Boska Makabra: Filozof - Rozdział 3 (Część 6)

Siedzieli na dworcu. Obydwoje skuleni, z opuszczonymi nisko głowami. Zbliżał się kolejny dzień. Chciała cokolwiek powiedzieć, by przerwać tą straszliwą ciszę, lecz nie wiedziała co. Spojrzała na jego twarz, był przerażony.

– Ed… – szepnęła cicho Kasei, lecz nie kontynuowała. Znowu na kilka minut zamilkła.

– Nie. – Powiedział w końcu. Rudowłosa odwróciła twarz w jego stronę. Złotowłosy wstał i zacisnął pięści. – Wiem, dlaczego musiałem to poczuć.

– Ed…?

– …Teraz wiem, jak Peter czuje się, gdy odbiera swoim pacjentom życie. – Zacisnął zęby. – Teraz wiem, jakie to uczucie… odebrać komuś życie. Nigdy więcej tego nie zrobię… Nigdy… Nie dojdę do tego celu zabijając innych. Sprawię, że Peter również nie będzie musiał już nikogo zabijać… – Przyłożył dłonie do twarzy. – Zrobię to, bez zabijania. Wygram… honorowo. Na pewno Peter nie chciałby, bym dla niego kogokolwiek zabijał… Co we mnie wstąpiło… Ogarnęła mnie złość… Nie wiem nawet dlaczego… Ale nie mogę więcej tego zrobić… Matka mi nie wybaczy, jeśli bóg i niebo naprawdę istnieją… Matka nie chciała, byśmy kiedykolwiek musieli zabijać, tak jak ona na wojnach…

– Już dobrze... – Kasei otuliła go rękoma. – To nasza wspólna wina.

– Heh… – zaśmiał się. – Nie sądziłem, że kiedykolwiek mnie przytulisz, skoro jesteś wredną babą.

–…Daj spokój, debilu! – Puściła go i obraziła się. – Gdzie w ogóle jedziemy?

– Sądzę, że powinniśmy prześledzić te… Epis. – Odpowiedział.

Czekali jeszcze chwilę, lecz wreszcie pociąg przyjechał. Wsiedli do niego, zapłacili za przejazd i usiedli na miejscach. Ed wyciągnął z kieszeni kurtki mały notatnik, zawsze go ze sobą nosił, a wraz z nim specjalne małe pióro napełniane atramentem. Zaczął pisać.

Dziś odebrałem komuś życie. Ja, tymi rękoma, które teraz piszą, zamordowałem człowieka. Posłałem go w nicość… a może do nieba? A może do piekła? Nie wiem sam. Teraz jednak wiem, co mój brat czuje… Nie. Kompletnie tego nie wiem. On musi zabijać ludzi których chciał uratować, a ja zabiłem z gniewu. Dlaczego? Dlaczego to nade mną zawładnęło?

Pisał, gdy Kasei machała nogami i oglądała widoki przez okno pociągu. Podczas podróży w ogóle nie rozmawiali, ich miny były smętne. Ed cały czas pisał, Kasei cały czas patrzyła przez okno. Nie czuli nawet przepływu czasu, gdyż ciągle myśleli o tym, co stało się poprzedniej nocy. Żadne z nich nie mogło doprowadzić swoich myśli do ładu. Nagle pociąg ostro wyhamował, a większość ludzi wstała i zaczęła wyglądać przez okna.

– Co się dzieje? – spytał Ed również wstając i wyglądając przez okno, gdy nagle jego oczom ukazał się dym, po czym płonący budynek. Razem z Kasei wybiegli z pociągu. Dobiegli do wioski, mieszkańcy nosili wiadra, lejąc z nich wodę na płomienie. Bezskutecznie.

– Przeklęte! – krzyczał jeden z zebranych, o morskich, unikalnych oczach, tworząc w rękach wodę i wyrzucając nią w płomienie, był urodzonym magiem wody. – Znowu ograbiają i podpalają!

Edward szukał źródła wody, zobaczył po chwili studnię, wokół której była zebrana duża ilość osób. Edward pobiegł, po czym skupił swoją magię: podniósł wodę poprzez telekinezę, ludzie odsunęli się, Ed trudził się: nigdy nie przenosił tak dużego ładunku, a szczególnie cieczy magią, rozlewała się ona po drodze. Po chwili wziął głęboki wdech i wyrzucił wodę w stronę palącego się budynku. Część wody spadła na płomienie, część na ziemię, a reszta na kilkoro ludzi stojących obok. Magowie wody zajęli się resztą, ostatecznie gasząc pożar.

– No patrzcie, nietutejszy, o jak pomógł! – krzyknął radośnie jeden z mieszkańców.

– Dobry mag, skoro wodę przeniósł. Jak się zwiesz? Skąd pochodzisz? – spytał kolejny.

– Jestem Edward z Rebellar.

– Och, toż to z Rebellar. Słyszołem, że stomtąd to dobre ludzie wychodzo. – Klepnął go po plecach jakiś dorosły mężczyzna z czarną, bujną brodą, ubrany w czerwoną kraciastą koszulę. – To witomy w noszych progoch. Co sprowodzo?

– Słyszałem od kogoś, że się tutaj coś złego dzieje. Jak widać, się nie mylił.

– No tok. – Pokiwał głową czarnowłosy. – Iris i Eva, tok się chybo zwą. Problemów nom robio! Krodną, podpoloją! O jokimś dioble godojo! Że niedługo wszyscy będziem się kłonić przed nimi!

– Dioble? Co to diobel? – spytała Kasei Eda. Ten szepnął:

– Diabeł, tylko taką gwarę ma ten człowiek.

– No tok, diobeł. Poszoloły obydwie! Dziś też, nad rańcem wrocom do chałupy, bo żem cołą noc przeprocowoł, to odpocząć się przydo. Ole nie. Znowu one, podpoloją budynki! Jożem nie wie, czy to współpracujo z tymi złodziejoszkami, ole krodną, stroszliwie. I coś by się przydoło zrobić. O ty ich szukosz, to może udo ci się coś zrobić z nimi, jożem nie wie.

– Postaram się – odpowiedział Ed. – Od jak długiego czasu napadają i co kradną?

– Hm… – zastanowiła się stojąca obok kobieta. – Pieniądze, wartościowsze rzeczy.

– Możliwe, że należą do tego gangu złodziei… – zastanowił się Ed. – To by tłumaczyło „diabła”… Ale tamten pijany koleś mówił, że raczej nie są Wyznawczyniami Światła. Trzeba to sprawdzić, Kasei.

– Ok. Załatwimy ten problem! Tylko gdzie je znaleźć? – spytała entuzjastycznie rudowłosa.

– Chybo się niedoleko chowoją, skoro no okolice i noszą Epis napadajo…

– Damy radę, mamy magię. – Pożegnali się z mieszkańcami i zaczęli iść. Słyszeli nadal takie słowa jak „powodzenia!”, „dziękujemy za pomoc”. Było to miłe, lecz nadal nie poprawiało zupełnie ich nastroi.

– Chore. – Powiedział Ed. – Jednego dnia mordujemy człowieka, by kolejnego pomagać ludziom.

– Ed… wiem, że zabrzmię dziwnie, lecz… czy na pewno zrobiliśmy źle?

– Ech? O czym ty mówisz? – odwrócił głowę w jej stronę, nadal szli.

– Ponieważ… Czy nie zrobiłeś tego w samoobronie? Hemv próbował nas przecież zabić…

Ed zatrzymał się i opuścił głowę. Mocno westchnął.

– Wiesz, Kasei… Masz rację. Jednak… poczucie winy ciągle zostaje… A jeszcze bardziej przez to, że użyłem do tego ciebie. Przecież nie musiałem go zabijać, mogłem go ogłuszyć, cokolwiek…

– To była moja decyzja by z tobą wyruszyć. Byłam przygotowana na takie rzeczy, Ed. – Zapewniła i lekko uśmiechnęła się.

– Z każdym dniem jesteś dla mnie coraz bardziej pieszczotliwa.

– Zaraz cię zabiję. – Zagroziła zdenerwowanym tonem. Złotowłosy zaśmiał się. – Aktualnie, deklu, to zmierzamy donikąd. Może spróbuj użyć pieczęci?

– Nie wiem czy to cokolwiek da. Jeśli nie mają pieczęci, to nic nie znajdziemy… Ale może warto spróbować. Skoro gadają o bożku, jest możliwość... – Ed spojrzał na swoją lewą dłoń, bo właśnie na niej miał pieczęć z numerem 11, pojawiła się ona nagle. Wtedy skupił swoją energię na jej aurze, na aurze bożka, poczuł coś niedaleko, coś bardzo podobnego. Nie wiedział co, jednak na pewno pochodziło od bożka.

– A jednak coś to dało.

– Gdzie zmierzamy?

– Przed siebie. Nie jestem pewien, czy wpadliśmy na trop naszych złodziejek, czy może kolejnej pieczęci, ale warto to sprawdzić. Najwyżej potem pobawimy się w obrońców Epis i znajdziemy te dwie.

Szli, gdy nagle dostrzegli jakiś dom. Był to nieco dziwny widok, gdyż wokół było raczej pustynnie, a tylko z daleka było widać sylwetki miast czy wiosek. Kasei spojrzała na Eda, a Ed na nią. Obydwoje mieli zdziwione miny.

– Nie ma co, oryginalne zakwaterowanie. – Skomentowała rudowłosa.

– To jakaś kpina – zirytował się. – Jeśli one naprawdę tutaj są, to jakim cudem ich nie znaleźli?!

– Może naprawdę czekali, aż ktoś zrobi to za nich. – Wzruszyła ramionami. Kasei zmieniła się w formę broni, Ed złapał ją w ręce, po czym zaczął powoli zbliżać się do budynku. Otworzył drzwi, rozejrzał się przez nie, po czym wparował do środka. Nagle usłyszał trzeszczenie, odskoczył szybko na bok, a tam gdzie wcześniej stał, upadło kilka worków. Ed podszedł do nich, po czym ostrożnie je pomacał.

– Kamienie, no nieźle. – Skomentował na głos. Teraz już wiedział, że będzie musiał zachować jeszcze więcej ostrożności. Rozglądał się po pomieszczeniu, nie było zbyt urodziwe przez konstrukcje, aczkolwiek niektóre elementy były jak wyrwane ze szlacheckiego domu: w pokoju, który znajdował się przed nimi, Ed ujrzał biały dywan wyszywany złotą nitką, a pod ścianą stała całkiem ładna rzeźba. Ed przeszedł dalej, stawiając każdy krok z duszą na ramieniu, doglądał sufit, czy przypadkiem nic tam nie wisi, co mogłoby zaraz na niego runąć.

– Zastanawiam się, jak one mogą żyć z takimi pułapkami w domu… – szepnęła rudowłosa.

– Może zakładają je dopiero, gdy wychodzą, wariatów nie zrozumiesz. – Skradał się dalej. Wszedł przez futrynę do pokoju, stanął na dywanie. Pomimo tego, że miał na sobie ciężkie wojskowe buty, był w stanie poczuć jak bardzo miękki i puszysty ten dywan jest. Szedł dalej, gdy nagle usłyszał jakieś pękniecie. Szybko zaczął uciekać, gdy w jego stronę wyleciało kilka ostrych strzał. Jedna o mało co nie wbiła mu się w nogę, złotowłosy w porę jednak odskoczył, skończyło się jedynie na dosyć głębokim zacięciu łydki. Zrozumiał, że stracił czujność, czego nie powinien w tej sytuacji robić. Szedł dalej, tym razem o wiele ostrożniej. Na końcu pokoju znajdowały się drewniane drzwi, odrapane i zaniedbane. Użył Kasei do naciśnięcia klamki, po czym dla pewności odskoczył w bok, nic się nie stało, więc powolnym krokiem i nadal zachowując odpowiednią odległość zajrzał do środka. Zobaczył łóżko, niezbyt ładne, lecz wyścielone aksamitnym kocem, a także bardzo dużo materiałów łatwopalnych leżących na podłodze. Ed wszedł powolutku, nadal zachowując maksymalną ostrożność. Schylił się, odłożył Kasei obok siebie, wziął do ręki jedną z butelek. Oglądał także inne butelki i pudełka.

– I jak? – spytała Kasei.

– Oliwa, proch, zapałki. To na pewno ich dom. Gdyby tylko teraz je znaleźć i dowiedzieć się, czy mają na serio coś z grą wspólnego… – Wstał i wziął Kasei w dłonie. – No, jednak i tak powinniśmy przekazać tym ludziom gdzie one się ukrywają. Może w końcu do właścicieli wrócą ich ukradzione rzeczy.

– Na przykład dywan do tamtego pijaka. – Zaśmiała się.

– Tak, dokładnie. – Również się uśmiechnął.

Wtedy do domu weszły dwie osoby.

– Eva, patrz! – powiedziała błękitnowłosa. – Ktoś tu był!

– A może nadal jest? Iris, odkładaj łupy, ściągaj pułapki i sprawdź, czy coś zabrali!

Ed uśmiechnął się jeszcze szerzej słysząc ich głosy. Nie wyszedł z pokoju, oparł się o ścianę, trzymając odpowiednio włócznie w rękach. Eva i Iris biegały, ściągając pułapki i krzycząc do siebie. Złotowłosy słyszał, że któraś z nich zbliża się do pokoju, w którym się znajdował. Gdy przekroczyła jego próg, Edward wyskoczył i zatrzymał ostrze włóczni tuż przy jej twarzy. Brązowowłosa zamarła, lekko się zatrząsała.

– I co? Kraść się zachciało? – spytał tonem, w którym słychać było pogardę. Eva odskoczyła.

– Iris, przyłaź mi tu! – Chwilę później przybiegła niska dziewczyna o króliczych uszach. Na jej widok Kasei zaczęła głośno się śmiać. Nawet jeśli była pod formą broni, widziała i słyszała rzeczy jakie wokół niej się dzieją.

– Z CZEGO SIĘ ŚMIEJESZ?! – Wykrzyczała Iris. Kasei po chwili uspokoiła się.

– Edziu, nie wiedziałam, że bożek wybiera aż takich wariatów! – zaśmiała się rudowłosa.

– WARIATÓW?! – Zagotowała się Iris, która po chwili zmieniła się w piłę łańcuchową. Eva odpaliła ją.

– Nikt nie będzie wyśmiewał Iris! POTNĘ WAS NA KAWAŁKI, DEKLE! – wykrzyczała Eva i zaczęła biec w jego stronę, uśmiechała się. Ed spokojnie odsunął się na bok, przez co brunetka wjechała z piłą prosto w ścianę. Próbowała ją wyciągnąć, lecz jej ostrze utknęło.

– EVA, NIE WYDURNIAJ SIĘ, WYCIĄGNIJ MNIE! – Histeryzowała Iris. Eva ciągnęła z całych sił, zaparła się jedną nogą o ścianę i próbowała ją wyciągnąć, bezskutecznie. Ed wtedy złapał brunetkę za włosy i rzucił na ziemię. Przyłożył ostrze włóczni do jej szyi.

– Nie ruszać się. – Nakazał. – Jeśli twoja broń wpadnie na pomysł zmienienia się w ludzką czy zwierzęcą formę, to będzie po niej, zostanie zgnieciona przez ścianę, w której się znajduje. Zgaduję, że ci na niej zależy, więc jeśli odpowiesz na kilka moich pytań to ją wyciągnę. Pierwsze, po co podpaliliście Epis?

Eva uśmiechnęła się, choć całe jej ciało trzęsło się z powodu strachu. Ed wbijał w nią zimny wzrok.

– Dla zabawy! – odpowiedziała. – Naszym celem jest bycie o wiele lepszym niż znana banda złodziei. Podpalanie, kradzieże, nawet nie zdajesz sobie sprawy, ile frajdy to nam daje! Ile adrenaliny się wtedy czuje! Nie miałyśmy nigdy nic, ale pewnego razu zobaczyliśmy ich, tych złodziei, którzy napadają i wykradają rzeczy bogatym kretynom! Chcemy być lepsze, a robimy to, bo chcemy!

– Idiotki. – Skomentowała Kasei.

– Sądzę, że dłużej już nie dacie rady. – Uśmiechnął się Ed. – Jeśli naprawdę nie chcesz stracić swojej broni, to pójdziesz ze mną do Epis i grzecznie oddasz się w ręce wojskowych. Sądzę, że będą wiedzieli, co z tobą zrobić.

– Co? – Eva zaczęła się śmiać. – Ja? Nawet nie wiesz o czym mówisz, idioto! Ja i Iris zostałyśmy wybrane przez moc z innego świata! Coś, czego sobie nawet nie wyobrażasz! To sprawi, że wszyscy ludzie na ziemi będą się nas obawiać!

– Obawiać? Taki jest twój cel? – Ed podniósł jedną brew do góry. – Żeby ludzie się was bali?

– Sądzę, że z tak wariackim wyglądem twojej broni jest to raczej niemożliwe.

– Zachichotała Kasei.

– Zamknij się! Dokładnie tak! Przecież mówiłam, że chcemy być postrachem, kraść, podpalać, bo to wszystko jest takie zabawne! A jeszcze teraz jesteśmy wybrane!

– Poradzę ci coś – szepnął Ed. – Nie powinnaś aż tak dużo gadać

Podniósł magicznie jej obydwie dłonie, odsunął Kasei, by nie nabić jej ciała na ostrze. Eva wierciła się, po chwili na jej prawej dłoni pojawił się numer dwa. Ed westchnął.

– To bożek naprawdę wybiera takich do gry? – Skomentował to głośno.

– C-Czekaj! Co chcesz zrobić?! – Krzyczała Eva.

– Zabiorę to, co tu masz. – Oznajmił spokojnie.

– Czyli ty też… NIE POZWOLĘ CI! – Eva kopnęła go mocno w brzuch, przez co Ed stracił skupienie nad magią. Eva wyciągnęła dynamit z kurtki, zapaliła go przy pomocy zapałek, po czym rzuciła w ścianę w której utknęła piła. Wybuch nastąpił po chwili. Przeszła przez rozwaloną ścianę, wzięła broń w ręce i zaczęła uciekać.

– JESZCZE SIĘ SPOTKAMY, KRETYNIE! – wykrzyczała Eva uciekając razem z Iris. Ed chciał je gonić, lecz Eva uciekała zbyt szybko. Głośno westchnął, a Kasei zmieniła się w formę człowieka.

– Tchórze! Głupie tchórze! Głupio wyglądające tchórze! Głupio wyglądające głupie tchórze z głupim pragnieniem! – krzyczała w ich stronę Kasei.

– Naprawdę, nie myślałem, że bożek może wybierać takich ludzi. Jednak z całą pewnością nie są to łatwe przeciwniczki.

– Ale są tchórzliwe, więc raz dwa je załatwimy, jeśli wejdą nam jeszcze raz w drogę! Nienawidzę złodziei!

– Jak na razie to wracajmy do Epis. Sądzę, że jest tutaj kilka rzeczy, jakie będą chcieli odzyskać.

Zaczęli wracać. Mieszkańcy najwidoczniej nie mogli doczekać się ich powrotu. Ed i Kasei nieśli ze sobą kilka rzeczy znalezionych w kryjówce, jak się okazało wszystkie należały do ludzi z wioski.

– W tamtym domu jest ich więcej. Ukrywały się tam najwidoczniej, musicie iść cały czas prosto tą drogą, którą wróciłem. I przepraszam, nie udało mi się ich złapać, uciekły mi.

– Nie, nie! Nie mosz zo co przeproszoć! – powiedział czarnowłosy mężczyzna z brodą. – Jesteśmy wdzięczni, że w ogóle coś momy! I to dzięki tobie włośnie, chłopcze.

– Zostajesz tutaj, czy jedziesz do domu? – spytała jedna z kobiet.

– Nie, muszę jechać do stolicy. Mam jeszcze dużo rzeczy do załatwienia. – Uśmiechnął się.

– Och, chłopcze, to my ci pieniądzem na pociąg rzucimy! – Ludzie zaczęli wyciągać z kieszeni złote monety, po czym dawać je Edowi.

– Ale nie musicie!

– Musimy, musimy! – Pokiwała głową zadowolona kobieta. – Poszedłeś i te złodziejaszki nastraszyłeś, to musi być jakaś rekompensata za to! No, to idź, bo niedługo pociąg masz! Poklepali go po plecach, podziękowali, zapraszali ponownie. Ed zaczął iść razem z Kasei, zatrzymali się na peronie. Obok stała matka z małym dzieckiem i jakiś podróżnik.

– Było to nawet miłe, prawda? – Zaczęła Kasei. Ed zwrócił na nią wzrok. – Pomagasz, a ludzie potem ci za to dziękują.

– Hah, nie raz już się ze złodziejaszkami tłukliśmy, więc co szkodzi pomóc. A teraz przynajmniej wiemy nieco więcej.

– Ano. Tylko co dalej?

– Do stolicy, trzeba będzie Artura o pomoc prosić. I może wreszcie się normalnie wyspać…

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania