Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Boska Makabra: Filozof - Rozdział 2 (Część 4)

Właśnie dziś, pochowałem jedną z bliskich mi osób, Jana. Z nieznanego mi powodu postanowił złamać magiczne tabu i użyć magii krwi. Nie jestem w stanie pojąć, dlaczego to zrobił. Czyżby chciał sprawdzić, czy tą magią odnajdzie coś, co pozwoli wyleczyć hemasitus? Magia krwi zawsze uważana była za coś straszliwego, lecz uznano ją za tabu dopiero, gdy odkryto właśnie tę chorobę. Więc dlaczego to zrobił? Nie wiem jednak, czy jest sens teraz nad tym rozmyślać. Muszę zająć się teraz Peterem i Kasei, a także powinienem znaleźć tego wariata Mateo, zanim coś gorszego wyczyni…

 

Edward siedział przy biurku i pisał kolejną notatkę. Kasei w swojej ludzkiej formie siedziała niedaleko, zajadając się kupioną wczoraj pomarańczą, czytała książkę o legendach ze wszystkich stron świata.

– Hej, Ed – zagadnęła, nie odrywając wzroku od książki.

– Tak? – on tak samo nie odrywał się od pisania.

– Peter nie wyszedł od czasu pogrzebu? Jest już wieczór, minęło jakieś…

– Piętnaście godzin. – Odpowiedział. – Pogrzeb był o siódmej rano, teraz mamy dziesiątą w nocy.

– Nawet głód go nie skłoni do wyjścia?

– Nie, pewnie znowu się głodzi. – Odłożył pióro, po czym wstał. – Wyciągnę go z pokoju, nawet siłą. Przecież to nienormalne, by tak długo nie jeść.

– Peter ogólnie mało je, tak zauważyłam…

– Wiem o tym i nie podoba mi się to. – Zbliżył się do drzwi od pokoju. – Chyba zacznę to kontrolować.

Edward zaczął iść w stronę pokoju swojego młodszego brata. Chciał już zapukać, lecz powstrzymał się, gdyż usłyszał dziwne, ciche dźwięki. Przypominały one zaciskane wargami jęki bólu. Złotowłosy przestraszył się, więc bez ostrzeżenia otworzył zamek magią i wparował do środka. Pokój oświetlały świece, a okno zostało zaklejone czarną folią. Peter siedział przy biurku, tyłem do Eda. Nagle gwałtownie odwrócił głowę.

– Dlaczego tu przyszedłeś…? – spytał słabym i nieco przerażonym tonem.

– Cóż, znowu nic nie jesz, zamykasz się w pokoju, a wydawało mi się jeszcze, że słyszałem… – Uwagę Eda przykuło coś na stole, coś, co odbijało światło świecy. Gdy mocniej się przyjrzał dostrzegł, że to skalpel. Podszedł bliżej. – Peter, co to jest?

– A–– T–Tak, to tylko skalpel. Wiesz, do zabiegów, taki nożyk! – Wyjaśnił i szybko zakrył go dłonią.

– …Zakrwawiony? – spytał niepewnie Edward.

– No… Wiesz… Trochę nim badałem krew i tak dalej…

Edward podszedł jeszcze bliżej, gdyż czuł, że coś jest nie tak. Zlustrował wzrokiem swojego młodszego brata, który starał się ukrywać ręce. I wtedy ujrzał, że bandaż na jego prawym nadgarstku jest nieco czerwony.

– Peter… – powiedział poważnie.

– T–Tak…?

– Pokazuj mi ręce.

– Ale… dlaczego…? – spytał przerażony i zaczął się lekko trząść. Ed rzucił się w jego stronę i przycisnął go do ściany. Peter szarpał się, lecz Ed złapał mocno go za ręce, a resztę jego ciała unieruchomił własnym, po czym szybko zerwał z jego prawego nadgarstka bandaż. Ujrzał głębokie rany, jedną starszą wzdłuż żyły i kilka nowszych w poprzek. Na ten widok oczy Edwarda wyraziły emocje strachu, złości i smutku, źrenice były niczym punkciki. Zerwał bandaż i z lewego ramienia, tam także znajdowały się rany. Edward na początku myślał, że Peter obandażował obrażenia które zadał mu Mateo, dlatego o to nie pytał. Jednak teraz znając prawdę nie mógł uwierzyć, że jego brat sam siebie okaleczył.

Powoli puścił go i zaczął się odsuwać, nadal patrząc na niego tym wystraszonym wzrokiem.

– Edward… J–Ja… – mówił drżącym głosem. Starszy brat nie był w stanie nic powiedzieć, odsunął się jeszcze bardziej, po czym wybiegł z pokoju. – ED, CZEKAJ! BŁAGAM!

Młodszy złotowłosy zaczął histerycznie ryczeć. Kasei gdy tylko to usłyszała, wstała i szybko pobiegła w stronę jego pokoju. Gdy dotarła, zobaczyła wszystko; zakrwawiony skalpel, zerwane, brudne bandaże, płaczącego Petera i rany na jego rękach. Przyłożyła dłoń do ust.

– Co ty narobiłeś?! – wykrzyczała przerażona.

– WSZYSTKO, CO ROBIĘ TWORZY PROBLEMY, PRAWDA? – odpowiedział głośniejszym i niezwykle zrozpaczonym krzykiem. – NIENAWIDZĘ SIEBIE, WSZYSTKO, CO ROBIĘ, TO RANIĘ INNYCH! JA… Już dłużej tego wszystkiego… n–nie wytrzymam…

– P –Peter… – zbliżyła się. – Nie jesteś problemem, po prostu… To wszystko musiało ciebie przerosnąć…

– Proszę… Wyjdź… – jęknął.

– Peter, nie wyjdę, dopóki…

– POWIEDZIAŁEM WYJDŹ! – Wypchnął ją z pokoju, zatrzasnął drzwi, po czym magią umocnił zamek. Po tym upadł na kolana, zaczął ciągnąć się za włosy i płakał. Głośno płakał.

Kasei stała nadal przed drzwiami, słuchając jego przerażającego szlochania. Położyła obydwie ręce na drzwiach, po czym dotknęła ich czołem.

~

Edward biegł przed siebie, po prostu biegł. Nie wiedział, co robić, czuł się beznadziejnie, czuł… winę. Po kilku minutach bezcelowego biegu zatrzymał się gdzieś na pustej przestrzeni, z dala od jakiegokolwiek domu. Oparł się o jakieś samotne drzewko i zaciskał zęby ze wściekłości. Był w furii, na samego siebie.

„Czy ja naprawdę nigdy nie mogę mu pomóc?” – myślał. – „Nieważne ile razy przegonie złodziei, oni i tak wracają. Nieważne ile razy… cokolwiek spróbuję, on wciąż siebie obwinia… Za co? Dlaczego nie mogli oni wynaleźć po prostu tego leku i być szczęśliwymi? Dlaczego… nikt nie mógł? A teraz… on nawet sam siebie okaleczył… A ja nie mogłem nic z tym zrobić… Nie mogę nic z tym zrobić… Nie mogę oszczędzić mu bólu…”

„Zawsze jest pewna droga, Edwardzie z Rebellar. Jednak czy twoja wiara w to jest odpowiednio silna?”

Ed znieruchomiał. W powietrzu czuł tajemniczą, ciężką i mroczną aurę, tak mocną, że zrobiło mu się duszno. Nie wiedział, kto do niego mówi. Zaczął nerwowo się rozglądać.

– Kto tu jest?! – wykrzyczał.

„Och, ludzie… Zawsze musicie drzeć się „kto tam?”, gdy ktoś przychodzi? Edwardzie” – zaśmiał się. – „Znam twoje myśli. Na pewno to, kim jestem nie zgadza się z twoim obrazem świata.”

– Więc kim jesteś? – spytał będąc czujnym.

„Interpretuj mnie jak chcesz; diabeł, bożek, bóg, mag. Tak szczerze, mało mnie obchodzi, za kogo będziesz mnie uważać.”

– Bożek…? – W tym momencie złotowłosy przypomniał sobie Wyznawców Światła i legendy. Uśmiechnął się, lecz po jego oczach było widać, że jest przerażony. – Chyba sobie ze mnie kpisz. I ja mam w to uwierzyć?

„Mówiłem, nie obchodzi mnie, jak będziesz mnie widział. Przyszedłem do ciebie z pewną propozycją.”

– Życzenia? Posłuchaj mnie, najpewniej jesteś jakimś gówniarzem, bądź kimś od tego boga słońca, który próbuje udowodnić powrót jakiegoś diabła i swoją wiarę. Mylę się?

„Gówniarzem?” – Zaśmiał się obrzydliwie głos. – „Wątpiący śmiertelnicy zawsze znajdą sobie na wszystko wyjaśnienie. Gardzisz religiami, wiem o tym, wiem również dlaczego. Dlatego właśnie cię wybrałem, bo jesteś personą niezwykle interesującą.”

– Więc może byś mi odpowiedział, kim kurwa jesteś? – Mówił coraz bardziej zdenerwowany.

„Ależ już powiedziałem: Wyznawcy Światła mają mnie za diabła, który spełnia życzenia mrocznymi mocami, inni mają mnie za wspaniałego ducha, który spełnia najskrytsze sny, a ty masz mnie za gówniarza, który próbuje udowodnić, że wiara światła jest realna.” – Zachichotał. – „Widzisz, jak dużo interpretacji?”

– Nie… – Edward zaczął kręcić głową.

„Czyżby twój światopogląd właśnie legł w gruzach? Przykro mi, naprawdę. Mógłbym pozostawić cię w tej słodkiej, zbudowanej z pogardy do wyznań iluzji, w której wierzysz, że bogów nie ma. W sumie nie odpowiem ci, czy bóg jest, czy boga nie ma. Ja egzystuję, ale czy muszę być bożkiem? Więc czy bóg może istnieć? Filozofie, najpewniej się na tym zastanowiłeś.”

– Skończ się ze mną bawić!

„Och, chyba zbyt głęboko pogrzebałem ci właśnie w głowie. Przyznam szczerze, że jesteś jedną z najciekawszych istot, jakie mogłem poznać. Więc, przyszedłem do ciebie z propozycją: chciałbyś zagrać w pewną grę?”

– Grę? – spytał poważnie. – O spełnienie życzenia? Przykro mi, jednak nie interesuje mnie coś takiego. Nie mam żadnych marzeń, nie potrzebuję ich. A tym bardziej nie będę ufać urwanemu kij wie skąd „bożkowi”.

„No wiesz co? Mógłbyś mieć dla mnie choć trochę szacunku, przecież jestem nad wami, ludźmi. No ale, czego ja się spodziewam po gardzącym ateiście? Edwardzie, jesteś przekonany, że nie masz żadnego życzenia? A może tym życzeniem byłoby szczęście brata, którego nie umiesz ochronić?”

Ed znieruchomiał. Nie był w stanie nic odpowiedzieć. Po jego głowie plątały się następujące myśli: „Skąd on wie?”, „Czy to naprawdę bożek?”, „To niemożliwe, on nie istnieje…”.

„Skąd wiem? Naprawdę bożek? Niemożliwe, że istnieję?” – powtórzył jego myśli. – „Edwardzie, ale przecież istnieję! Gdybym nie istniał, nie byłoby mnie tu. Przecież filozofia nie dopuszcza istnienia czegoś, czego nie ma, prawda? To irracjonalne. Nadal mi jednak nie odpowiedziałeś, czy na pewno jesteś taki pewny, że nie masz żadnego życzenia?”

– Na pewno nie robisz sobie ze mnie żartów…? – spytał, pustym tonem, choć był przerażony.

„Dowodem było to, że potrafię słyszeć twoje myśli. Ja w przeciwieństwie do was, ludzi, nie kłamię. Co najwyżej mogę zignorować pytanie, lub odpowiedzieć na nie niejasno, jednak na twoje odpowiem z pełną szczerością: nie robię. Pomyśl o tym, nie chciałbyś dać swojemu bratu czegoś, co wyleczyłoby hemasitus? Nie chciałbyś, by poświecenie jego przyjaciela jednak nie poszło na marne? Nie chciałbyś mu pomóc?”

– Rozumiem więc, że jeśli miałbyś mi to dać… musiałbym zagrać w tę „grę”.

„Inteligentny jesteś. Przecież nie ma nic za darmo, nie myśl sobie, że tylko ciebie wybrałem. Po tym globie chodzi wiele interesujących dusz, których serca chowają piękne i przepełnione mrokiem cele. I jak każda gra, ta również posiada zasady. Będziesz musiał zdobyć coś, co upoważni cię do wypowiedzenia życzenia.”

– Upoważni? Czy to, że mnie wybrałeś nie jest wystarczające?

„Nie jest, tak byłoby za łatwo. Każde z was będzie musiało znaleźć przynajmniej jedną moją pieczęć, których jest ogółem dwanaście. Kiedy już zdobędziecie jedną, musicie walczyć o jej zachowanie.”

– A potem?

„Ci, którym udało się zachować pieczęcie zostaną wezwani w jedno miejsce, gdzie odbędzie się decydująca walka o to, kto wypowie życzenie. To tak ogółem, nie wyjawię tobie szczegółów, gdyż byłoby to za łatwe. Będziesz musiał się reszty sam dowiedzieć. Na tym świecie nie tylko wy, wybrani, wiecie o tym. Są ludzie, którzy latami przygotowują się na moje przybycie, są też tacy, którzy kontrolują przebieg całej gry. Znajdź tych ludzi, a oni na pewno ci pomogą.”

– Brzmi to jak idiotyczna gra z opowieści…

„No widzisz, przecież to jest idiotyczna gra z opowieści.” – Zaśmiał się. – „Więc jak, Edwardzie z Rebellar? Chcesz dać swojemu bratu to, czego szukał razem ze zmarłym już Janem Visivio Jenkinsem? Miałbyś również okazję, by spotkać swojego przyjaciela.”

– Mateo…

„Dokładnie, Matevigo. Zrobiłem ci tak wielki napad na umysł, że najpewniej nie myślisz teraz logicznie. To nie tak, że czuję się z tym źle. Ale skoro masz mętlik w głowie, powinienem cię zostawić, byś sobie to wszystko spokojnie poukładał. Ale śpiesz się z decyzją, masz czas do następnego wieczoru. Przemyśl sobie dokładnie, wygra twoja niewiara w moją egzystencję, czy może chęć uwolnienia twojego brata od bólu bycia beznadziejną kupą mięsa? Wybierz mądrze, Edwardzie. Twoi wrogowie nie śpią.”

Głos zamilkł, a ciężka atmosfera zaczęła się rozpływać. Ed złapał się dłońmi za głowę, śmiał się. Śmiał się z tego, co właśnie się wydarzyło.

– Wspaniałe… Doprawdy… Wspaniałe! – Śmiał się mówiąc do siebie. – Bożek istnieje… – Wybuchł śmiechem. – CO ZA IDIOTYZM! W CO JA MAM NIBY KURWA WIERZYĆ, ECH? JAKA JEST PRAWDA?! – krzyczał w stronę nieba tak, jakby spodziewał się odpowiedzi. Nie dostał jej jednak.

Zaczął iść. Próbował poukładać sobie wszystko to logicznie w głowie, ale nie mógł. Było to prawdą to, że jego brak wiary wywodził się z obrzydzenia i pogardy. Gardził religiami, gardził również Wyznawcami Światła… lecz teraz nie wiedział, co myśleć. Doświadczył czegoś, co nie było normalne, nie było wytłumaczalne… Jego poglądy powoli łamały się pod tym, co stało się kilka minut temu. Chodził i myślał, myślał i myślał… gdyż to było jedyne, co mógł teraz zrobić.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania