Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Boska Makabra: Filozof - Rozdział 1 (Część 8)

Edward, nieco zakrwawiony, uciekał przez wioskę. Słońce zachodziło, było coraz chłodniej. Zdołał pokonać dwóch, trzeciego ledwo co zranił. Na szczęście udało mu się uciec. Gdy był już przy swojej wiosce, zaczął się śmiać.

– Z CZEGO SIĘ ŚMIEJESZ? – krzyczała Kasei, która zmieniła się z broni w człowieka. –WIDZISZ, JAKA JESTEM POOBIJANA? NIE MOGŁEŚ WALCZYĆ LEPIEJ?

– Śmieję się, gdyż pokonaliśmy aż dwóch... Może w końcu przestaną Petera dręczyć.

– Albo zaczną bardziej, bo wiesz jak oni działają. – Wyjęczała. – Możemy iść już do domu? Peter może potrzebować naszej opieki.

– Nie. Musimy załatwić jeszcze jedno.

– Co takiego?

– Mateo. Tak czy inaczej… obiecał, że będzie chronił Petera przed tymi gnojami. Więc chcę się dowiedzieć, gdzie był. Mówił nawet tobie, że postara się przyjść.

– Uch… No tak… Ale nie wiem, czy to najlepszy pomysł… Może po prostu był gdzieś daleko, nie zauważył…

– Jednak Mateo zawsze rano doglądał Petera idącego do lecznicy. Więc chcę się po prostu upewnić… Bo może jemu też się coś stało. Więc chodźmy.

Szli przez las, zmierzali ku domowi Jenkinsów. Zajęło to kilka minut, zdążyło się już ściemnić. Wiedzieli jednak, że są już niedaleko. Jednakże to, co zobaczyli, przeszło ich najśmielsze oczekiwania. Dom miał rozwaloną przednią ścianę, a na reszcie były widoczne duże pęknięcia.

– Janek widać zabawił się magią… – powiedziała rudowłosa. Lecz tak samo jak Edwardowi, nie było jej do śmiechu. Tak na serio byli przerażeni.

– Zaczynam mieć jakieś dziwne przeczucia, że to, co stało się dziś Peterowi nie jest przypadkowe…

Złotowłosy i dziewczyna podeszli bliżej. Delikatnie otworzyli drzwi, gdyż bali się, że ściana może się zaraz zawalić. Weszli do domu, w środku panował totalny chaos. Dom, który zawsze był czysty, teraz wyglądał jak pole bójki; na ziemi leżały papiery, jedne z drzwi prowadzące do pokoju były wyważone. W całym domu panowała ciemność. Nagle Ed dostał dziwnego, przeszywającego uczucia, przez które lekko się zgiął.

– Co jest? – spytała Kasei.

– Nic, czuję po prostu… dziwną magię. – Złotowłosy zbliżył się do pokoju, pozbawionego drzwi. Kasei weszła powoli za nim. Nie widzieli za dużo, było tam za ciemno.

– Ech, Ed, weź zrób jakieś zaklęcie na światło… – Wtedy Kasei poczuła, że nadepnęła na coś mokrego. – Fuj, w coś wlazłam…

– Czekaj, zaraz… – Ed skupił się, po czym z jego dłoni wyszła złota iskra. Upadła na ziemię i dała lekki płomyczek, który oświetlił pomieszczenie. Wtedy Edward ujrzał, że ten pokój jest w najgorszym stanie. Wszystkie ściany były pęknięte, gruz leżał na ziemi, meble były roztrzaskane, a książki walały się po kątach.

– Jasna cholera… Co tutaj się stało? – spytał sam siebie. – Kasei, powinniśmy znaleźć… – Spojrzał na nią. Kasei miała ubrudzone buty od krwi i patrzyła w jeden punkt. Jej całe ciało drżało, źrenice oczu były niczym małe punkty. Edward przesunął wzrok na to, na co patrzyła i wtedy sam doznał niewyobrażalnego szoku. Widzieli Jana, martwego i zmasakrowanego. Jego ciało było praktycznie rozerwane. Złotowłosy przyłożył dłoń do ust i zgiął się w pół. Chcąc nie chcąc, widząc to zwymiotował. Kasei za to po chwili zaczęła krzyczeć z przerażenia i cofać się, aż oparła się o ścianę.

– ED, CO TO MA BYĆ?! – krzyczała i płakała jednocześnie. Złotowłosy próbował odzyskać świadomość, lecz nie mógł.

– Kasei, proszę, nie płacz… – mówił cicho. Trzymał rękę na brzuchu i lekko wyprostował się. – Co… Co ty najlepszego zrobiłeś… Jan…?

– Co on zrobił? – Odwrócili wzrok. Zobaczyli Mateo, z kapturem na głowie, z przekrwionymi oczami i wielką raną na połowę twarzy, która ciągnęła się przez szyję. Mówił bez emocji. – Nie powinno cię tu być.

– Mateo… – wymówiła cicho Kasei i uciekła za Eda.

– Chyba nie chcesz mi powiedzieć… – odezwał się złotowłosy. – Że on… sięgnął po magię krwi… i to aż tak silną…

– Ha… – Uśmiechnął się słabo Mateo. – Tak. Dokładnie to zrobił. Dla twojego braciszka. To wszystko wasza wina. Twój braciszek zajął się czymś, czym nie powinien i wciągnął w to mojego brata… – Czarnowłosy zaczął powoli iść w ich stronę.

– Mateo… Przestań… D–Dobrze wiesz, że Peter nigdy nie pozwoliłby na łamanie tabu… – Ed i Kasei ostrożnie odsuwali się.

– Ach, tak? A co widzisz obok…? Mówiłem… Mówiłem, że masz wybić Peterowi to z głowy. Mówiłem do jasnej cholery… Wiedziałem, że w końcu dojdzie do katastrofy… I co zabawne, doszło WŁAŚNIE TERAZ, GDY ZACZĄŁEM UWAŻAĆ, ŻE JEDNAK ROBICIE DOBRZE! ALE JA BYŁEM GŁUPI! – Wykrzyczał, po czym rzucił wiązką energii magicznej w Eda i Kasei. Złotowłosy zasłonił ją swoim ciałem, lecz obydwoje wylecieli razem z tylną ścianą na zewnątrz.

– Kasei… Uciekaj stąd… – powiedział Ed, podnosząc się. – To Jenkins, z nim nie dam rady…

– NIE! Nigdy cię nie zostawię, idioto! – wykrzyczała rudowłosa. – Mateo! Przestań! Przecież jesteśmy twoimi przyjaciółmi!

Czarnowłosy wyszedł przez otwór w ścianie. Uśmiechnął się krzywo, a po chwili zaczął obrzydliwie się śmiać.

– Przyjaciele. No naprawdę cudowne. Tak samo Jan uważał Petera za przyjaciela... I TERAZ JEST MARTWY! – wykrzyczał, lecz wtedy dostał w twarz. Ed po prostu podszedł i uderzył go z całej siły. Mateo zawahał się po tym ciosie, lecz odwdzięczył się tym samym, po czym złapał Eda obydwiema rękami za szyję i przybliżył do siebie. – Spójrz na mnie… Broniłem ciebie i Petera tyle lat… A wy… A wy zabiliście mi brata, w imię nauki…

– Nikogo nie zabiliśmy… – mówił Edward. Mateo wykrzywił twarz. – Jan sam zdecydował. Jan postanowił wziąć na siebie ryzyko. Jan się na to zgodził. Jan tego chciał. Jan był szczęśliwy mogąc leczyć ludzi.

– Szczęśliwy?! – Czarnowłosy uderzył swoim czołem o czoło Eda. – Sądzisz, że ktoś, kto musiał podrzynać innym gardła mógł być szczęśliwy?! Ktoś, kto nie mógł ich leczyć, więc musiał ich zabijać?!

– Jan nie podrzynał gardeł. Peter za niego to robił… – Ed mówił z trudnością. – Peter robił to, by Jan nie musiał brudzić sobie rąk… Byli przyjaciółmi… Razem ryzykowali… Więc dlaczego teraz…

– Jaki ty jesteś wyszczekany. Zawsze mnie to w tobie wkurwiało. To, że na wszystko masz takie refleksje, że tak głęboko myślisz nad sensem wszystkiego. Szczęśliwy… To dzięki wam on nie żyje. Nakarmiliście go wizją leczenia czegoś, czego najwięksi uczeni i magowie nie potrafią od stuleci. Wypraliście mu mózg, sprawiliście, że tak pokochał to chore marzenie, że się aż posunął do magii krwi. Ale wiesz co? To nic. TO KOMPLETNIE NIC, BO ZARAZ CIĘ ZAPIERDOLĘ, ZAPIERDOLĘ CIEBIE I TWOJEGO BRACISZKA ZA TO, ŻE GO OKŁAMALIŚCIE, OSZUKALIŚCIE GO, A TERAZ NAWET ZABILIŚCIE! – rzucił złotowłosym o ziemię, po czym próbował zaatakować kolejnym zaklęciem. Lecz wtedy Kasei zmieniła się w swoją formę broni i dźgnęła go w plecy. Mateo zakaszlał. Rudowłosa próbowała go, już w ludzkiej formie, uderzyć, lecz wtedy złapał ją za włosy i wyrzucił za siebie. – Durna ruda suka… – warknął.

– Oszukaliśmy…? Okłamaliśmy…? – pytał Ed, który już ledwo kontaktował ze światem. – Jaki ty jesteś naiwny. Nie potrafisz zrozumieć, że twój brat chciał o to walczyć… Że walczył o to do samego końca… Choć pod ten koniec popełnił głupotę, której mu zabroniliśmy… To ty zaatakowałeś Petera, prawda?

– I ciągle pierdolisz o tym samym. „Ach, bo Jan chciał by Peter był szczęśliwy”, „Ach, bo Jan na pewno nie chciałby, byś go bił”. To tylko dowód dla mnie, jak wypraliście mu mózg. Zrobiliście sobie z niego marionetkę na wasze rozkazy. I właśnie teraz… Ja… zabiję ciebie… Zabiję go… Za Jana… – Mateo po chwili znowu wybuchł chorym śmiechem i zaczął podchodzić do Eda. Kasei, która lekko otrząsnęła się, znowu zaczęła płakać.

– Edward… proszę… UCIEKAJ! – krzyknęła. Mateo stanął jedną nogą na jego głowie i śmiał się, wbijając go w ziemię. Rudowłosa nie mogła na to patrzeć.

– Nie masz mi już nic do powiedzenia, skurwielu? – spytał czarnowłosy, zabierając nogę z jego głowy.

– Tylko jedno – powiedział Ed. – Jesteś żałosny. Żałosny. Nie mogłeś zatrzymać Jana, więc obwiniasz nas… za swoją słabość. Za swój błąd. Za to, że go nie przypilnowałeś. Jesteś tchórzem…

– Ty… mały… – Mateo wyglądał tak, jakby zaraz żyłka miała mu pęknąć. Podniósł Edwarda za włosy. Kasei była już pewna, że zaraz stanie się coś okropnego. Lecz nadeszła… odsiecz.

– STÓJ, MATEVIGO SIVIO JENKINSIE! – wykrzyczał jeden z żołnierzy. Było ich kilkunastu, na czele z Emerald Sand. Siedzieli na koniach, lecz nie zwykłych, gdyż posiadały one skrzydła. – Jesteś podejrzany o uprawianie magii krwi, zakazanego tabu!

– Co to kurwa ma być… Hah, wojsko. Jeszcze tego mi dziś brakuje. Niestety nie mam dla was czasu. – Warknął Mateo, puścił Edwarda, po czym… użył zaklęcia teleportacji i rozpłynął się.

– SZUKAĆ ŚLADU JEGO MANY, NIE POZWOLIĆ MU UCIEC! – Emerald wydała głośno rozkaz.

– TAK JEST! – Większość z wojska odleciała na pegazach, a reszta zsiadła z nich i weszła do rozwalonego domu. Kasei zaczęła czołgać się do Eda.

– Ed, Ed…? żyjesz? Ed… Powiedz coś…! – mówiła to załamanym głosem, szturchała nim. Emerald zbliżyła się i przyłożyła mu rękę do szyi.

– Jest puls. Żyje. – Odpowiedziała. – Sądzę, że Peter potem będzie musiał wam się nieco wytłumaczyć.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania