Bo jestem inna 25
Dom Marty był duży, jednopiętrowy. Jej rodzice odziedziczyli go w spadku po dziadkach ze strony ojca. Miał swoje lata, ale Marta doprowadziła go do pięknego stanu.
Dostała ten dom, kiedy wychodziła za mąż za Marka. Rodzice stwierdzili, że dla nich jest zbyt duży i kupili mniejszy w Radości.
W remont i przerobienie budynku włożyła sporo swoich pieniędzy i przede wszystkim – umiejętności. Sama robiła projekty, a w ich realizacji finansowo pomagał jej Marek.
Gdyby wiedział, że podpisał intercyzę dotyczącą tego domu, to pewnie by tak chętnie nie pomagał. Ale w końcu mieszkał tu piętnaście lat.
Wysoki parter po przeróbkach składał się z dużego przedpokoju, ładnej kuchni z dużym oknem połączonej z dość sporym salonem, z dużej i jasnej sypialni Marty oraz łazienki.
Na piętrze znajdowały się trzy ładne pokoje (w tym jeden przeznaczony tylko dla gości), łazienka i korytarzyk.
Wszystko, wraz z meblami, było utrzymane w jasnych kolorach. Wnętrza urządzono w minimalistycznym porządku, ale znajdowało się tam wszystko, co potrzebne.
Marta nie lubiła zasłon, więc w oknach wisiały tylko ładne firanki. Podwórko było duże, z pięknym trawnikiem, a od furtki do domu prowadził ładnie ułożony chodnik.
Pod mieszkaniem mieścił się garaż i pomieszczenie gospodarcze, które służyło bardziej za pralnię i suszarnię. Był też strych, ale Marta go nie używała.
Kiedyś zamierzała go przerobić, tylko jak dotąd nie miała pomysłu. Myślała o pracowni, ale póki co nie robiła nic.Cieszyła się, że ma ten dom.
Dobrze się w nim czuła, był jej ostoją – szkoda tylko, że była w nim sama.
Nigdy nie chciała mieć dzieci. Nie dlatego, że ich nie lubiła, po prostu nie czuła powołania do bycia matką.
Była silną, samowystarczającą kobietą, ze wszystkim świetnie sobie radziła. Tyle że po rozwodzie nie miała się do kogo przytulić, nie miała z kim usiąść i porozmawiać, albo nawet pomilczeć we dwoje.
Mówiono o niej, że klnie jak szewc. Była taka, że nie liczyła się ze słowami, jak coś ją wkurzyło. Potrafiła być bardzo niemiła, ale umiała też być czułą, wrażliwą kobietą. Kiedyś powtarzano nawet, że to szatan w spódnicy.
Siedziała teraz w fotelu z podkulonymi nogami, zapatrzona w okno i analizowała swoje życie od dziecka. Zawsze gdzieś pędziła, reagowała impulsywnie, gdy coś jej nie wychodziło. Potrafiła w jednej chwili się śmiać, a w drugiej złościć.
– No, taka byłam... – szepnęła. – Zawsze inna.
Wstała z fotela i leniwie się przeciągnęła.– Trzeba się za coś wziąć, nie mogę tak siedzieć i rozmyślać. Nic nie poradzę, że jestem babką z pazurem – powiedziała do siebie.
Pierwsze, za co się zabrała, to był projekt, który musiała skończyć i zawieźć do firmy. Poprawki nanosiła przez prawie całe popołudnie, ale skończyła i odetchnęła z ulgą.
Był półmetek września. Pomyślała, że odda projekt, a potem wyjedzie na trochę w góry albo gdzie indziej. Tęskniła za czymś... a może za kimś?
Zadzwoniła do Magdy, ale przyjaciółka nie odebrała. „Pewnie nie ma jej w domu – pomyślała – albo śpi po pracy”.
Magda oddzwoniła po godzinie. Była zapłakana.
– Co się stało? – przestraszyła się Marta.
– Nie, nic... Nic się nie stało, nieważne. – Magda plątała się, chciała uniknąć odpowiedzi.– Magda, nic się nie stało? Na pewno? Płakałaś, dlaczego?
– Marta, powiem ci, tylko nie krzycz na mnie... – Magda rozpłakała się na dobre.
– Marta, ja jestem w ciąży!Martę zamurowało. Przez chwilę nic nie mówiła.
– Jak to jesteś w ciąży? Z kim?
– Z Kostasem. Bo tylko z nim byłam.
– Magda, kurwa... Mówiłaś, że się zabezpieczałaś! To jak zaszłaś w ciążę?
– Tak mówiłam, ale nie było żadnego zabezpieczenia. On miał uważać, a ja mu uwierzyłam... – chlipała Magda.
– Dobra, nic nie mów. Jesteś w domu? O rany, dzisiaj już jest późno. Jutro będę w biurze, musimy się spotkać i wtedy coś wymyślimy.
– Marta, ja urodzę to dziecko. Wychowam, tyle że bez ojca będzie.
– Magda, spokojnie. Byłaś u lekarza?
– Jeszcze nie byłam, ale zrobiłam test. Są dwie kreski, jedna mocna, a druga bardzo blada.–
-Magda, to jeszcze nie znaczy, że zaciążyłaś. Jutro przyjadę, umówię cię do lekarza i pójdę razem z tobą. O której godzinie będzie ci najlepiej pasować? Przyjadę.
– Jutro nie idę do pracy. – Magda znów płakała. – Powiedziałam, że muszę coś załatwić.–
-Czekaj na mnie, będę około dziewiątej.
– Dobrze – chlipnęła Magda i się rozłączyły.
Marta zaczęła nerwowo chodzić po kuchni. Była zła na Magdę, ale z drugiej strony postanowiła ją wspierać. Przecież sama też mogła znaleźć się w podobnej sytuacji, tyle że ona od lat stosowała antykoncepcję.
Następnego dnia z samego rana pukała do drzwi Magdy. Pojechały do renomowanej pani ginekolog. Lekarka wysłuchała, co Magda miała do powiedzenia, poprosiła ją na fotel i zbadała, a następnie zaprosiła na kozetkę, żeby zrobić badanie USG.
Badanie trwało kilka minut. Już po wszystkim poinformowała pacjentkę, że nie widzi ciąży.
– Ale pani doktor, na teście były dwie kreski! To chyba ciąża, prawda?
– Nie, testy często się mylą. Pani jest w wieku czterdziestu lat, weszła pani w okres menopauzy. To jeszcze potrwa kilka lat i teoretycznie może pani zajść w ciążę, ale teraz jej nie ma – uśmiechnęła się lekarka.
Magda wyszła z gabinetu. Na korytarzu czekała na nią Marta.
– No i co? Mów.
– Nic. Nie ma ciąży – odpowiedziała jej smutno Magda. – Fałszywy alarm.
– Uff! Magda, to dobra wiadomość! – odetchnęła Marta.
– To co? Ja muszę jeszcze wpaść do biura oddać projekt, a ty? Jedziesz do mnie czy zawieźć cię do domu? Możesz poczekać na mnie w aucie, jak nie chcesz się pokazywać.
– Nie, pojadę do domu, Marta.– Na pewno?
– Tak. Wiesz, Marta... mam ochotę się upić.
– To jedziemy od razu do mnie! Projekt oddam jutro, a dzisiaj upijemy się razem. Też mam doła – zdecydowała Marta.
Wsiadły do samochodu. Po drodze zatrzymały się tylko po to, żeby kupić wino. Wzięły dwie butelki, coś słodkiego i owoce.
Nie rozmawiały przez całą drogę, dopiero w domu się rozkręciły. Marta zdecydowała, że najpierw zjedzą śniadanie, bo obie były na czczo, później pójdą na spacer z Felkiem, potem zamówią sobie obiad do domu, a po obiedzie się upiją.
Magda zrobiła na śniadanie pyszną jajecznicę, Marta przyrządziła herbatę i zaniosła też jedzenie Felkowi.Po śniadaniu wyszły. Chodziły nad brzegiem Świdra, nawet dziki im nie wadziły. Wdychały czyste powietrze i napawały się piękną świderską scenerią.
Po powrocie do domu, zmęczone, ale już w lepszych humorach, zaczęły rozmawiać o pracy, o byłych partnerach, o wszystkim.
– Powiedz, Marta, ale tak szczerze... Czy twój mąż był twoim pierwszym? Wiesz, o co mi chodzi
– Nie, Marek nie był pierwszym i nie ostatnim. Przed nim chodziłam z takim Jackiem, byliśmy na jednym roku. To z nim miałam pierwszy raz.
Ale wiesz... wyśmiał mnie, że mam dwadzieścia jeden lat i jestem jeszcze dziewicą. Zerwałam z nim tego samego dnia. Boże, jak ja się bałam, że może zaszłam w ciążę! Ale nie zaszłam. Marek był po nim.
– Kochałaś go? Jacka? – dopytywała Magda.– Czy ja wiem? Nie wiem, Magda... chyba nie. A ty? Dlaczego jesteś sama?
– Wiesz, ja nigdy nie miałam szczęścia do chłopaków. Niby się kręcili, ale jakoś ich nie było. Później już tak... lata leciały, a ja cały czas sama. Trafił się w końcu jeden, trzy lata byliśmy razem, ale odszedł.
A później był Rafał, ale krótko. No i teraz Kostas. Ale to też już przeszłość.
– Zamawiamy obiad? – zapytała Marta.
– Nie wiem, nie jestem głodna. A ty jesteś? – Magda odpowiedziała pytaniem.
– Trochę tak. Zanim dowiozą, to minie z godzina. Co zamówić? Może danie dnia?
Nie czekając na odpowiedź Magdy, zadzwoniła do restauracji. Zamówiła dwa razy danie dnia – akurat był kapuśniak, ziemniaki, kotlet mielony i marchewka z groszkiem.
Obiad został dowieziony bardzo szybko, więc siadły do jedzenia. Po godzinie Marta otworzyła wino, nalała do kieliszków i przeszły do salonu.
Piły, a humory poprawiały im się wraz z każdym opróżnionym kielichem. Marta włączyła muzykę, zaczęła tańczyć i śpiewać, śmiały się nie wiadomo z czego.
– Magda, teraz to by nam się jakiś chłop przydał. Iść po Leona? – śmiała się Marta.
– Nie, jakiś młodszy by się przydał, ale nie ma.
– Chłopy to kutasy! – Marta padła na sofę. – Mówię ci, Magda. Oni by tylko chcieli cię przelecieć, a jak przelecą, to mają cię w dupie.
– Masz rację, Marta. Ale kochamy ich przecież.
– No... ja kocham jednego. Ale Magda, co mam zrobić?
– Mówisz o Jasińskim? – Magda spojrzała na nią uważnie. – Marta, daj sobie spokój. On jest dyrektorem i każda leci na niego
– Ty też? Magda, ty też?
– No też... Tyle że on nie chciałby takiej jak ja – stwierdziła smutno Magda.
Otworzyły drugą butelkę wina. Teraz obie piły na smutno. Wieczorem były tak padnięte, że zasnęły razem na jednej sofie w salonie.Po przebudzeniu się następnego dnia obie wyglądały jak koszmarki. Głowy ich bolały, w ustach było sucho, a trzeba było wstać i jechać do Warszawy.
Marta musiała zawieźć ten „cholerny projekt”, jak sama go nazywała.
– Magda – odezwała się. – Ja idę do łazienki. Kurwa, jak mi niedobrze, chyba się wyrzygam... – czknęła.
– Ty, jak chcesz, to idź na górę do łazienki. Możesz zostać, a ja skoczę do biura oddać...
Nie dokończyła. Pędem pobiegła do łazienki. Magda też poczłapała na górę, żeby wziąć prysznic. Nie chciała zostawać sama w domu Marty, postanowiła, że też pojedzie.
Wypiły po kubku mocnej kawy i po kilku minutach ruszyły w drogę. Marta podrzuciła Magdę pod blok, w którym mieszkała, a sama zawróciła do biura. W dresie i trampkach zjawiła się u dyrektora.
– Dzień dobry – powiedziała cicho. – Przywiozłam plany projektu, proszę. –
Położyła je na stoliku, który stał w rogu gabinetu.
– Marta... – odezwał się. – Nie poznaję cię. To ty czy nie ty?
Spojrzała na niego spod łba, naburmuszona, ale jeszcze grzeczna.
– Nie, to nie ja. Mój sobowtór.
– Ale ja nie mogę nic podpisywać z sobowtórem – roześmiał się.
– Kurwa – zaklęła. – To nie podpisuj. Idę stąd, bo nie mogę na ciebie patrzeć. Cześć.
Ale on był szybszy. Zasłonił jej drzwi całym sobą. Stanęła naprzeciwko niego, głowę lekko zadarła do góry i patrzyła mu prosto w twarz.
– Odejdź od drzwi, chcę wyjść. – Próbowała go odepchnąć. – Puść mnie, bo wyrzygam się na twoją koszulę! – zagroziła.
– Mam kilka zapasowych – roześmiał się. – Rzygaj. Garnitur też mam zapasowy.
– Jasiński, to ja stawiam warunki. Biznes to biznes, zapomniałeś? – powiedziała to bez sensu.
– Nie zapomniałem, ale pani bizneswoman jest chyba na potężnym kacu. Więc warunki dzisiaj stawiam ja. Może tak być?
– Nie może. Kurwa, odejdź od tych drzwi! – Zacisnęła pięści, ale nie miała siły, żeby go uderzyć
Jasiński ani drgnął. Patrzył na nią z góry tym swoim bezczelnym, rozbawionym wzrokiem, który zwykle doprowadzał ją do szewskiej pasji. Dzisiaj jednak, przez pulsujący w skroniach ból i rewolucję w żołądku, ten wzrok działał na nią jakoś inaczej. Obezwładniająco.– Nigdzie nie pójdziesz, dopóki nie wypijesz herbaty i nie dojdziesz do siebie – powiedział tonem, który nie znosił sprzeciwu, choć w jego oczach wciąż tańczyły wesołe iskierki.
– A z tym sobowtórem... chętnie podpisałbym zupełnie inną umowę.
Marta prychnęła, próbując zachować resztki swojej legendarnej dumy.
– Chyba cię popierdoliło, Jasiński. Prędzej stąd wyjdę oknem, niż dam się zamknąć w klatce.
Zamiast odpowiedzi, dyrektor złapał ją delikatnie za ramiona i zanim zdążyła warknąć kolejne przekleństwo, posadził ją w skórzanym fotelu. Ku jej wściekłości – i skrytej uldze – fotel był cudownie miękki.
Jasiński wyszedł z gabinetu zostawiajac ją samą , a po chwili wrócił i postawił przed nią kubek parującej, miętowej herbaty. Dorzucił też małą, czekoladową pralinkę.
– Pij. I nie klnij tyle, bo ci żyłka pęknie, gwiazdo architektury – rzucił, siadając naprzeciwko niej.
Marta spojrzała na kubek, potem na niego. Przez dłuższą chwilę w gabinecie panowała cisza, przerywana jedynie tykaniem ściennego zegara. W końcu napiła się łyk. Mięta cudownie ukoiła jej ściśnięty żołądek.
– Magda też uważa, że jesteś kutasem – palnęła nagle, zupełnie bez sensu, opierając ciężką głowę o oparcie fotela.
Jasiński uniósł brew, wyraźnie zaskoczony.
– A to ciekawe. A ty? Też tak uważasz?
Marta zmrużyła oczy, patrząc na jego nienagannie skrojony garnitur, na lekko rozpięty kołnierzyk koszuli i na te cholerne, błękitne oczy, które śniły jej się po nocach w pustym domu.
– Uważam, że jesteś irytujący, bezczelny i stanowczo zbyt pewny siebie – burknęła, czując, jak nagle robi jej się gorąco.
– Ale z dwojga złego... wolę twoje zapasowe koszule niż samotne wieczory.-dopowiedziala w myślach .
Jasiński uśmiechnął się szeroko. To nie był jego służbowy, dyrektorski uśmiech. Był szczery, ciepły i... obiecujący. Wstał, podszedł do stolika, wziął projekt Marty i bez czytania podpisał go na pierwszej stronie. Potem schował pióro do kieszeni, podszedł do drzwi i przekręcił klucz w zamku.
– Biznes to biznes, Marto – powiedział cicho, podchodząc z powrotem do fotela.
– Projekt przyjęty. A teraz porozmawiajmy
o naszych warunkach na przyszłość.
Marta poczuła, jak ból głowy powoli ustępuje miejsca zupełnie innemu, przyjemnemu dreszczowi. Pomyślała o swoim dużym, pustym domu w Józefowie i o tym, że być może nadszedł czas, by na starym strychu w końcu urządzić coś nowego. Na przykład sypialnię dla kogoś, kto nie boi się szatana w spódnicy – nawet, jeśli ten szatan ma właśnie potężnego kaca.
Komentarze (1)
Tradycyjnie*****
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania