Boska Makabra: Filozof - Rozdział 2 (Część 2)

„Taaaaak, kto jest mistrzem? Ja jestem mistrzem!~” – Mówił sobie w myślach czarno –białowłosy chłopiec, który przeszedł przez bramę posiadłości. Skręcił w stronę dziedzińca i tarasu, zbliżając się do pokoju swojego mistrza. Nagle ktoś stanął mu niespodziewanie na drodze.

– Och – powiedział spokojnym tonem brązowowłosy. – Witaj, Praszu.

– Cześć Hagan. – Odpowiedział, opuszczając głowę i przycisnął do siebie zawinięty słoik. – Co tu robisz?

– Aktualnie, to po prostu tędy przechodzę.

– Och, uch, rozumiem…

– Co tam trzymasz? – spytał Hagan chcąc się przyjrzeć, jednak chłopiec z uszami szopa szybko go ominął.

– Coś dla Goro, nic ważnego. – Odpowiedział, próbując zakamuflować strach.

– …Skoro tak. No, to na razie. – Hagan odszedł jakby nigdy nic się nie stało, a Prasz odetchnął. Wtedy nagle drzwi odsunął Goro.

– Nienawidzę tej jego ciekawskiej natury. – Warknął twardym głosem czarnowłosy. – Dobrze się spisałeś. – Obojętnie pochwalił chłopca, zabierając od niego zawinięty słoik. Weszli do środka, a Prasz zasunął drzwi i ukłonił się przed Goro. – Teraz jesteśmy gotowi.

– Zrozumiałem, mistrzu. – Powstał.

Hagan wszedł do biblioteki i wyciągnął mapę. Szukał Rebellar, wioski, w której znajdywała się jego siostra. Przez wszystko, czego się dowiedział, nie mógł spać. Po prostu nie wiedział, co ma zrobić. Zaznaczył sobie drogę na mapie, zwinął ją i zaczął dalej myśleć. Wiedział, że musi pomóc swojej siostrze.

„Gdyby tylko był sposób, by jej pomóc…” – Dumał nerwowo.

„Jest taki sposób. Ale czy będziesz gotowy walczyć z własnym bratem, by to osiągnąć?” Usłyszał znikąd głos, zaczął się oglądać we wszystkie strony. Był nieco wystraszony.

– Kto tu jest? – spytał na głos.

„Haganie Delaunay, sądzę, że jesteś odpowiednią osobą, by wziąć udział w tej pradawnej grze. Znam dobrze twoje pragnienie. Czy jesteś gotowy o nie walczyć?” – Hagan znowu usłyszał ten sam głos w głowie. Przymknął oczy.

„Och… Skoro już tu jesteś, to porozmawiajmy o tej… propozycji.” – Odpowiedział w myślach.

„Wyśmienicie.”

~

Kasei szła do domu, trzymając w rękach wiklinowy koszyk z zakupami. Nie było tam nic nadzwyczajnego, nieco mięsa, warzyw i owoców. Postanowiła wyręczyć Eda i sama pójść na targ. Wielu z sąsiadów pytało, co się jej stało i jak się czuje. Nie była tym zbytnio zachwycona, nie lubiła wypytywania.

„Ech, z tymi to też… i tak już wiedzą, że Jan złamał tabu…” – Westchnęła w myślach.

– Przepraszam, chciałabyś może kupić pomarańcze? – Kasei zatrzymała się i zobaczyła dziewczynkę z koszykiem pomarańczy. Do niej tulił się mały chłopiec, widać było, że pochodzą z biedy. Kasei przymknęła oczy w smutku.

– Tak, wezmę trzy – powiedziała. Dzieciaki najwidoczniej bardzo uradowały się odpowiedzią; podały jej trzy dojrzałe i duże pomarańcze, a ona dała im pięć monet. Idąc, skórkę jednej ogryzła zębami, po czym wbiła się w miąższ i poczuła soczysty smak.

„Wspaniałe” – pomyślała. W końcu znalazła się przy domu, przeszła przez bramę i zobaczyła Edwarda, który siedział na ławce na dziedzińcu i patrzył w ziemię. Podeszła do niego, kładąc koszyk obok.

– Dziękuję. – Powiedział, rzucając obojętne spojrzenie na koszyk. – Pomarańcze?

– Tak jakoś wyszło, że je kupiłam. – Usiadła obok niego. – Co z Peterem?

– Zamknął się w pokoju. Nie wiem, co takiego zrobiłem nie tak…

– Sądzisz, że mogłeś coś nie tak zrobić? Kto mógł to przewidzieć…?

– Nie wiem. Nie mogę uwierzyć, że Jan mógł się do czegoś takiego posunąć… Magia krwi jest zakazana, odkąd pojawiło się hemasitus. Sądzę, że Jan o tym dobrze wiedział.

– Pewnie po prostu… chciał sprawdzić, czy to jakkolwiek pomoże…

– I użył tego tak nierozsądnie, że rozsadziła go własna krew… – Złotowłosy nie mogąc usiedzieć, wstał i wziął koszyk. – To mięso powinniśmy zjeść już dziś, by się nie zepsuło… Miejmy nadzieję, że Peter choć na chwilę wyjdzie.

– Poproszę go.

– Nie będzie to takie proste. – powiedział idąc powoli po schodach do kuchni, Kasei szła za nim. – Jak Peter się zamknie w pokoju, to nic go stamtąd nie wyciągnie. Sama wiesz jak z nim jest.

– Nie uważasz… że Peter… za bardzo się o wszystko obwinia?

Edward postawił koszyk na blacie po czym powoli przesunął na nią wzrok. Kiwnął głową.

– Trudno mu się dziwić. Gdy spotyka się dużo okropnych rzeczy w życiu, wielu ludzi cię nęka… w końcu zaczynasz uważać, że to ci się należy i że wszystko jest twoją winą. Rozpacz przejmuje umysł swojego nosiciela… Przecież ja sam uważam, że śmierć Jana to moja wina, bo mogłem go przypilnować, mogłem pójść spytać po tym, jak Peter wrócił, czy jest z nim okej… A jednak tego nie zrobiłem.

– Ale… przecież nie mogliście nic zrobić… Nie wiedzieliście… – Opuściła głowę.

– Wiem o tym doskonale. Jednak Mateo… zachował się jak zwykły tchórz… Domyślam się, że był świadkiem śmierci Jana, widziałaś tą ranę na twarzy. Jednak to nie daje mu zezwolenia, by lał Petera. Za to obiję mu dupsko, gdy tylko go znajdę.

– Haha – zaśmiała się cicho. – Zawsze lubiłam w tobie to, że chcesz chronić innych.

– Och, więc jest coś, co we mnie lubisz? – uśmiechnął się wrednie.

Kasei zawarczała, nadając swoim oczom złowieszczego wyrazu, jednak po chwili przestali się śmiać, przypominając sobie, co właściwie się dzieje.

– Więc… – kontynuował Edward, wyciągając kuchenny nóż i krojąc mięso. – Jutro pogrzeb.

– Tak. Wypada kupić kwiaty…

– Zrobimy to jutro rano. Sprawdź co u Petera, dobrze?

– Dobrze.

Kasei wyszła z kuchni, zeszła po schodach i zaczęła iść przez korytarz przy dziedzińcu. Po chwili znalazła się przy drzwiach od pokoju Petera, zaczęła w nie pukać.

– Um… Peter? Mógłbyś wyjść? Ed niedługo zrobi jedzenie.

– Nie chcę jeść. – Odpowiedział cicho zza drzwi.

– Peter, jeśli nic nie będziesz jadł, nie będziesz miał siły. Wiesz, że to niezdrowe…

– To… nic. Naprawdę, nic nie przejdzie mi teraz przez gardło… Proszę, Kasei, zostaw mnie…

– Cóż… – Odeszła od drzwi. – Skoro tak…

Kasei wróciła do Edwarda, który położył na stole talerze z usmażonym mięsem, warzywami i makaronem. Kasei usiadła, a on obok niej. Obydwoje zjadali swój posiłek smętnie.

– Nie chciał wyjść. – Powiedziała smutno.

– Rozumiem, więc na razie go tam zostawmy. – Odpowiedział, dziobiąc swoje danie.

– Nie smakuje ci?

– Ech… Trudno jest cokolwiek jeść po tym, co widziałem… – westchnął i wepchnął wszystko, co znajdowało się na talerzu do swoich ust, potem głośno połknął.

– To było obrzydliwe. – Stwierdziła z odrazą.

– Cicho bądź. Lepiej jeść tak, niż wcale. – Wstał i wyszedł z kuchni na korytarz. Oparł się na barierce i popatrzył w niebo, na którym dominowały barwy czerwieni i pomarańczy. Kasei kontynuowała jedzenie, a jej głowa była pełna myśli. W końcu poszła śladem złotowłosego i wepchnęła resztki z talerza w usta, po czym połknęła. Wstała od stołu i wyszła Eda. Stał tyłem do niej, nadal wpatrując się w niebo. Kasei westchnęła.

– Ed… – zaczęła.

– Słucham.

– Udajesz, prawda?

– Ech? – odwrócił się w jej stronę. – Udaję?

– Niby krzyczałeś na Petera… Niby mówiłeś, że obwiniasz się o śmierć Jana… ale nie płakałeś. W ogóle nie płakałeś. Na dodatek mówisz tym pustym tonem... Udajesz, że ciebie to tak bardzo nie boli?

– Płacz niczego nie zmieni. – Odpowiedział ostro. – Płacz nie przywróci Janowi życia. A poza tym… Na kim Peter ma polegać? Na płaczącym, starszym bracie? – I właśnie wtedy w jego oczach zebrały się drobne łzy, które od razu starł. – Nie mogę się załamywać, kto go wtedy wesprze?

– Jednak… Czy nie dusisz wszystkiego w sobie?

– Absolutnie nie. Po prostu… muszę być silny. Ktoś musi być. A on potrzebuje teraz kogoś, kto stoi twardo na nogach, jeśli się załamię, z nim będzie jeszcze gorzej. A Peter… i ty, jesteście dla mnie najważniejsi.

– Pff – prychnęła z rumieńcem na twarzy. – Nie potrzebuję twojej… troski…

– No pewnie, że nie. – Uśmiechnął się lekko.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania