Boska Makabra: Filozof - Rozdział 1 (Część 7)

Peter przebywał w lecznicy. Opatrzył sobie rany kilka minut temu, więc po prostu siedział, w kącie patrząc w ścianę, czekając na Jana, martwiąc się o Eda. Nie umiał zahamować łez. To, co stało się rano, było dla niego zbyt przytłaczające, by mógł to znieść. Zaciskał dłonie, które splótł razem i łkał cicho, w cieniu. Na jego prawym nadgarstku znajdował się bandaż, tak samo na lewym ramieniu.

– To wszystko moja wina… To wszystko moja wina… – Cicho do siebie mówił. Płakał, gdy nagle usłyszał czyjeś kroki. Czuł się żałośnie, nie mógł uwierzyć, że zaraz ktoś zobaczy, jak płacze.

– Dlaczego płaczesz? Smutno ci? – Peter otworzył szerzej oczy na usłyszane słowa. Odwrócił wzrok i zobaczył małą brunetkę o pięknych, piwnych oczach.

– Yvon… – powiedział ze zdumieniem. – Jesteś w stanie chodzić?

– Nieco… Twoje leki pomogły… Ale nie będę się do ciebie zbliżać, jednak słyszałam, jak płaczesz.

– Niesamowite, jesteś naprawdę silna… – powiedział, po czym rzucił na siebie obronny czar. – Podejdź, teraz możesz.

Dziewczyna podeszła bliżej. Przyglądała się mu.

– Pobili cię?

– Tak… Widzisz, mam taki problem z łobuzami… Ciągle mnie napadają. Ale mój brat ciągle mnie chroni przed nimi… Teraz poszedł do nich, za mnie…

– Mój starszy brat też mnie chroni. – Odpowiedziała. – I wyzdrowieję, dla niego.

– Tak… Na pewno to zrobisz… – powiedział żałośnie, a wtedy dziewczynka złapała go za dłonie. Peter uśmiechnął się. W ogóle zapomniał o możliwości, że może się zarazić. Był tak oczarowany tym faktem, że jednak mógł komuś pomóc. Pomóc tak, że ta osoba stanęła na własne nogi i przyszła do niego. Lecz wtedy również nie zauważył, jak mały szop wślizgnął się mu do kliniki. Był zbyt skupiony na Yvon.

„Dasz sobie radę Prasz… Musisz tylko znaleźć krew do badań… Tak…” – myślał zdenerwowany. Po cichutku wcisnął się pod jedną z szafek i obserwował Petera i Yvon. Postanowił odpocząć tam i przy okazji poczekać aż wyjdą, by móc swobodnie pomyszkować. Nadal jednak był śmiertelnie przerażony, że go znajdą.

– Dlaczego leczysz takich jak ja? – spytała.

– Gdyż… chcę. Moja mama umarła na tą chorobę, więc chcę ją zwalczyć. A jak ty zachorowałaś?

– Próbowałam ochronić tatę. Przyszli do naszego domu jacyś ludzie, który zaczęli krzyczeć, że jesteśmy niewierni. I rzucili w nas takim czerwonym czymś, a gdy mama zobaczyła, że się tym ubrudziłam, upadła na ziemię i już nie oddychała. I niedługo potem obudziłam się tutaj.

– Wyznawcy Światła… – szepnął. – Bardzo mi przykro… Naprawdę mi przykro… Właśnie tak zachorowała moja mama. Została przez nich zaatakowana. Z tego powodu też mnie atakują.

– Dlaczego oni to robią?

–Po prostu uważają, że ich religia jest jedyna i prawdziwa. Są… przepełnieni nienawiścią. A ty w coś wierzysz?

– Tak. W kosmos.

– Ale… kosmos istnieje, nie musisz wierzyć.

– Nie, wierzę w to, że kosmos jest bogiem. I że spotkam mamę po śmierci, na innym świecie.

– Reinkarnacja? Sam w nią nie wątpię, tak szczerze.

Dziewczynka wtedy uśmiechnęła się. Peter zakłopotany podrapał tył głowy.

– A jaki jest twój brat? – spytała.

– Mój… jest waleczny. Lubi filozofię i często słyszę jak odprawia sam ze sobą monologi na różne tematy… Dba o mnie…

– O! Mój brat jest bardzo pomocny. Często jak musi wyruszyć gdzieś daleko, wraca z różnymi rzeczami dla mnie i dla reszty rodzeństwa. Ciekawe, czy mnie odwiedzi…

– Jestem pewien, że cię odwiedzi. – Powiedział. Wtedy do środka weszła dostojna kobieta o szmaragdowych oczach, czarnych włosach i w złotej zbroi. Yvon uciekła do pokoju dla chorych, by nie stworzyć zagrożenia. Prasz prawie dostał zawału, gdy przebiegła niedaleko. Uspokoił się po chwili, gdy zrozumiał, że nie mogła go zauważyć pod szafką.

– Jest tu Edward? Mamy poważny problem. – Spytała Emerald Sand.

– Edward… Poszedł bić się ze złodziejami… – powiedział ze wstydem.

– Peter… Znowu cię zaatakowali? – Podeszła bliżej i zaczęła oglądać jego ciało. Złotowłosy westchnął.

– Tak… – odpowiedział cicho. – Nie chcę o tym mówić… A, jaki problem, siostrzyczko? – Wykryto dziwną magię nad wioską, więc wysłano mnie tutaj. Nie mam dobrych wieści dla ciebie. Złamano tabu.

– Tabu…? – Peter wtedy przeraził się nie na żarty. Opuścił głowę w dół. – Teraz to, co stało się rano… ma dla mnie sens…

– Słucham? – spytała Emerald zdziwiona.

– Siostrzyczko… Wiem, o co może chodzić… – szepnął, nadal z opuszczoną głową. Słońce powoli zachodziło. – Nie chcę jednak od razu o tym mówić, proszę… Nie tutaj…

– Mam rozumieć, że mam wezwać posiłki?

– Tak… Ponieważ to nie będzie łatwy przeciwnik…

Emerald pomogła mu wstać i powoli wyszli. Prasz wyskoczył spod szafki, po czym wspiął się i ją otworzył. Los chciał, że znalazł to, co miał znaleźć. Zmienił się w swoją ludzką formę, wziął słoik i zasłonił go szmatką, która leżała obok. Wyskoczył przez okno, po czym zaczął szybko uciekać. Cieszył się, że udało mu się wypełnić misję.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania