przy swoim biurku, czytając książkę. Tym razem wstał wcześniej, więc postanowił wykorzystać poranek na przeczytanie kolejnej lektury. Była ona o religiach. Postanowił zagłębić się w ten temat głębiej, choć nie przepadał za nim, ciekawiły go różnice i podobieństwa między danymi wyznaniami. W Gormilli głównie panowało wyznanie jednego boga – Marsa, ognistego boga wojny. To właśnie od tej wiary odszedł Edward, gdyż ten bóg jest czasem kojarzony z Ra, czyli bogiem słońca. Zaczął lekturę od religii światła.

„Jest twarda i ortodoksyjna…” – pomyślał. – „Znane mi jest ich wierzenie, że słońce ma spalić niewiernych. I te nawoływanie do ataku… Nigdy nie zrozumiem tej ich… „filozofii”… Co mamy dalej… „ofiarę dla słońca składa się poprzez spalenie niewiernego na stosie”. Cholernie urocze…”

Ed przerzucił kilka kartek, gdy nagle znalazł się na innej religii. Nosiła nazwę „Prawa pętli”. Złotowłosy zastanowił się.

„Gdzie ja słyszałem tę nazwę?” – pomyślał. Nie znał dokładnie tego wyznania, więc zabrał się za czytanie. Kilka minut później zjawiła się Kasei. Znowu była w swojej zwierzęcej formie, więc wskoczyła Edowi na biurko.

– Kalimera! Co czytasz? – spytała, siadając przy książce. – Religie? To ty czytasz coś innego niż durne książki o myślach jakichś popaprańców?

– No widzisz, czytam coś innego niż „durne książki o myślach jakichś popaprańców” –odpowiedział z wrednym uśmiechem. – Tak na serio po prostu chcę zgłębić wiedzę na temat wyznań.

–Hm… „Prawo pętli”, co to jest? – spytała.

–Właśnie sam teraz o tym czytałem. Dosyć ciekawe wyznanie; uważa się w nim kosmos za boga. W sumie nieco sensowne, skoro kosmos jest czymś, czego nadal nie umiemy pojąć. – Ooo… – Zaciekawiła się. – Co jeszcze?

– Jest to jeden z odłamów Wiary Dwunastu, podobnie w sumie jak Wiara Światła. Wyznawcy uważają, że każda gwiazda oznacza czyjąś duszę. Wierzą też w reinkarnację i to, że siła wyższa nagradza ich i karze za to, co robili za życia. Jest tu również napisane, że dusza wraca do swoich bliskich po odrodzeniu... To dosyć typowe, prawda?

– Dla mnie… brzmi nawet fajnie. Że każda gwiazda to jedna dusza i kosmos jest bogiem…

– Jak dla mnie to niestety głupota. – Powiedział twardo. – Moją wizją jest to, że śmierć jest dopełnieniem życia i dalej nie ma nic. Więc nie mogę się w zupełności zgodzić z tym wyznaniem. Chociaż pomysł wszechświata jako boga jest dosyć… interesujący.

– Ale dlaczego nie umiesz się z tym zgodzić? To inne niż wyznanie boga światła. I twoja wizja jest taka… smutna.

– Dlaczego? Ponieważ gdyby reinkarnacja istniała… zauważyłby to ktoś. Wyobraź sobie, że masz przyjaciela, ten przyjaciel umiera, a po kilku latach znowu go spotykasz. Brzmi nieco jak bajeczka. Oczywiście można jeszcze pomyśleć, że ta osoba pojawiła się w innym miejscu, jednak cytując „dusza wraca do swoich bliskich”, wychodzi na to, że takiego przyjaciela w końcu byś spotkała. A znam wiele ludzi, którzy stracili bliskich… i jakoś nigdy nie mówili mi, że znowu ich spotkali. A czemu jest smutna… po prostu taką mam wizję. Dla mnie nie ma sensu trwanie po wieczność na świecie. To, że życie jest takie krótkie i się kończy nadaje mu sens, bo chcemy je wykorzystać. A ze świadomością, że i tak się odrodzimy… trochę traci to na wyjątkowości. Chociaż zależy, kto jak czuje.

– No… w sumie to ma sens. – Przyznała.

– To tylko moje poglądy. Jeśli dla ciebie jest to sensowne i interesujące, nie mogę przecież cię winić. – Odpowiedział ze szczerym uśmiechem.

– Pff, nie potrzebuję twojego pozwolenia, deklu. – Odpowiedziała swoim wrednym tonem.

– No, już się bałem, że cię podmienili. – Śmiał się, jednak ich codzienna „tradycja” dokuczania sobie szybko minęła. Usłyszeli, że ktoś wszedł do domu. Był to Peter, który wrócił po nocnej zmianie. Wyszli, by go przywitać. Miał przekrwione od płaczu oczy. Kasei zmartwiła się, ale Ed wiedział o co chodzi. Podszedł do brata i położył mu rękę na ramieniu.

– Nie mogłeś nic na to poradzić… – zapewnił Edward.

– Mogłem… – odpowiedział Peter i poszedł dalej. Usiadł na drewnianej ławie, na którą był narzucony koc. Rudowłosy fenek wszedł na nią i położył mu się na kolanach. Peter zaczął lekko ją głaskać.

– Hej, nie poddawaj się jeszcze. Masz przecież innych pacjentów, którzy w ciebie wierzą. – Ed usiadł obok niego. Peter lekko się uśmiechnął.

– W sumie masz racje, ale co taka niedorajda jak ja ma zrobić…

– Taka niedorajda robi bardzo dużo – poczochrał go po głowie. – Odpocznij trochę teraz. A gdzie Jan?

– Jan też poszedł do domu, choć teraz miała być jego zmiana. Wiem, że głupio tak znikać, ktoś może potrzebować pomocy…

– Jeśli tak będzie… Miałem iść poćwiczyć z Kasei, więc możemy zrobić to niedaleko lecznicy. Jakby co to któregoś z was wezwiemy, albo babcię Casandrę.

–To… dobry pomysł. Ale chciałbym iść jednak z wami. – Peter wziął Kasei w dłonie. Ta zrobiła minę jak obrażone dziecko, lecz po chwili zaczęła się śmiać.

– No, muszę ci pokazać jak się poprawiłam! – krzyknęła, merdając ogonkiem.

– Co? Ty? – wyśmiał ją Ed.

– Zabiję cię jak będziesz spał. – Zagroziła przerażającym tonem. Ed udawał przerażonego. Peter lekko uśmiechał się, wiedział, że jest dla nich ważną osobą i chcą go pocieszyć, doceniał to. Lecz martwił się o Jana, nadal nie wiedział, o czym szarowłosy wcześniej mówił.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Bajkopisarz miesiąc temu
    „się jakieś 1500 lat”
    Liczba lepiej słownie
    „to sprzecza. Faktem jest jednak to, że jest to”
    3 x to
    „Robili wszystko, by wynaleźć lek na to.”
    Zamiast zaimka „to” wstaw na co.
    „leczenie takich ludzi”
    Zamiast zaimka opisz jakich ludzi
    „Kontynuują uczenie się i testują różne leki i metody, by wyleczyć swoich pacjentów.”
    Przeskok na czas teraźniejszy trochę tu nie pasuje, sugerują zostać w przeszłym
    „Złotowłosy i szarowłosy stali nad jednym z nich”
    Uwagę o kolorach włosów już wcześniej napisałem. Tutaj dodatkowo miesza zaimek nich, bo oznacza, że albo złotowłosy stał nad szarowłosym, albo odwrotnie. A nie że stali nad pacjentem.
    „byli specjalnie zabezpieczeni by się nie zarazić, chociaż i tak musieli zachować ostrożność. Był to pacjent, który leżał u nich od dawna, przenieśli go do oddzielnej izby. Był”
    Byli-był-był
    „powiedział słabym głosem”
    Trzeci raz powiedział w czwartym zdaniu. Zmień na wyspał, jęknął, mruknął, ale nie powtarzaj.
    „gdyż pasożyt raz dwa ją zneutralizuje.”
    Znów pomieszanie czasu, lepiej wybrnąć z tego neutralnie: gdyż pasożyt potrafił ją szybko neutralizować.
    „jego ciało, a prochy zebrano. Jan spisywał jego dane, by móc odesłać urnę do jego”
    3 x jego
    „Peter siedział w pokoiku obok, szarowłosy nadal słyszał jak Peter”
    2 x Peter
    „Złotowłosy chłopak siedział”
    Wprowadzasz zamieszanie – kolejny złotowłosy, ale inny niż przed chwilą, nie wiadomo o kogo chodzi. Lepiej zacząć od imienia.
    „kolejną książkę. Tym razem wstał wcześniej, więc postanowił wykorzystać poranek na przeczytanie kolejnej”
    Kolejną-kolejnej
    „słyszałem tą nazwę?””
    Tę nazwę
    „ich i kara za to,”
    Karze
    „to jedna dusza i kosmos to bóg…
    – Jak dla mnie to niestety głupota. – Powiedział twardo. – Moją wizją jest to”
    3 x to
    „Więc nie mogę się zgodzić z tym wyznaniem w zupełności.”
    Jeśli zupełności zostawiasz na koniec, to może to oznaczać, ze się zupełnie nie zgadza albo że się niezupełnie zgadza (tylko częściowo). Jeśli przeniesiesz w zupełności na początek, to będzie zaakcentowane i będzie jasne, że się całkowicie nie zgadza,
    „przekrwione oczy od płaczu”
    Szyk: od płaczu oczy

    Zaimki się znów rozzajączkowały, ale może jest ich trochę mniej niż poprzednio. Po wygładzeniu powinno być ok.

    Treść bardzo mi się podoba, zwłaszcza te rozważania o religiach i różnych koncepcjach, to zawsze jest interesujące, dla mnie szczególnie, bo bajki, wierzenia i religie się mocno przenikają i zawsze można wyłapać coś ciekawego. Gwiazdy jako dusze, reinkarnacje, fatalizm to jest wielkie pole do popisu dla wyobraźni. A o koncepcji śmierci jako początku czy końca też można dywagować bardzo długo. W tym kontekście rozpacz Petera i Jana, że nie udało im się uleczyć pacjenta też ma podwójny wymiar – po ludzku cierpią, bo nie pomogli, ale z drugiej strony cierpią, bo nie są bogami, którzy uleczenia załatwiają na pstryk palca. Nieprzypadkowo koncepcje bogów w różnych religiach tak często tyczą się uzdrowień, bo tym najłatwiej „zaimponować”.
  • Clariosis miesiąc temu
    Poprawione i zrobiony update. Dzięki wielkie. c:

    To prawda, nad tymi koncepcjami można bardzo długo rozmyślać i dojść do bardzo wielu wniosków, w zależności od okoliczności i sposobu, w jaki się na daną sytuację spojrzy.
    Twoja interpretacja przeżyć Jana i Petera bardzo mi się podoba - cieszę się, że mogłam wywołać takie odczucia, naprawdę miałam taki cel. Chciałabym również podziękować za pomoc w poprawianiu, bo dałeś mi bardzo dużo do myślenia i wiem, na co być bardziej wyczuloną od teraz. No i oczywiście bardzo, ale to bardzo się cieszę, że mogłam zainteresować Cię treścią - oby dalsze części również były tak samo dla Ciebie interesujące. c:

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania