Poprzednie części:  Bo jestem inna 1

Bo jestem inna 32

Zima pomału się kończyła. Słońce było coraz wyżej i coraz mocniej ogrzewało swoimi promieniami ziemię, a dni znów stawały się dłuższe. Związek Marty i Kuby Jasińskiego kwitł. On zapomniał o dawnych urazach, a ona się wyciszyła. Była szczęśliwa, ale to szczęście zostało nagle brutalnie zakłócone. Marta zawsze stosowała antykoncepcję, jednak ostatnio zdarzyło się, że kilka razy zapomniała zażyć tabletkę.

Pewnego ranka odkryła, że jest w ciąży – bardzo niechcianej. Wpadła w furię. Miotała się po mieszkaniu i strasznie przeklinała. Mieszkała u siebie, miała doskonałe warunki do tego, aby spokojnie wychować dziecko, tyle że ona go po prostu nie chciała. Zapisała się na prywatną wizytę do ginekologa. Lekarz potwierdził ciążę – wprawdzie była bardzo wczesna, ale nie było mowy o pomyłce.

– Panie doktorze! – krzyczała. – Ja nie mogę być w ciąży!

– Ale jest pani – odpowiedział łagodnie. – Czy pani wie, ile kobiet chciałoby być na pani miejscu?

– Wyobrażam sobie, ale ja mam czterdzieści lat! To moja pierwsza ciąża, przez wiele lat stosowałam antykoncepcję...

– Pani Marto, nie będę ukrywał. W tym wieku pierwsza ciąża wiąże się z pewnym ryzykiem, ale to nie znaczy, że muszą pojawić się komplikacje. W jakim wieku jest pani partner?

– Jest jeszcze starszy ode mnie, ma pięćdziesiąt jeden lat. Ja nie chcę tego dziecka – powiedziała stanowczo.

– Proszę, tu ma pani skierowanie na badania. Proszę je wykonać i przyjść do mnie z wynikami – lekarz podał jej skierowanie na badania .

– Panie doktorze, to nic nie da. Nie zrobię tych badań. Ja muszę się pozbyć tej ciąży!

– Ja pani w tym nie pomogę, obowiązuje zakaz aborcji – odpowiedział zmęczonym głosem. – Nie mogę.

– Dobrze, poproszę to skierowanie. Do widzenia.

Zaraz po wyjściu z gabinetu zadzwoniła do Kuby.

– Musisz przyjechać – jej ton głosu natychmiast go zaniepokoił.

– Coś się stało? – zapytał.

– Tak, kurwa, stało się! – krzyknęła.

– Marta, nie mogę teraz. Za pół godziny mamy konferencję, muszę być obecny. Przyjedź do mnie, przecież masz klucze.

– Ty przyjedź do mnie, nie będę się teraz plątać po Warszawie! – rzuciła zdenerwowana.

– Ale powiedz chociaż, co się dzieje? Jesteś wściekła.

– Jestem wkurwiona jak chyba nigdy w życiu. I to, kurwa, z twojej winy!

– Aha, z mojej... Dobrze, postaram się być u ciebie tak szybko, jak to możliwe – odpowiedział, wyraźnie zdezorientowany.

Przyjechał po trzech godzinach. Marta wyglądała jak chmura gradowa. Spojrzała na niego z wściekłością i od razu wybuchła:

– Wiesz, co narobiłeś? Kurwa, nie wybaczę ci tego!

– Ale co takiego? – spróbował ją przytulić, ale gwałtownie go odtrąciła.

– Co? A to, że jestem w ciąży!

Na twarzy Kuby malował się totalny szok, który po sekundzie ustąpił miejsca niedowierzaniu.

– W ciąży? – wykrztusił w końcu. – Marta, ale jak to... z mojej winy? Przecież mówiłaś, że bierzesz tabletki! Sprawdzasz je co do dnia!

– Tak, tak, oczywiście, zwal wszystko na mnie! – fuknęła, zaciskając pięści tak mocno, że aż pobielały jej kłykcie. Atmosfera w pokoju stała się tak gęsta, że można ją było kroić nożem. Żadne z nich nie wiedziało jeszcze, że ten moment zmieni ich życie na zawsze.

Zbladł i przysiadł na krześle.

– Ciąża? Dziecko? To chyba niemożliwe...

– No i co? Nic nie powiesz? – Marta nachyliła się nad nim.

– Co mam powiedzieć? Będziemy mieli dziecko.

– Gówno będziemy mieli! – krzyknęła.

– Co zamierzasz zrobić?

– Zamierzam usunąć tę ciążę. Nie chcę dziecka, nigdy nie chciałam!

– Marta, nie rób tego, dziecko nie jest niczemu winne. Przecież stosowałaś antykoncepcję, no ale... – plątał się.

– Ty też mogłeś się zabezpieczać! Kurwa, nie wytrzymam, usunę i będzie po kłopocie.

– Marta, uspokój się, pomyśl. Co ci to dziecko zawiniło? Zresztą u nas nikt ci nie dokona aborcji.

– Wyjadę tam, gdzie to zrobią, nikt mnie przed tym ne powstrzyma! – była bardzo stanowcza.

– Jeżeli to zrobisz, to nasz związek się skończy – powiedział cicho.

– No to się skończy! Mam to... mam to, wiesz gdzie?

– Wiem – spojrzał na nią. – Wiem.

– Nie chcę być w tej ciąży... – nagle rozpłakała się. – Jestem za stara na dziecko i nie chcę być matką. Kuba, wybacz, ale nie poświęcę się dla tego dziecka. Nie chcę, nie mogę...

– Będzie dobrze – przytulił ją mocno. – Zobaczysz, będziesz wspaniałą matką, pokochasz je tak samo jak ja. Będziemy dobrymi rodzicami.

Nie wiadomo, czy w ogóle będziemy jeszcze żyli. Nie możemy go skazywać na samotność. Kuba, pomyśl... – płakała.

– Kto by się zajął tym dzieckiem, gdybyśmy poumierali? No kto? Moi rodzice są już starzy, o twoich nic nie wiem.

Nic nie wiem o twojej rodzinie. Masz w ogóle kogoś bliskiego? Wiem tylko, że jesteś dyrektorem i miałeś żonę.

– Moi rodzice od dawna nie żyją. Rodzeństwo? Mam siostrę, starszą ode mnie o piętnaście lat. To ona mnie wychowywała po ich śmierci – powiedział spokojnie.

– Później, jak już byłem po studiach i stałem się samodzielny, wyszła za mąż i wyprowadziła się do męża, do Stanów.

Była wtedy nieco starsza od ciebie. Ma córkę, którą urodziła, mając czterdzieści sześć lat. Marina ma teraz dwadzieścia trzy lata .

Marta słuchała go i biła się z myślami. Nie chciała dziecka, ale z drugiej strony panicznie bała się, że straci Kubę. Jego kochała, a tego maleńkiego ziarenka, które zagnieździło się w niej, na chwilę obecną po prostu nienawidziła.

Otarła łzy i podjęła decyzję – wbrew sobie, wbrew wszystkiemu, co przed chwilą mówiła.

– Dobrze. Urodzę ci to dziecko. Ale wiedz, że zrobię to dla ciebie. Nie dla siebie, nie dla niego czy dla niej, tylko dla ciebie.

– Nie, Marta. Zrobisz to dla nas. Zobaczysz, pokochasz naszego syna albo córkę. Teraz jesteś w szoku, ale jestem pewny, że będziesz dobrą matką.

Wszystko się jakoś ułoży. Wychowamy to dziecko, nauczymy je miłości i na pewno nie będzie się wstydziło, że ma starszych rodziców.

Tej nocy został u niej. Pocieszał ją, a kładąc rękę na jej brzuchu, czule przemawiał do ukrytego tam ziarenka. Cieszył się, że choć późno, w końcu zostanie ojcem.

Minęło kilka dni. Marta zrobiła badania zlecone przez lekarza i razem z Kubą pojechała na wizytę kontrolną

Gabinet ginekologiczny pachniał sterylnością. Marta siedziała na krześle, kurczowo zaciskając palce na torebce, podczas gdy lekarz przeglądał wyniki jej badań w milczeniu. Kuba siedział tuż obok, trzymając rękę na jej ramieniu – jego dłoń była ciepła i pewna, co stanowiło całkowite przeciwieństwo lodowatego strachu, który znowu zaczął paraliżować Martę od środka. Czekali na werdykt w napięciu, które z sekundy na sekundę stawało się coraz trudniejsze do zniesienia.

Ginekolog przez dłuższą chwilę analizował wydruki z laboratorium, po czym poprawił okulary i spojrzał najpierw na Kubę, a potem na Martę. Na jego zmęczonej twarzy nie było już śladu wcześniejszego, łagodnego uśmiechu.

Jej wyniki badań nie były dobre. Wróciła anemia, a oprócz tego coś złego działo się z ciążą. Badanie USG zostało przeprowadzone w obecności Kuby. Mężczyzna bardzo wzruszył się na widok małej plamki na ekranie i po kryjomu otarł łzy. Lekarz badał Martę długo i uważnie. Gdy skończył, spisał coś w karcie i powiedział:

– Ta ciąża jest jeszcze bardzo wczesna, to dopiero piąty tydzień. Musi pani jednak niezwykle na siebie uważać. Ta anemia...

- Cóż, zdarza się kobietom w ciąży, ale pani cierpiała na nią już wcześniej. Proszę o siebie dbać, zażywać przepisane leki i pod żadnym pozorem się nie przemęczać. Pani organizm jest osłabiony, a to może stanowić bezpośrednie zagrożenie dla płodu.

– Co konkretnie ma pan na myśli? – zapytał zaniepokojony Kuba.

– Po prostu pani Marta musi teraz na siebie bardzo uważać. Więcej będę mógł powiedzieć na następnej wizycie za miesiąc

Pożegnał ich, a kiedy zamknęły się za nimi drzwi, pomyślał ze smutkiem, że ta ciąża najpewniej zostanie stracona.

Niestety, nie mylił się. Dwa tygodnie po wizycie Marta, schodząc po schodach ze swojego strychu, nagle zemdlała.

Przestraszony Kuba, słysząc, że coś się stało, wybiegł z kuchni. Marta leżała bezwładnie na stopniach, a pod nią zaczynała już wykwitać plama krwi.

Natychmiast zadzwonił po pogotowie. Zabrano ją do szpitala imienia Księżnej Anny Mazowieckiej przy ulicy Karowej w Warszawie. Kuba jechał tuż za karetką swoim autem. Chciał być przy niej. Potwornie bał się o oboje – o Martę i o to maleństwo, którego, jak podpowiadał mu czarny scenariusz, nie da się już uratować.

Kiedy w końcu wszedł do salki, w której leżała po zabiegu, zauważył, że jest dziwnie spokojna. Patrzyła tępo w sufit i nawet nie zareagowała na jego wejście. Wziął jej lodowatą dłoń w swoją.

– Marta, to ja... – szepnął i pocałował jej palce.

Spojrzała na niego pustym wzrokiem i cicho wydusiła z siebie:

– Nie chciałam, Kuba... Przepraszam. Zawiodłam po raz kolejny.

– Marta, to nie jest twoja wina. Akurat teraz nie zrobiłaś nic złego. Widocznie tak musiało być... – mówił łagodnie, cały czas gładząc ją po policzku.

– Kurwa! – krzyknęła nagle, a z jej oczu pociekły łzy. – Kurwa, teraz, kiedy dopiero uczyłam się je akceptować, ono ode mnie uciekło! Już nawet zaczynałam się cieszyć... Miał być Fabian albo Kaja. A teraz nie ma nic. Pustka, Kuba. Jest we mnie taka straszna pustka. Rozumiesz?-

– Zaczęłaś je kochać? – zapytał ze zdumieniem malującym się na twarzy.

– Tak... Na początku byłam wściekła, ale zrozumiałam, że skoro kocham ciebie, to pokocham też nasze dziecko.

Ono chyba wyczuło, że na początku go nie chciałam, i dlatego odeszło – rozszlochała się na dobre

To nie był udawany płacz. To była prawdziwa, rozdzierająca rozpacz za dzieckiem, którego nigdy nie pozna i nigdy nie przytuli. W tym akcie bezsilności uznała, że nie mogą już być razem. Bała się, że Kuba podświadomie zacznie ją oskarżać o tę stratę i że przez to przestanie mu na niej zależeć.

– Musimy się rozstać, Kuba. Nie jest nam dane być razem.

– Nie zostawię cię, Marta. Trudno, stało się coś strasznego, ale cię nie opuszczę. Należymy do siebie, bo się kochamy.

– Kuba, ale ja... wiesz, jaka jestem. Jakaś inna, wybrakowana czy co...

– Właśnie taką inną i wybrakowaną cię pokochałem. I jeśli mi tylko pozwolisz, będę przy tobie na dobre i na złe

Tego samego dnia wieczorem lekarz pozwolił jej opuścić szpital. W domu poczuła się odrobinę bezpieczniej. Zasypiając u boku Kuby, pomyślała jednak, że rano musi koniecznie wrócić do regularnego przyjmowania tabletek antykoncepcyjnych. Nie chciała już nigdy więcej zachodzić w ciążę i przechodzić przez to piekło po raz drugi. Być może kilkanaście lat wcześniej wszystko potoczyłoby się inaczej, ale w tym wieku matką już po prostu być nie chciała.

Kuba poczuł, jak jej oddech miarowo wyrównuje się w ciemności sypialni. Przytulił ją mocniej, jakby chciał swoim ciałem ochronić ją przed całym światem i przed własnymi, bolesnymi myślami. Oboje leżeli w ciszy, świadomi, że choć fizycznie wrócili do punktu wyjścia, to w ich sercach wyryła się głęboka rysa, której żaden czas nie zdoła całkowicie wymazać.

Po miesiącu znów zaczęła pracować. Otrzymała zamówienie na duży projekt i chociaż Kuba gwałtownie się sprzeciwiał, i tak postawiła na swoim. Nie miał na nią żadnego wpływu. Kiedy się denerwowała, w jej oczach znów stawał się tylko „Jasińskim”, a nie Kubą, którego tak bardzo kochała.

Właśnie siedziała na strychu, w swojej minipracowni, kiedy wszedł do niej z kubkiem gorącej herbaty i kanapkami.

– Marta, ty cały dzień nic nie jesz – powiedział z troską.

– Nie jestem głodna, nie przeszkadzaj mi teraz – odpowiedziała z wyraźną niecierpliwością w głosie.

– Musisz coś zjeść. Praca nie zając, nie ucieknie.

– Ale nie chce mi się jeść! Daj mi święty spokój.

– Nie dam ci spokoju! – zdenerwował się nie na żarty. Podszedł, złapał ją za ręce i mocno przytrzymał. Szarpała się, ale to nic nie dało. – Albo zejdziesz na normalną kolację, albo zabiorę ci te twoje plany. Projekt zdążysz zrobić później.

– Puść mnie! – krzyknęła. – Kurwa, puść mnie, to boli!

– Będzie bolało, dopóki nie posłuchasz – był niezwykle stanowczy. – Więc jak? Zejdziesz na kolację czy zjesz to, co przyniosłem?

– Nie zejdę i nie zjem! Odwal się ode mnie!

– O nie, moja droga. Nie będzie tak łatwo jak kiedyś, tym razem nie ustąpię.

Złapał ją na ręce i mimo jej protestów zniósł na dół do kuchni. Zostawił ją tam i szybko wrócił na górę, żeby zamknąć na klucz drzwi od strychu. Kiedy zszedł ponownie, Marty nie było już w kuchni.

– Marta! Gdzie jesteś?! – zawołał.

– W dupie jestem! – odkrzyknęła mu z sypialni.

Podszedł pod drzwi i nacisnął klamkę. Chciał wejść, ale przekręciła klucz z drugiej strony. Zrezygnowany poszedł na piętro do pokoju gościnnego.

Wiedział, że za chwilę i tak będzie próbowała dostać się na strych. Nie odzywał się już – miał serdecznie dosyć tych ciągłych, wycieńczających utarczek.

Po kilkunastu minutach znów zszedł na dół. Zostawił klucz od pracowni na kuchennym stole, założył kurtkę, buty i wyszedł z domu. Wsiadł do samochodu i pojechał do siebie, do Warszawy.

Marta stała w oknie sypialni. Widziała przez łzy, jak otwiera bramę, a potem jak jego auto znika za zakrętem. Zdawała sobie sprawę, że to może być ostateczny koniec – jego nerwy też były już na granicy wytrzymałości. Tym razem jednak nie miała zamiaru go przepraszać. Zeszła na dół, z wściekłością chwyciła ze stołu klucz od strychu i poszła na górę . Ze złością cisnęła talerzyk z kanapkami o ścianę. To samo zrobiła z kubkiem pełnym gorącej herbaty, który rozbił się w drobny mak

– Nikt mi nie będzie niczego narzucał. Nawet Jasiński – powiedziała na głos do pustego pokoju.

Usiadła na podłodze w plamie rozlanej herbaty, oddychając ciężko. Wokół niej leżały odłamki ceramiki i porozrzucane jedzenie – niemi świadkowie jej kolejnego wybuchu. Serce waliło jej jak oszalałe, a w głowie huczała tylko jedna myśl: wygrała tę bitwę. Zabezpieczyła swoją niezależność. Dlaczego więc, patrząc w ciemność za oknem czuła tak potworny, dławiący w gardle chłód?

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Barmaria 4 godz. temu

    Ten odcinek bardzo smutny, rani serce. Cuż to proza życia.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania