Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Boska Makabra: Filozof - Rozdział 2 (Część 3)

Nastał kolejny dzień. W wiosce zapadła cisza, targi były zamknięte, dzieci nie bawiły się na polach, kobiety ani mężczyźni nie gawędzili na ulicach. Wszyscy zebrali się na cmentarzu, na którym odbywała się ceremonia pogrzebowa. Mieszkańcy ubrali się w czarne ubrania, przynieśli świece i kwiaty. Peter wyszedł przed nich, ustał przy zamkniętej trumnie Jana. Całe jego ciało drżało, zacisnął powieki oczu i cicho szlochał. Po chwili, gdy się uspokoił, przemówił:

– Nazywał się Jan Visivio Jenkins… Był wspaniałym przyjacielem, dziedzicem rodu Jenkins… Medykiem, który walczył o pokonanie śmiertelnej choroby… Lecz jego czas na tym świecie się zakończył. – Powiedział te słowa łamiącym głosem, ze łzami w oczach, które natychmiast przetarł. – Żegnaj, Jan.

Dwóch ludzi powoli zaczęło składać trumnę do ukopanego dołu, po tym każdy z zebranych rzucił na nią nieco ziemi. Zakopanie Jana nie trwało długo, potem ustawiono kamienną płytę z jego imieniem i nazwiskiem, oraz datą urodzenia i śmierci. Wtedy ułożono na grobie kwiaty i świece. Później ludzie odeszli do swoich domów, a przy grobie zostali tylko Ed, Peter, Kasei i Casandra.

– Nawet… – Ed szepnął, zaciskając mocno pięść. – Nie przyszedł na jego pogrzeb…

– Mówisz o Matevigo? Nic dziwnego, skoro go ścigają. – Odparła babulka. – No, ale widzę, że wasze rany już się nieco zagoiły, tyle dobrego. Jednak nadal się nie przemęczajcie, radzę wam teraz odpocząć, psychicznie.

– Dobrze – kiwnął głową Ed. – Chodźcie już do domu.

~

Mateo siedział w gęstym lesie, przy małym stawie. Ściągnął ubrania, po czym zaczął oglądać swoje ciało. Szpetna i głęboka rana sięgała mu od twarzy aż do pasa. Za każdym razem gdy jej dotykał, wydawał z siebie ciche jęki bólu. Patrzył w swoje odbicie w tafli wody, widząc tą poranioną twarz, która przypominała mu tylko o jednym…

 

Ostrożnie podszedł do drzwi, położył dłoń na klamce i powoli pociągnął. Gdy lekko się rozwarły, gęsta magia sprawiła, że zaczął się krztusić.

– Jan?! – wykrzyczał i otworzył drzwi szerzej. Magia tak gęsta, że było ją widać, unosiła się po całym pokoju; lecz był w stanie dostrzec swojego brata, który ledwo opierał się na biurku i pisał coś na papierze. Jan odwrócił wzrok w stronę Mateo, z jego ust wylewała się żywa krew. Uśmiechnął się.

– Wybacz mi, Mateo... – szepnął Jan słabym głosem. – Myślałem, że robię dobrze…

– DURNIU! DLACZEGO MAGIA KRWI?! – wykrzyczał, po czym wbiegł do pokoju. Wtedy zobaczył kręgi namalowane krwią, które lśniły oślepiającym blaskiem. Zakrył oczy i zbliżył się do brata, chcąc wyciągnąć go z pomieszczenia.

– Proszę, uciekaj… – nalegał Jan. – Jeżeli nie, to…

Nie zdążył powiedzieć. Okręgi zaiskrzyły jeszcze mocniej, ściany zaczęły pękać, ciało Jana zostało rozerwane od środka, a Mateo pod wpływem eksplozji wyleciał na korytarz, po czym przez zniszczoną ścianę na podwórko. Leżał tam, nadal mając przed oczami obraz brata, którego ciało zostało rozniesione. Na dodatek czuł wielki ból, nie tylko psychiczny, ale i fizyczny, rozciągający się od twarzy po brzuch. Zaczął krzyczeć. Krzyczał i płakał, czołgał się w stronę domu.

– Jan, Jan…! Proszę, Jan, żyj! – błagał. Wczołgał się do domu, potem, obijając się o gruz, upadł na ziemię i zaciskał wargi z bólu. Po dłuższej chwili spróbował wstać. Udało mu się, chwiejnym krokiem zaczął iść do pokoju brata. Nastała tam kompletna cisza. Nie było iskrzących się okręgów i znaków, oślepiającego światła… Został tylko odór krwi i gęsta magia, która nadal wisiała w powietrzu. Mateo upadł na kolana, zbliżył się do rozczłonkowanego ciała swojego brata, którego twarz wyglądała bardzo spokojnie.

– Jan…? Hej… Jan… powiedz cokolwiek! – Zaczął nim szturchać, bić go, każdy kolejny ruch wykonywał z coraz to większą histerią. – JAN, DO CHOLERY JASNEJ, ŻYJ! NIE ZOSTAWIAJ MNIE! JAN, JAN!

Lecz szarowłosy nie żył. Ze spokojną twarzą, z całym ciałem zakrwawionym, leżał bezwładnie, nie ruszał się. Mateo znowu zaczął krzyczeć, złapał się za głowę.

– To wszystko ich wina… – Zaczął nagle się śmiać. – Tak… oni… zabrali mi mojego brata… – Wstał kulawo, śmiał się, płakał i krzyczał na przemian.. Nie wiedział nawet, gdzie iść. Wywrócił się i spadł ze schodów na sam dół. I tam leżał te kilka godzin, dopóki nie naszła go chęć zemsty…

 

Gdy już oczyścił ciało z krwi, używając do tego wody ze stawu, ubrał się. Nie miał kompletnego pojęcia, co ma teraz zrobić. Nawet nie wiedział, co przepełniało jego umysł: Rozpacz? Gniew? A może chęć zemsty? Nie miał jednak zbyt dużo czasu na zastanawianie się.

– MAMY GO! – wykrzyczał jeden z żołnierzy. Było ich dwóch, Mateo nie ruszył się, stał tak, jak stał wcześniej.

– Matevigo Jenkinsie, zostajesz aresztowany pod zarzutem złamania tabu magicznego i dotkliwego pobicia trzech osób – powiedział drugi, wyciągając miecz. Jego partner przygotował magię, która skupiła się w dłoniach.

– Wiecie co? – powiedział, odwracając się. Jego źrenice zwęziły się w małe punkty. – Wkurwiacie mnie.

Wtedy sam skupił magię w dłoniach, po czym zaczął nią w nich rzucać. Żołnierz–mag odskoczył, a drugi, dzierżący miecz, odbijał wyrzucone pociski, ale na tym się nie skończyło. Mateo uderzył pięścią w ziemię, co spowodowało wybicie jej pod stopami szermierza, który wtedy sprytnie zaszarżował. Mateo ledwo uniknął dźgnięcia, odskoczył na bok, gdy nagle ból z jego rozległej rany znowu dał o sobie znać.

„Kurwa, nie dam tak rady…” – pomyślał, kładąc rękę na brzuchu. Zaczął nerwowo rozglądać się, chciał się wycofać. Wtedy w jego stronę zaczęły wylatywać magiczne kule. Rzucił się do ślepego biegu. Żołnierz z mieczem zaszarżował w jego stronę, lecz Mateo uciekał bardzo szybko. Nie trwało to jednak długo, gdyż ból tak się nasilił, że go sparaliżował. Czarnowłosy padł na ziemię, gdy dostał w plecy wiązką magiczną.

– No, koniec zabawy. – Oznajmił żołnierz–mag. – Towarzyszu, co z nim zrobicie?

– Zaprowadzimy go do pani Generał. – Szermierz złapał Mateo za włosy i podniósł go do góry, przyłożył mu ostrze miecza do szyi. – I co teraz, obywatelu? Najpewniej nie jesteście winni złamania prawa magicznego, lecz dotkliwego pobicia owszem. Co macie na swoją obronę?

Mateo przyjrzał się twarzy człowieka, który go trzymał. Uśmiechnął się lekko.

Złapał dłonią za ostrze miecza, wyrwał go z jego ręki i nim szermierz się spostrzegł, zostało mu wbite w brzuch. Z jego ust popłynęła strużka krwi, upadł bezwładnie i ciężko oddychał. Mag chciał zareagować, wtedy Mateo, resztką siły jaką miał, skupił zaklęcie i wycelował w jego twarz. Mag zaczął krzyczeć, zasłaniał twarz dłońmi i niedługo później również upadł. Rzucał się na ziemi i wrzeszczał na skutek palącego bólu.

– I teraz to się wijesz jak robak… – skomentował z odrazą Mateo. Wyciągnął z trudem miecz z ciała szermierza, który powoli się wykrwawiał, po czym podszedł do maga i wbił mu ostrze w klatkę piersiową. Mateo po chwili sam upadł na ziemię i ciężko oddychał, jego rana straszliwie bolała.

„Zaimponowałeś mi, Matevigo Sivio Jenkinsie.” – Usłyszał mroczny, męski głos. Otworzył powoli oczy, zaczął się rozglądać, lecz nic nie ujrzał.

– …Kto tu, kurwa, jest? – spytał na głos.

„Hę, widzę, że lubisz ostre słownictwo. Czuję gorycz w twoim sercu, to ona sprawiła, że postanowiłem cię wybrać.”

– Wybrać…? Kim jesteś i czego chcesz?

„Według jednych jestem diabłem, według innych bogiem… Dla niektórych nie istnieję, a dla niektórych jestem czymś, za co są gotowi zabić. Czyż śmiertelnicy nie są zabawnymi stworzeniami?”

– Pierdolenie… Ty nie możesz być…

„Ależ mogę.” – Zaśmiał się głos. – „Więc, Mateovigo, chciałbyś zagrać w pewną grę?”

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania