Pokaż listęUkryj listę

Boska Makabra: Filozof - Rozdział 10 (Część 11)

Ludzie z miasta uciekali, prowadzeni przez służby porządkowe, lecz byli i tacy, którym ucieczka nawet przez myśl nie przeszła. Szli pod prąd biegnących i przerażonych cywili twardym i zdecydowanym krokiem. Ignorowali służbę porządkową, która kazała im odejść. Nie mieli zamiaru patrzeć biernie na wyczyny złodziei, które były zagrożeniem dla pokoju między Wyznawcami Światła a innowiercami. Setki ludzi obu płci i w najróżniejszym wieku zebrali się wokół świątyni światła. Okrążyli ją, robiąc z siebie żywy mur, trzymając się za ręce. Wiedzieli dobrze, czego złodzieje szukają i do czego chcą to wykorzystać, Cana wszystkich ostrzegła. Nie mieli zamiaru złodziejom na to pozwolić, dość mieli terroru, jaki sprowadzali.

Podnieśli głowy do góry, patrząc na gwieździste niebo i odmawiali głośno modlitwę.

Kyoko i Aru nie skupiły się zbyt dokładnie na teleportacji z powodu stresu. Opadli na piasek. Znajdowali się dalej, niż początkowo planowali. Dostrzegli niezbyt dużą świątynię w kolorze beżowym, którą otaczał okrąg kilkuset ludzi. Ściskali mocno swoje dłonie i wymawiali głośno modlitwę w niezrozumiałym dla nich języku. Po chwili gwar zamilkł, modlitwa skończyła się. Złodzieje nadchodzili z daleka, ludzie otaczający świątynię dostrzegli ich.

– NIKT, KTO NIE MA CZYSTEGO SERCA, NIE WEJDZIE DO ŚWIĄTYNI RA! – krzyczał jeden z mężczyzn w stronę złodziei. Reszta ludzi zaczęła tupać nogami na znak aprobaty.

– RA KOCHA KAŻDEGO, BEZ WZGLĘDU NA WIARĘ! – dodała jakaś kobieta. Ponownie zatupali.

– KAŻDY, KTO CIESZY SIĘ Z PROMIENI SŁOŃCA CZCI RA! – krzyknął tym razem jakiś chłopiec.

– RA NIE CHCE WIDZIEĆ W SWOIM ROMU ROZLEWU KRWI!

– WY JAKO JEDYNI SPRZECIWIACIE SIĘ RA!

– NIE WPUŚCIMY GRZESZNIKÓW TAKICH JAK WY DO ŚRODKA!

Grupa rozumiała te słowa, krzyczeli je we wspólnym. Ed zrobił kilka kroków w przód i przyjrzał się tym ludziom. Nie miał wątpliwości, że to Wyznawcy Światła, lecz te słowa były czymś, czego nigdy nie spodziewał się usłyszeć z ich ust.

Wtedy coś stanęło mu przed oczami. Coś, co bardzo rzadko sobie przypominał, nigdy nawet nie wspomniał o tym Peterowi. Stało się to dwa tygodnie po tym, gdy umarła ich matka. Wstał w nocy, usłyszał ojca. Stojąc w korytarzu, zajrzał ostrożnie przez drzwi prowadzące do salonu. Ujrzał, jak ten pakuje się, będąc karconym przez rozgniewaną Emerald Sand. Edward nie rozumiał wtedy dokładnie, o czym rozmawiali. Lecz zapamiętał to, co ojciec wtedy powiedział.

„Obiecałem jej i muszę to dopełnić. Nie obiecuję, że wrócę. Chcę jednak byś nauczyła ich szanować ludzi, bez względu na rasę i religię. Nienawiść wobec Wyznawców Światła przyniesie im tylko ból. Jeżeli już mają kogoś nienawidzić, to niech scedują to na mnie. Nie zasługuję, by być nazywany ojcem.”

Edward teraz nieco zrozumiał te słowa. Nigdy nie zastanawiał się zbytnio nad tym, gdzie ojciec się podział. Cierpieli z powodu jego odejścia, lecz nigdy nie czuli nienawiści do niego. Teraz jednak dotarło do niego, co miał na myśli. Dotarło do niego, że jednostki nie należy oceniać po grupie, tak jak niegdyś sądził.

Wyznawcy Światła dalej krzyczeli do złodziei, którzy byli coraz bliżej.

– To jak? – zagadnął nagle Ed. – Chyba to już czas byśmy pokazali złodziejom, gdzie ich miejsce.

Jego towarzysze kiwnęli głowami potwierdzająco. Kasei zmieniła się we włócznię i wskoczyła w jego ręce. Kyoko wzięła Eris, a Aru Lorenzo.

Złodzieje zatrzymali się. Jedni siedzieli na koniach, inni szli. Wyznawcy Światła puścili swoje dłonie. Ci, którzy byli bronami, zmienili się w drugie formy i pozwolili użyć się. Tym, którym nie przypadła ani jedna magiczna broń, chwycili w ręce przyniesione wcześniej narzędzia; młotki, noże, różnego rodzaju kije.

– NIE WPUŚCIMY WAS DO DOMU RA! – wykrzyczeli wszyscy na raz, tworząc charakterystyczny gwar, po którym nastała grobowa cisza. Wiatr lekko gwizdął, atmosfera zagęszczała się. Złodzieje nagle wydali bojowy okrzyk, po czym zaszarżowali w stronę chroniących świątynię ludzi. Ci przygotowali się i wybiegli w ich stronę. Aru, Kyoko i Ed dołączyli do nich. Zderzyli się. Na Edwarda wyskoczył przeciwnik na koniu, próbując go staranować. Złotowłosy wystrzelił wiązkę magii, zrzucił złodzieja z konia, po czym uderzył go włócznią w głowę, rozbijając ją. Złodziej padł martwy na ziemię, jego krew wsiąknęła w piasek. Ed zająknął się na ten widok. Po chwili wyskoczył na niego kolejny, Ed uderzył włócznią w nogi złodzieja, który upadł twardo twarzą na piasek.

Nadeszła kolejna grupa złodziei, Aru rozpaliła ścianę ognia, tarasując im przejście, a niektórych nawet podpalając. Kupiła tym chwilę czasu, by podbiec do trzęsącego się Eda.

– Zaprzeczałem mu – powiedział do niej. – Mówiłem, że zabijanie to nie wyjście. Ale miałem świadomość, że gdy do tego dojdzie, będę znowu musiał to zrobić. Miałem cały ten czas świadomość, że znowu zatopię ręce we krwi… Może on ma racje…

– Nie, Ed. Jest różnica między walką o życie, a mordem z zimną krwią. Teraz nie zabiłeś dla rozkoszy bożka, ale by ocalić tych ludzi. To bardzo trudne… lecz sytuacja jest, jaka jest. Zmusza nas walki. Lecz to, że walczymy z mordercami nie czyni nas takimi jak oni. Nie jesteśmy tacy jak złodzieje, ani tym bardziej jak bożek. Nie czynimy zła walcząc z tymi, co je zadają! Tępimy je, nawet, jeżeli musimy użyć ich broni! To tak samo, jak musimy użyć broni bożka, życzenia, by zniszczyć jego, czyż nie?!

Ed uśmiechnął się, przytaknął głową. Aru zrobiła dla niego przejście przez ogień, pobiegł w stronę ludzi walczących ze złodziejami, by ich wesprzeć. Ona sama ruszyła w drugą stronę, przeskakując przez ogień i rozpalając nawet większą jego ilość. Ich celem było niedopuszczenie złodziei do środka świątyni, tak, jak kazała Cana. Walczyli dzielnie, Kyoko używając Eris i swojego miecza udało się ochronić kilku rannych Wyznawców Światła, jacy nie byli dłużej zdolni do walki. Bitwa była równa, żadna ze stron nie zdawała się ani przegrywać, ani wygrywać, śmierć zbierała równe żniwa po obydwu stronach.

Ed starał się obezwładniać złodziei doprowadzając ich do utraty przytomności, lecz gdy nie dawali mu wyboru, kończył ich żywoty. Za każdym razem gdy to robił,czuł ból w sercu, a nie przyjemność i gniew. I to sprawiało, że był trzeźwy. To sprawiało, że czuł, że bożek nie ma racji. Co jakiś czas spoglądał na swoich przyjaciół, którzy walczyli jak lwy. Próbował też szukać wzrokiem Petera wśród złodziei, lecz nigdzie go nie dostrzegał. Jednak coś w duszy uspokajało go. Był pewien, że go wkrótce odnajdzie.

Niestety mimo ich starań, ktoś niepostrzeżenie wślizgnął się do świątyni.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Lotos 13.11.2020
    Przeczytałem z ciekawości, bo często się pojawiasz i przechodzisz bez echa, a w sumie szkoda, bo podoba mi się ten fragment, zapewne poprzednie też takie były.
  • Clariosis 13.11.2020
    A dziękuję pięknie za komentarz, jest mi bardzo miło. :)
    To nie tak, że bez echa - po prostu czytelnicy nie dotarli jeszcze do tych fragmentów, bo wrzucam szybciej, niż oni czytają. :) Jeżeli cofnąć się do rozdziałów z zakresu 1-6 to mają one całkiem sporo ocen i komentarzy. :) Oczywiście do szerszej publiki bardziej trafiają krótkie opowiadania, gdzie mam najwięcej ocen i komentarzy, ale niestety (bądź stety?) pisanie długich tomiszczy sprawia mi większą frajdę niż jednostrzałowców. :)
    Jeszcze raz dziękuję.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania