Boska Makabra: Filozof - Rozdział 2 (Część 5)

Goro siedział w ciemnym pokoju przy stoliku, skupiając wzrok na czarnym, niedużym kamieniu, na którym wyrysowana była złota pieczęć. W pewnym momencie zaczęła ona iskrzyć.

„Nie pierwszy raz zdarzyło mi się, że ktoś wyczekiwał mojego nadejścia, lecz ty mi zaimponowałeś.”

– To dla mnie zaszczyt – odpowiedział zadowolony czarnowłosy. – Nie spodziewałem się takich słów od tak potężnego maga.

„Maga?” – zachichotał głos. – „Właśnie zmiotłem jednemu z was postrzeganie świata, może spróbuję też i tobie?”

– Nie ma takiej potrzeby – odpowiedział spokojnie Goro. – Jedyne, co mnie obchodzi to twoja gra i co z tego będę miał. Nie to, kim jesteś.

„Jakże urocze słowa… A co z tego będziesz miał? Spełnienie twojego pragnienia, jeśli wygrasz. Przyznam, często zdarza się, że ktoś z zewnątrz, niewybrany przeze mnie zdobywa pieczęć, lecz ty naprawdę mnie intrygujesz. Grzechem byłoby nie dać ci osobistego zaproszenia.”

– Więc mnie wybrałeś, bożku – uśmiechnął się Goro. – I spokojnie, nawet gdybyś wybrał sobie inny kraj, to bym cię znalazł. Mam tu pamiątkę po moim przodku.

„Ach, nieco mojej many?” – zaśmiał się ponownie głos. – „Delaunay są naprawdę sprytni, do dziś pamiętam Vintego, któremu udało się wygrać. Rozumiem, że nie muszę ci nic tłumaczyć ani pytać, czy chcesz walczyć, gdyż decyzja zapadła już dawno, hm?”

– Sądzę, że nie muszę odpowiadać, gdyż odpowiedź jest jasna.

„Och, lubię cię. Naprawdę przypominasz Vinte, a takich jak on się nie zapomina. Serio, jest on twórcą jednego z moich ulubionych życzeń.”

– Jestem świadom jakiego. W końcu wszystko zapisał i zostawił dla następnych pokoleń. No, to teraz chyba powinieneś iść po resztę. Już nie mogę się doczekać, by ich poznać.

„Widzę, że nie będę się nudził śledząc twoje poczynania. Gdy nadejdzie odpowiedni czas wezwę tych, którzy zdołali przetrwać. Choć kto wie, może zostaniesz tylko ty?” – Ze śmiechem odszedł. Goro był z siebie zadowolony, przeciągnął się. Za drzwiami jego pokoju stał Hagan, który przysłuchiwał się całej rozmowie. Zacisnął pięść w złości, po czym po cichu oddalił się.

„Goro… Nie pozwolę ci wygrać…” – poprzysiągł w swoich myślach.

~

 

„Bóg… Czy bóg istnieje? Czy bóg jest zły, czy może jest dobry? Czy interesuje się nami, czy ma nas gdzieś? Przestałem sobie zadawać te pytania, gdy moja mama umarła… Czy naprawdę nie wierzę w bogów? A może po prostu nienawidzę Wyznawców Światła tak bardzo, że wmówiłem sobie, że w nich nie wierzę? W imię wiary rozpętali niejedną wojnę… Lecz ja włożyłem wszystko do jednego worka… Wszystkie poglądy, które opierały się na czymś boskim, odrzuciłem... Taka jest prawda… Gardzę tym tylko dlatego, że w imię tego umarła moja matka. Więc czy ten bóg, który nie daje nam żadnych znaków, istnieje? Nie wierzę w to, że tak teraz myślę… Bóg? Naprawdę teraz zastanawiam się, czy bóg jest? Nie wiem kompletnie, co mam o tym myśleć, co robić, co w ogóle mam zrobić? A może to jest właśnie szansa dana… od tego boga, bym uwolnił Petera od bólu? Nie wiem. Nie wiem kompletnie nic…”

Otworzył bramę, po czym poszedł w stronę domu. Przesiedział całą noc na podwórku, a nim się obejrzał, słońce zaczęło znowu wschodzić. Przerażało go to wszystko, był przerażony tym, co zrobił Peter, przerażony propozycją jaką dostał i przerażony tym, który mu tą ofertę złożył.

Wszedł do domu, szedł z opuszczoną głową przez korytarz. Kierował do biblioteki, musiał poszukać książek, a w nich jakiś wskazówek. Wiedział, że wpakował się w coś, co nie jest pojęte dla ludzi. Przybyła do niego siła wyższa, w którą tyle lat wątpił, by wybrać go do czegoś, co na pewno nie jest bezpieczne.

– GDZIE TY BYŁEŚ?! – Stanął jak na baczność, gdy usłyszał podniesiony i rozhisteryzowany głos Kasei. – BAŁAM SIĘ, ŻE COŚ CI SIĘ STAŁO, DEBILU!

Wtedy zasmarkała, przetarła nos nadgarstkiem. Złotowłosy westchnął.

– Przepraszam… Gdzie on jest?

– Powiedział, że nie będzie w stanie spojrzeć ci w oczy, więc postanowił, że już pójdzie do lecznicy, dopóki ciebie nie ma...

– Rozumiem… Nie spałaś pewnie całą noc. Proszę, prześpij się teraz, jakoś to wszystko… ogarnę. – Powiedział i odszedł do biblioteki. Kasei opuściła uszy do dołu, po czym udała się do swojego pokoju.

Ed zamknął za sobą drzwi, włożył klucz do zamka i poprawił jeszcze magią. Po tym rozświetlił dłonie i zaczął ściągać magią z półek książki, które uniosły się w złotej poświecie. Często ludzie dziwili się na widok koloru jego magii, w większości przypadków kolor magii maga jest taki sam, jak kolor oczu. U Petera się to zgadzało, u Edwarda jednak zamiast zielonej, magia była złota, jak jego włosy.

Przyciągał książki po kolei do siebie, czytał tytuły, a te, w których mogły być wskazówki, odstawiał na biurko. Po tym, jak znalazł wszystkie, wziął się do przeglądania. Sprawdzał jedną, wyrzucał, drugą, wyrzucał. Nie mógł znaleźć nic prócz legend o bożku, a o tym, co było tam zawarte już czytał wcześniej. Szukał dwie godziny bez skutku, wszystkie książki wyrzucił za siebie. Był wściekły. Myślał, jeśli miał w tą grę wstąpić, gdzie szukać reszty uczestniczących, gdzie szukać tych, którzy znają tą grę od dawna? Nie wiedział co go czeka, ale czuł, że musi to zrobić… Że to może być szansa, by wynagrodzić Peterowi wszystko, przed czym nie był w stanie go ochronić. Jednak co dokładnie miał zrobić? Kogo prosić o pomoc? Nie wiedział.

Czuł, że jeśli się ostatecznie zdecyduje, będzie to najtrudniejsza rzecz, jaką zrobi w swoim życiu.

~

Siedział przy biurku, na którym stały różne mikstury i zioła. Wrzucał poszczególne składniki do jednej misy i zmiksował je magią, mieszanina stała się żelem o niebieskawym kolorze. Wtedy przesunął wzrok na swój zabandażowany nadgarstek, zaczął powoli rozwiązywać opatrunek, pod którym ukrywał głębokie nacięcia. Ściągnął również bandaż z ramienia, nałożył nieco żelu na palce lewej ręki i próbował wmasować je w okaleczenia, które sam sobie zadał.

Próbował, lecz nie mógł.

Załzawił, przypominając sobie zrozpaczony wzrok swojego brata, potem Jana, który poświecił swoje życie, ale również i Mateo, który wpadł z tego powodu w obłęd. Czuł się za to tak winny, że nie wiedział, czy wolno mu wyleczyć te rany. Jego płacz ktoś usłyszał.

– Skąd masz te rany? – Spytał dziewczęcy, cichutki głos, którego właścicielka wyglądała niepewnie zza futryny. Peter nie przestawał płakać.

– S–Sam… je sobie zrobiłem… – odpowiedział, chowając twarz za dłonią. – Bo jestem złym człowiekiem… I ranię innych…

– Nieprawda. – Pokręciła głową Yvon. – Dla mnie jesteś taki sam jak mój brat, który zawsze o mnie dba i stara się, żebym była szczęśliwa. A dzięki tobie… czuję się o wiele lepiej.

– Uśmiechnęła się nieśmiało. Peter spojrzał na nią błagalnym wzrokiem.

– Cieszę się, że choć tobie mogłem pomóc… – Mówił to, jednocześnie ścierając łzy. – Pomaganie innym to moja powinność w końcu…

– Na pewno pomogłeś już wielu i jeszcze nie raz pomożesz. – Odpowiedziała pewnie. – Ale… ulecz siebie, by nie martwić bliskich.

Wtedy wróciła tam, skąd przyszła. Peter w końcu nasmarował swoje rany na nadgarstku i przedramieniu. Odczekał kilka minut, po czym starł nadmiar żelu. Teraz wyglądało to o wiele lepiej, tak, jakby już niedługo rany miały całkowicie się zasklepić. Ale wtedy dostrzegł coś jeszcze.

„Nawet, jeśli rana się zagoi, to zostają blizny…” – Pomyślał, oglądając już widoczne białe ślady na nadgarstku. – „Tak samo jest z tymi emocjonalnymi ranami… Jak wielką bliznę zostawiłem na sercu Eda przez to, co narobiłem? Wiem jednak jedno… Nie mogę pozwolić, by to co Jan zrobił poszło na marne. Będę dalej leczył ludzi, w jego imieniu. Muszę też jakoś wynagrodzić Edowi to wszystko…”

Myślał, gdy robił resztę maści, leków i syropów. Siedział z otwartą książką, w której szukał informacji o roślinach, które mogłyby mu się przydać do leczenia hemasitus. Jan pozaznaczał w niej wcześniej ważniejsze strony, postanowił je dziś przestudiować. Nie miał odwagi by wrócić dziś do domu, dlatego postanowił spędzić noc w lecznicy, by uczyć się i przemyśleć sobie, jak wyprostować tą ciężką sytuację.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania