Poprzednie części:  Bo jestem inna 1

Bo jestem inna 36

Marta długo myślała, jak mogłaby pomóc pani Zofii. Którejś nocy kręciła się w łóżku, nie mogąc zasnąć – tak bardzo, że aż Kuba się obudził. Włączył lampkę. Szybko zamknęła oczy, ale on wiedział, że nie śpi.

– Marta, co jest? – zapytał zaspanym głosem. – Czemu się tak wiercisz?

Nie odpowiedziała, tylko jeszcze mocniej zacisnęła powieki.

– Wiem, że udajesz. – Pogłaskał ją po policzku. – Co jest?

– Śpij. – Pocałowała go. – Zaraz przyjdę.

Wyszła z łóżka i poszła na górę, do swojej pracowni. Włączyła światło nad deską, wyjęła arkusz kartonu i zaczęła projektować mieszkanie dla pani Zofii. „Kuchnia, dosyć spora – myślała. – Można zrobić małą łazienkę z kabiną, klozet postawić w rogu, z drugiej strony kabiny zmieści się pralka. Postawi się ścianki działowe z karton-gipsu. Wyrzucamy kuchnię… Albo nie, zrobimy centralne ogrzewanie i ciepłą wodę, kuchnia węglowa wtedy się bardzo przyda. Ten kredens jest super, zajebisty, trzeba będzie go pomalować albo okleić. Na podłodze położyć ładną, zmywalną wykładzinę, ściany pomalować, wstawić większy stół i cztery krzesła. Przy kuchni postawić mały zlewozmywak i szafeczkę kuchenną, na której stanie suszarka na naczynia. Dobra, kuchnię mamy”.

Wszystkie swoje myśli przenosiła na arkusz. Wymieniła drzwi i okno, został jeszcze ten mały pokoik. „Szafa – nie wiadomo, czy Zosia będzie chciała ją wyrzucić, ale to łóżko trzeba zmienić. Postawimy wygodną kanapę, wymienimy drzwi, na podłogę pójdzie też wykładzina, a przy sofie mały dywanik”. Teraz już myślała głośno, gryzła końcówkę ołówka i szukała miejsca na komódkę, na której stanie telewizor, na małą ławę i fotel, żeby pani Zosia, wygodnie siedząc, mogła oglądać seriale czy co tam zechce.

Była tak pochłonięta pracą, że nie usłyszała nawet wejścia Kuby. Stał za jej plecami i nie odzywał się. Odwróciła się na krześle i krzyknęła przestraszona:

– Kurwa! Musisz mnie straszyć? Długo już tak stoisz?

– Na tyle długo, żeby cię stąd zabrać – odpowiedział.

Wyjął jej z ręki ołówek, wziął na ręce i zniósł na dół, z powrotem do sypialni.

– Jutro też jest dzień – powiedział, a właściwie to dzisiaj. – Jak to dobrze, że jest sobota i nie muszę rano wstawać.

Przytulił się do niej.

– Jesteś zimna jak lód – zauważył.

– To mnie rozgrzej – zamruczała.

– Zimna i nienasycona. Jakże mam cię rozgrzać? – zażartował.

– Już ty wiesz jak. – Zaczęła go gładzić po torsie i całować, a on wiedział, że już się jej nie oprze.

– Rozgrzewka była, to teraz przystępujemy do efektu kulminacyjnego. – Ściągnął z niej koszulkę, w której sypiała, i spełnił jej oraz swoją żądzę.

Zasnęli po tym jak niemowlęta, wtuleni w siebie. Spali, kiedy ktoś zaczął się dobijać do drzwi wejściowych. Kuba obudził się pierwszy i poszedł zobaczyć, kto tak wali. To była ciocia Danka.

– Danusia? Wejdź. Co ty się tak dobijasz?

– No co? Tak długo śpicie, myślałam, że poumieraliście! Ale ty, widzę, żyjesz, to Marta pewnie też. Dawno was nie widziałam.

– My ciebie też, ciociu. – Z sypialni wyszła Marta, cmoknęła ciotkę w policzek i ziewnęła przeciągle.

– Uważaj, bo jeszcze ci coś do buzi wleci! Widziałam światło u was w nocy. Spać nie możecie czy co? – Spojrzała na nich i się roześmiała. – No nie, ja jak byłam w waszym wieku, to też nie mogłam!

– Ciociu, w naszym? To określ, w moim czy w Kuby, bo on jest starszy ode mnie – śmiała się Marta.

– No to mówię, że w waszym! Najpierw w twoim, potem w Kuby. Oj, jak to szybko zleciało… Na obiad będą kartacze z mięsem, lubicie? To zapraszam na czternastą. – Już miała wyjść, kiedy Marta poprosiła, żeby przygotowała kilka tych kartaczy więcej.

– A co? Felek też lubi? – zaśmiała się.

– Ciociu, wszystko powiem, jak przyjdziemy.

– Dobrze. A ty, Kubusiu – zwróciła się ze śmiechem do Kuby – załóż jakieś porteczki. Stoisz i kokietujesz mnie tym swoim kut… dobrze, że ubrałeś go chociaż w gatki!

Marta nie mogła opanować śmiechu, Kuba w końcu też się roześmiał.

– Danka, a Leon cię nie kokietuje? – zapytał.

– Pogadamy innym razem! – wymigała się od odpowiedzi i szybko uciekła.

– Ach, ta Danuśka. Wyobrażam sobie, jaka była, mając tak jak ty, czterdzieści lat. Szczera do bólu.

– Wiesz, Kubusiu, bo ona była inna niż reszta rodziny, tak samo jak ja jestem inna. Uwielbiam tę swoją cioteczkę. A wiesz, że podawała mnie do chrztu? Jest moją matką chrzestną.

Siedzieli przy stole w kuchni i pili kawę. Nie jedli, bo wiedzieli, że ciotka ich nakarmi, a do obiadu zostało niespełna dwie godziny.

– Czy Danusia ma dzieci? – zapytał Kuba.

– Nie ma. Była w ciąży, ale poroniła. – Marta zamilkła na moment. – Tak mówiła mama. Tak samo było ze mną, dziwny zbieg okoliczności…

Kuba już nic nie powiedział.

Byli głodni, ale czekali na obiad u ciotki i Leona. W końcu przyszli. Na stole stał wielki półmisek wypełniony dużymi kluchami, polanymi tłuszczem, ze skwarkami i przysmażoną cebulką. Kuba aż oblizał się z radości.

– Następnym razem obiad będzie u nas – powiedział i nałożył sobie na talerz cztery kartacze. – Kupimy produkty, a cioteczka wyczaruje z tego coś pysznego, prawda, Danusiu?

– Pewnie! Kup, ugotuję i przyjdziemy do was z gotowym obiadem – roześmiała się. – Marta, chciałaś coś powiedzieć – zwróciła się do siostrzenicy.

– Co takiego, ciociu?

– Ja wiem, że skleroza nie boli, ale zapomniałaś? Prosiłaś, żebym zrobiła więcej tych kartaczy, i miałaś powiedzieć, o co chodzi.

– A, o to! Sprawa jest. Do ciebie, Leon, też. Musimy wszyscy zaangażować się w pomoc dla pani Zosi.

– Jaką pomoc? – odezwał się milczący dotąd Leon.

– Pani Zosia mieszka na początku Leśnej, w drewniaku bez centralnego ogrzewania, bez WC, jest tam tylko zimna woda.

Pani Zosia jest emerytką, choruje na cukrzycę…

– Czekaj. – Leon podrapał się za uchem. – Zosia? Taka niewysoka, starsza? Chyba wiem, o kogo chodzi. Ona jest bardzo dumna, nie przyjmie pomocy.

– Przyjmie – odpowiedziała Marta. – Ja ją znalazłam siedzącą pod drzewem. Źle się czuła, nie miała pieniędzy na leki. Kupiłam je i przywiozłam ją do domu. Tam jest czyściutko, ale bardzo biednie.

Wiecie, że ona miała do jedzenia tylko kawałek chleba i trochę margaryny? Dlatego, ciociu, poprosiłam, żebyś zrobiła więcej tych kartaczy. Zawiozłabym jej, możesz pojechać ze mną, jeśli chcesz.

– A pewnie, że pojadę! Leoś, nie masz nic przeciwko temu, że się włączę w pomoc? Nie masz, wiem to. – Ciocia pocałowała Leona prosto w usta.

– No, co się tak gapicie? – zwróciła się do Marty i Kuby. – Przecież pocałowałam tylko te słodkie usteczka, a nie…

Leon, zawstydzony, zamachał ręką:

– Danusia, oni wiedzą w co!

Roześmieli się wszyscy czworo.

Po obiedzie ciotka zapakowała w pojemnik kilka kartaczy i pojechały z Martą do pani Zosii. Starsza pani ucieszyła się, gdy zobaczyła Martę. Przywitała się z Danką, która od razu zaproponowała, żeby mówiły sobie po imieniu.

– Bo wiesz, ja tu u Leona jestem, chyba zostanę na długo albo jeszcze dłużej? Też nie mam tu znajomych, możemy się odwiedzać.

– Oczywiście. Ale po co się trudziłyście z jedzeniem? Mogłyście ot tak przyjść, posiedzieć… Chociaż nie ma specjalnie na czym, ale gdzieś byśmy usiadły.

– Pani Zosiu, ja mam do pani sprawę. Ciocia też jeszcze o tym nie wie, ale zaraz wam powiem, o co chodzi.

Opowiedziała o planie remontu tego mieszkanka, wprowadzeniu udogodnień i wymianie mebli na nowsze. Obie panie słuchały, jak Marta roztacza przed nimi swoje wizje, i widziały oczyma wyobraźni zmiany, które zaplanowała.

– Co pani na to? – zapytała, gdy skończyła mówić.

Pani Zosia milczała. Przyglądała jej się z niedowierzaniem, po czym pokręciła głową.

– To jest piękna perspektywa, ale mnie na to nie stać. A jeszcze jedna sprawa: mieszkanie nie jest moje, tylko komunalne.

Na taki remont trzeba by mieć pozwolenie burmistrza czy z Urzędu Miejskiego. Nie wiem, ale samowolka byłaby karana.

– Ja wszystko załatwię! – Marta zapaliła się do tego projektu. – Niech się pani o nic nie martwi.

– Pani Marto, nie można, nie stać mnie na to. Mieszkam tu już długo. Latem jest inaczej, najgorsza jest zima, ale wytrzymuję. I niech tak zostanie. Dziękuję, ale nie mogę przyjąć takiej pomocy.

– Moja już w tym głowa, pani Zosiu. Proszę mi wierzyć, zrobię, co będę mogła.

Posiedziały jeszcze trochę i pożegnały się. W drodze powrotnej Marta powiedziała do ciotki, że stanie na głowie, ale pomoże. Ciotka się roześmiała:

– I co? Staniesz na głowie, a nogi ci będą fruwały nad nią? Marta, stań na nogach, a głowa już będzie wiedziała, co robić. Ty masz do tego talent.

Wróciły do siebie. O dziwo, Kuba jeszcze siedział u Leona i o czymś żywo rozmawiali, ale na widok Danki zamilkli.

– A gdzie Marta? – zapytał Kuba.

– Marta? Poszła do waszego domu. To szalona dziewczyna, mówię ci, Kuba.

– Obie jesteście szalone! – roześmiał się i pobiegł do Marty.

Siedziała w kuchni i znów nad czymś rozmyślała głośno.

– Jesteś! – ucieszyła się.

– Jestem. – Przytulił się do jej pleców, mocno obejmując ją w pasie. – Po dobrym obiedzie przydałby się dobry deser – zamruczał.

– Tak? Mamy coś słodkiego? – odpowiedziała.

– Nie mamy, ale ty zastąpisz mi wszystkie słodkości świata.

– Kuba… – pogroziła mu palcem. – Teraz to mam ważniejsze sprawy na głowie niż pieprzenie się z tobą.

Uraziła go tym powiedzeniem. Puścił ją i poszedł do salonu. Widziała, że jest obrażony, ale „przecież nie samym seksem człowiek żyje – pomyślała. – Teraz mam na głowie pilniejsze sprawy”.

Kuba przez kilka minut siedział, nic nie mówiąc, w końcu wstał i oznajmił, że jedzie do siebie, do Warszawy. Błyskawicznie złapała z komody w przedpokoju kluczyki od jego samochodu.

– Nie puszczę cię – powiedziała.

– Oddaj mi kluczyki. – Wyciągnął rękę.

– Nie oddam. Pojedziesz jutro wieczorem albo w poniedziałek rano, prosto do pracy. Dzisiaj zostajesz ze mną.

– Oddaj, albo pojadę pociągiem – zagroził.

– Ach tak? Obraziłeś się? To proszę, zapierdalaj do pociągu, żeby ci nie uciekł. No już, na co czekasz?

– Nie wyrażaj się. – Ten jego spokój najbardziej działał jej na nerwy. – Proszę o kluczyki.

– A ja proszę, żebyś został. Nie masz powodu, żeby się obrażać i gniewać tylko dlatego, że ja nie chcę akurat teraz rozłożyć nóg przed tobą.

– Dobrze. – Kiwnął głową. – Dobrze, zostanę, ale będę spał osobno.

– I kit ci w ucho! Możesz w sypialni, bo ja idę na górę. Do jutra!

To była ich pierwsza kłótnia od dłuższego czasu.

Minęło kilka dni. Marta miała cały czas kontakt z panią Zosią i załatwiała sprawę remontu jej mieszkania. Początkowo ani burmistrz, ani Urząd Miasta nie chcieli wyrazić zgody, tłumacząc to tym, że budynek jest drewniany, że to, że tamto. Ale w końcu użyła takich argumentów, że wyrazili zgodę – jednak remont miałby się odbyć na koszt własny.

– Pewnie – mówiła – ale wy przyślijcie hydraulika, wymieńcie drzwi i okna, bo te, które są, to niestety są w opłakanym stanie.

Mówili, że nie mają fachowców, więc kazała im ich znaleźć.

Po dwóch tygodniach mieszkanie Zosi zaczęto remontować, a po miesiącu było gotowe do ponownego zamieszkania. Wszystko zostało zrobione tak, jak zaplanowała. Marta miała pieniądze, była majętną osobą, chciała i mogła pomóc – a ta pomoc była dla niej ogromnie ważna. Pani Zosia, widząc swoje piękne mieszkanko, rozpłakała się ze szczęścia. Teraz miała wszystko: ciepłą wodę z bojlera, wprawdzie małą, ale własną łazienkę. Już nie musiała trzymać wiadra na taborecie ani wychodzić na dwór za potrzebą. Miała opał na zimę i nie musiała się bać, że będzie marzła. Była szczęśliwa dzięki tej narwanej kobiecie, jaką była Marta.

Lato miało się, jak co roku, ku końcowi. Ciotka już na stałe zamieszkała u Leona. Pewnego dnia wpadła do nich tak, jakby ją ktoś gonił. Siedzieli w kuchni, Kuba akurat miał zaparzać kawę.

– Ciociu, jesteś zdenerwowana? – zapyła Marta.

– Tak… nie… nie… – Ciotka, nie wiedząc czemu, zaczęła się gorączkowo tłumaczyć. – Bo wiecie, no stało się, kurwa, stało się! Bomba wybuchła! – oznajmiła już na poważnie.

Kuba spojrzał na Martę, ona na niego i oboje rozłożyli ręce.

– Danka, jaka bomba? – zapytał Kuba.

– No a jaka może być bomba? Sama nie wiem, okrągła czy podłużna? Ale co tam, za mąż wychodzę! – krzyknęła.

– Za… za co? – Marta śmiała się głośno.

– No co? – zaperzyła się ciotka. – Za mąż! Ślub, narzeczony, wiesz, co to znaczy? Musisz słuchać mnie ze zrozumieniem!

Teraz śmiali się już oboje . Kuba podszedł do ciotki, objął ją i zapytał:

– Kto jest tym szczęśliwym wybrańcem?

– Ja oszaleję z wami… No, wiadomo, że Leon!

– Ale ciociu, pamiętasz, jak mi radziłaś, żebym po rozwodzie już nie wychodziła za mąż? – zapytała na pozór poważnie Marta.

– Tak, pamiętam. Ale ty jesteś rozwódką, a ja wdową, moja droga, jest różnica!

– No tak, tak. To kiedy ten szczęśliwy dzień nastąpi?

– W święta albo po. Dobra, bawcie się, robaczki, ja pędzę do narzeczonego!

Tak szybko, jak wbiegła, tak samo wybiegła. Kuba spojrzał na Martę.

– A może my też? – zapytał.

– Nie, Kuba, tak jest dobrze – odpowiedziała. – Jesteśmy ze sobą mimo różnych przeszkód, sprzeczek, kochamy się. Ślub nie jest nam potrzebny.

– Może masz rację – zgodził się z nią. – Ale wiesz? Zaskoczyła mnie Danusia. Mieć taką zwariowaną ciotkę to trzeba mieć szczęście.

– Dlaczego? – zdziwiła się Marta. – Ciotka jak ciotka, tylko że ta akurat nigdy nie miała kija w dupie, tak jak inne moje ciotki. Kocham ją. Kiedyś żałowałam, że moja mama taka nie jest – taka spontaniczna. Wujek miał z nią przechlapane.

– Dlaczego?

– Bo nigdy nie wiedział, czego może się po niej spodziewać. Był zupełnym jej przeciwieństwem: łagodny, spokojny i zawsze przyznawał jej rację, choćby nawet jej nie miała.

Długo ze sobą rozmawiali tego wieczora. Wspominali swoje dzieciństwo, młodość, pierwsze miłości. To był taki swoisty powrót do przeszłości. Późno poszli spać. Wtuleni w siebie, wsłuchani w bicie swoich serc, zasnęli z poczuciem, że to był jednak dobry dzień – i że ta rozmowa oraz wspomnienia zbliżyły ich do siebie jeszcze bardziej.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Barmaria godzinę temu

    Fajnie akcja się rozwija

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania