Boska Makabra: Filozof - Rozdział 1 (Część 5)

Jan szedł przez las do domu, czując poczucie winy, że zostawił Petera w tym stanie samego. Pomyślał, że mógł chociaż odprowadzić go do domu, by był bezpieczny, a nie ponownie napadnięty przez bandytów. Sam szarowłosy się dziś z nimi spotkał, lecz udało mu się szybko uciec. Po chwili znalazł się przy domu, otworzył drzwi i wszedł do środka. Ściągnął buty, otrzepał nieco ubranie z kurzu, gdy nagle usłyszał kroki. Jego oczom ukazał się Mateo. – Coś wcześnie. Nie miałeś dziś dziennej zmiany? – spytał, lecz gdy tylko zobaczył przekrwione oczy brata, od razu zrozumiał. – Och… Zrobić ci herbaty…?

– Nie, nic mi nie jest – odpowiedział z wymuszonym uśmiechem. – Chciałbym dziś mieć trochę spokoju, będę testować nowe substancje na pasożycie i się uczyć.

– Znowu dla Petera? – Jan przeszedł obok brata, otworzył szafkę znajdującą się na ścianie i wyjął z niej nożyk. – Za bardzo się dla niego starasz. Poza tym te twoje testy są nieco niebezpieczne. Powinieneś robić więcej dla siebie, a nie się ciągle poświęcać. Chciałbym, byś z tego zrezygnował, widzę, jaki jest twój stan psychiczny przez to wszystko. Jesteś potomkiem Jenkinsów, szlacheckiego rodu. To co robisz jest zbyt niebezpieczne, co jeśli się zarazisz? Nie pomyślałeś o tym?

– Przestań. Nie mogę zaprzepaścić badań dziadka i matki… – odpowiedział szarowłosy, biorąc książki i miseczki, które wypadły mu z rąk. Mateo na szczęście w porę je złapał. – To, że ty zacząłeś ich ignorować, nie oznacza, że ja będę.

– Ja ich ignoruję? – spytał wściekle.

– W ogóle nie pytasz jak Peter się czuje, ostatnio tylko przegoniłeś kilku złodziei i nic więcej. Z Edem ostatnio tylko kilka słów wymieniłeś… Poza tym, nie poświęcam się; chcę to zrobić, dla siebie… Dla przodków… Dla ciebie… Dla Petera… I dla wszystkich umarłych i chorych. Nie chcę już widzieć ich bólu, łez… Sam nie chcę już płakać.

Jan zabrał przedmioty od Mateo, po czym położył je na biurku w swoim pokoju. Starszy brat głęboko westchnął.

– Tylko nie rób nic głupiego, dobrze? – poprosił Mateo z zamkniętymi oczami.

– Nic nie zrobię. Ale… możesz wyjść na trochę z domu? Chcę się naprawdę skupić. – Wyjść? Ech… No dobrze. Tylko naprawdę, nic głupiego.

– Spokojnie! – uśmiechnął się Jan.

Mateo wyszedł na zewnątrz. Postanowił przejść się po wiosce, przyglądał się pustynnym roślinom, domowym ogródkom i innym rzeczom. Nie interesowały go takie widoki, jednak nie miał co robić.

„Czy ja naprawdę ich ignoruję?” – Ciągle dręczyło go to, co Jan powiedział. Nagle znalazł się niedaleko lecznicy i zdziwił się, że zastał tam Eda, Kasei i Petera.

– O, Mateo! – zawołała Kasei, która go zauważyła. Czarnowłosy podszedł do nich.

–…Yo. Współczuję Peter, wiem, co się stało.

– To nic, naprawdę – powiedział złotowłosy, który siedział na ziemi.

– Co robicie? Odpoczywacie?

– No, tak jakby – odpowiedział Ed. – Peter wolał nie zostawiać lecznicy samej, więc postanowiliśmy potrenować z Kasei właśnie tutaj.

– No – Mateo kiwnął głową i przysiadł się do Petera. – To pokażcie swoje umiejętności.

Ciało Kasei zabłysnęło białym światłem i zmieniło formę – w coś, co przypominało stalową włócznię, jednak szerszą, a jej zakończenie było większe i ostrzejsze. Na rękojeści były wygrawerowane symbole. Ed spojrzał na drzewko przed nim, dobrze się ustawił, po czym wybiegł i ugodził, z łatwością przebijając je na wylot. Peter zaczął bić brawo, a Mateo zagwizdał.

– Ostatnio nie byliście w stanie przebić drzewa, nieźle wam idzie. – Przyznał czarnowłosy. Edward uśmiechnął się i wyciągnął włócznię z drzewa. Po ćwiczeniach posiedzieli sobie razem, gawędząc. Słońce powoli zachodziło.

– No, taka przerwa od pracy ci się przydała, nie, Peter? – spytał Ed.

– Prawda. Aż przypomniało mi się dzieciństwo.

– Ha, właśnie. Pamiętam, jak kradliśmy owoce i ganiali nas z kijami – dodał Mateo. – A skoro o tym mowa, to gdzie Jan? – dopytał Peter.

– Cóż, postanowił, że będzie znowu coś testował.

– To pewnie przeze mnie… – skulił się. – Naprawdę czuję się bezużyteczny. Nie umiem nic dobrze zrobić…

– Pierdzielisz! – wykrzyczała Kasei i wskoczyła mu na głowę, była w swojej zwierzęcej formie. – Zawsze mnie opatrzysz, jak Ed coś zwali podczas treningów.

– EJ! –zaśmiał się Ed, Kasei wystawiła do niego język.

– No, ale wracając, zawsze robisz wszystko, by było jak najlepiej. Ty i Jan robicie. Wielu ludzi z wioski zawdzięcza wam zdrowie, a nawet życie. To najważniejsze. – Uśmiechnęła się. Peter zakłopotał się.

– Nie wiem nawet, co odpowiedzieć…

– Nie musisz nic – dodał Ed. – Po prostu rób nadal co musisz, a pewnego dnia uda ci się dojść do czegoś wspaniałego. Tak, jak zrobił to jeden filozof… Dzięki niemu dzisiaj znamy wiele przydatnych zaklęć.

– Nie, nie sądzę, że osiągnę tak dużo – zaśmiał się nerwowo Peter. – Jednak to nic, nie muszę być zapamiętany, by pomagać.

– Jesteś zbyt skromny! – krzyknęła Kasei. – Jakaś nagroda ci się należy za to wszystko! – Nie, bardziej Janowi – odpowiedział. Mateo otworzył oczy szerzej.

– Wiecie co… – powiedział czarnowłosy. – Pójdę już do domu. Lepiej sprawdzę co ten wariat robi, by znowu chałupy nie wysadził.

– Ostatnio coraz rzadziej się z nami spotykasz – powiedziała Kasei. – Kiedyś byłeś przy nas cały czas.

– …Naprawdę? – spytał Mateo, gdy nagle przypomniał sobie, co Jan powiedział. – Cóż… Jestem zajęty, muszę kuć te wszystkie księgi rodzinne, potem chodzić na ćwiczenia w wojsku, bo tak chciał ojciec… Mam po prostu mało czasu.

– Rozumiem…

– Postaram się jutro wpaść. – Dodał. Kasei ucieszyła się.

– Ale na pewno?

– Powiedziałem, że się postaram. – Zaśmiał się. Mateo po pożegnaniu się, zaczął iść przed siebie.

– Och, Mateo… – zagadnął Peter, zatrzymując go na chwilę. Ten odwrócił głowę.

– Podziękuj Janowi za to, co dla mnie robi. I… dbaj o niego. Przypilnuj, by się nie przemęczał. – Poprosił z uśmiechem i odwrócił się, by pójść za Edem. Mateo przymknął oczy i uśmiechnął się.

„O czym ja w ogóle myślałem?” – dumał, idąc. – „Peter jest dobrym człowiekiem. To nic dziwnego, że Jan się stara… dla tak dobrego przyjaciela. Przecież ja za młodu robiłem to samo dla Eda. Ech… Może czas wziąć przykład z tej szarej głowy…”

Zatrzymał się, by głębiej o tym pomyśleć. Uśmiechnął się.

„Porozmawiam sobie z Jankiem jak wrócę. Chcę im pomóc. Tak, jak kiedyś.”

~

– Peter! Szybciej uciekaj, zanim nas złapią! – krzyczał mały, złotowłosy chłopiec biegnący przez las. Nieco dalej człapał za nim młodszy, również ze złotymi włosami.

– Próbuję, ale…! – Po chwili przewrócił się o korzeń jednego z drzew i upadł. Wtedy grupa, która ich goniła, podniosła go za ubranie. Byli to ludzie niewiele starsi od nich, na oko mieli jakieś jedenaście lat.

– No i mamy gówniarza. – Powiedział jeden z nich, miał pomarańczowe włosy i czerwone oczy, drugi miał brązowe włosy i czarne oczy. – Twoja matka przegięła wrzucając mojego ojca do lochu. Teraz się z tobą zabawię!

– Peter! – wykrzyczał Ed i zaczął biec w stronę brata, jednak wtedy dostał w twarz i upadł na ziemie, drugi złodziej postawił na nim nogę.

– Leż, kundlu. Ciebie też zaraz obijemy. – Pomarańczowowłosy przygwoździł Petera do drzewa i wyciągnął nóż. – A teraz sobie patrz, co ciebie czeka. Oszpecimy wam trochę te piękne buźki.

Z oczu złotowłosych zaczęły lać się łzy. Nie oczekiwali już żadnego ratunku przed swoimi napastnikami. Zrobił Peterowi nacięcie na policzku, a gdy chłopak krzyknął, napastnicy zaczęli się śmiać.

– HEJ! – usłyszeli podniesiony głos. Bandyci odwrócili wzrok. Ujrzeli czarnowłosego chłopca z karmelowymi oczami. – Macie ich zostawić!

– Co to ma być? – jęknął chłopak stojący nogą na Edwardzie. – Vin, znasz go?

– Oczywiście, że nie, to musi być jakiś wymoczek.– Odpowiedział, puszczając Petera, który upadł na ziemie. – Chyba zemsta za naszych rodziców się chwilę przesunie.

– Ach, tak myślicie? – zakpił Mateo. Wtedy dwaj bandyci zaczęli się do niego zbliżać. Śmiał się, kiedy podeszli wystarczająco blisko, przywalił jednemu w twarz. Gdy Vin przez chwile był zdezorientowany, Edward wziął jeden z dużych kamieni leżących niedaleko, po czym podbiegł i przyłożył nim w jego głowę.

– Wy małe… – zasyczał Vin z bólu. Ledwo co stał na nogach, jednak zdołał wyciągnąć nóż, tak samo jego kolega, który zdołał się już ogarnąć. Wtedy to z daleka zobaczyli nikogo innego, jak czarnowłosą dziewczynę o szmaragdowych oczach.

–VIN, SPIERDZIELAJ, TO EMERALD SAND! – krzyknął brązowowłosy, po czym rzucił czar teleportacji na siebie i oszołomionego Vina. Emerald była zdenerwowana.

– Ed, Peter, nic wam nie jest?! – wykrzyczała, spojrzała najpierw na Eda.

– Mi nie, ale Peter… – dziewczyna podeszła do chłopca, który schował twarz w rękach i płakał. Podniosła mu głowę do góry, by ujrzeć mocno zraniony policzek i wypływającą krew.

– Musimy opatrzyć tę ranę. – Wzięła go na ręce, po czym spojrzała na Edwarda. –Proszę o wybaczenie, że nie zjawiłam się w odpowiednim czasie.

–N–Nie, siostrzyczko! Oni nas napadli tuż przy domu… Nie mogłaś tego przewidzieć, wyszłaś tylko na chwilę… – Emerald podała dłoń Edowi, który od razu ją złapał.

– A ty, kim jesteś? – spytała Emerald.

– Jestem… Matevigo Sivio Jenkins, ale możecie mówić mi Mateo.

– Jenkins… Nie dziwię się więc, że tak odważny. – Odpowiedziała, a chłopak się zarumienił. – Chodź z nami, będę musiała powiedzieć twojemu ojcu, jak szlachetnego czynu dokonałeś.

– To przecież nic takiego… – Po chwili zobaczył uśmiechnięte twarze Eda oraz Petera, który wyglądał na niego zza ramienia Emerald. Mateo odwzajemnił ten uśmiech.

~

Mateo znalazł się przy domu. Było już dosyć ciemno. Szedł entuzjastycznym krokiem, nie mógł doczekać się rozmowy z bratem, chciał go przeprosić. Lecz gdy stanął przy drzwiach wejściowych, przeszły go dziwne, magiczne uczucia, które były przerażające. Przez chwilę nie mógł złapać tchu. Ze strachu jego źrenice zwęziły się, szybko otworzył drzwi i wbiegł do domu. Ale to, co tam poczuł… wiedział, że nie jest dobrze. Zaczął powoli zbliżać się w stronę pokoju Jana. Chciał tam wejść… Położył dłoń na klamce, po czym pociągnął.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania