Bo jestem inna 42
Mijały kolejne dni, miesiące i lata. Marta i Kuba cały czas byli razem, a ich życie nabrało nowych barw. Kuba co najmniej dwa razy w roku wyjeżdżał w interesach za granicę, a Marta zawsze mu towarzyszyła.
Byli ze sobą naprawdę szczęśliwi. Pięćdziesiąte urodziny Marty okazały się dla obojga szczególnie ważne – to właśnie tego dnia wzięli ślub.
Teraz była „panią dyrektorową”, jak sama z siebie żartowała – Martą Makowską-Jasińską. Byli o kilka lat starsi, ale poza metryką nic się w ich związku nie zmieniło. Apetyt na życie mieli nawet większy niż dawniej.
Oczywiście nie zawsze było wesoło i sielankowo.
Odeszło kilka bliskich osób, pozostawiając po sobie smutek, ale tłumaczyli sobie nawzajem, że takie jest życie.
Mimo upływu lat Kuba wciąż był bardzo przystojnym mężczyzną, a Marta rozkwitła i stała się jeszcze piękniejsza.
Często myślała o tym, co zrobić ze swoim majątkiem. Dzieci nie mieli, a przecież po tamtej stronie nic jej się nie przyda.
– Kuba, doradź mi coś – poprosiła pewnego dnia.
– Co takiego? – zapytał.
– Bo wiesz, tak sobie myślę… muszę spisać testament.
Spojrzał na nią zaskoczony.
– Testament? A dlaczego już teraz? Jesteś chora? – dopytywał z niepokojem.
– Nie, nie jestem chora, ale sam wiesz, jak jest. Oczywiście, jeśli odejdę przed tobą, będziesz miał dożywotnie prawo do tego miejsca. Ale jeśli ty odejdziesz pierwszy, muszę to komuś zapisać.
– A masz już kogoś na myśli?
– Tak – pokiwała głową. – Wszystko odziedziczą po mnie Natan i Mila.
– Kochanie… – Przygarnął ją mocno, tak jak kiedyś. – Zrobisz to, co dyktuje ci serce.
Ja sam nie mam nikogo. Hania nie żyje, a Marina pewnie nigdy nie zamieszka w Polsce. Myślałem o sprzedaży swojego mieszkania, bo praktycznie tam nie bywamy, i też nie wiem, co robić.
– Ja też nie wiem, Kuba. Starzejemy się. Mamy wszystko to, czego wielu ludziom brakuje, i paradoksalnie mamy z tym problem. Musimy podjąć jakieś decyzje.
– Marta, pomyślimy o tym później. Teraz żyjemy, cieszmy się sobą. Kocham i pragnę cię coraz bardziej – zaczął całować ją po szyi. – W tym wieku możemy się już kochać zupełnie bez przypału.
Marta zaczęła się śmiać – tak jak kiedyś, głośno i serdecznie.
– A czy wcześniej mieliśmy z tym jakiś przypał? – zapytała, dusząc się ze śmiechu.
– Chodź, zrobimy to teraz. Mam ochotę na chwileczkę zapomnienia – zanuciła, rozpinając guziki jego koszuli i gładząc dłońmi goły tors.
Nigdy nie wstydzili się swoich nagich ciał. Seks był ważnym elementem ich związku, dlatego nie żałowali go sobie. Teraz też tak było.
Co z tego, że na dworze było jeszcze widno, a godzina wczesna? Nie zważali na to, nie zamierzali czekać do wieczora.
Po wszystkim poczuli głód. Marta poszła pod prysznic, a Kuba w tym czasie przygotował kolację. Siedzieli przy stole, jedli i spoglądali na siebie z miłością.
– Wiesz, Kuba – odezwała się w pewnej chwili. – Zadzwonię do cioci. Nie widziałam jej od wczoraj, może zachorowała?
– Jest już późno, pewnie śpią – odpowiedział. – Idź do nich rano.
Spojrzała na zegarek.
– Rzeczywiście, masz rację. Zajrzę z samego rana.
Ciocia Danka, choć zbliżała się już do osiemdziesiątki, cały czas była pełna wigoru. W dalszym ciągu chciała czuć się potrzebna, ale ostatnio zdrowie zaczęło jej trochę szwankować.
Nie gotowała już obiadów dla całej rodziny, a jedynie dla siebie i Leona. Mimo to Marta i Kuba zawsze pomagali im finansowo.
Z samego rana, zaraz po przebudzeniu, Marta pobiegła do domku cioci. Zastała ją w kuchni, całą we łzach.
– Ciociu? – Podeszła szybko i mocno ją przytuliła. – Czemu płaczesz? Co się stało?
– Leona zabrało pogotowie… – wykrztusiła Danka. – Wczoraj byłam przy nim w szpitalu prawie cały czas. Lekarz powiedział, że to udar.
– Ciociu kochana, nie płacz. Będzie dobrze, zobaczysz. Jesteśmy przy tobie.
Ale już dobrze nie było. Leon odszedł tego samego dnia. Ciocia była zrozpaczona, ale mimo wszystko trzymała się dzielnie.
Marta zorganizowała skromny pogrzeb, na którym było tylko kilka osób. Zaproponowali cioci, żeby zamieszkała z nimi, ale odmówiła, tłumacząc, że przecież i tak żyją tuż obok siebie.
– No cóż, pomalutku odchodzą ci, których kochamy – mówiła wieczorem Marta do Kuby. – Popatrz, ile osób już odeszło… moi rodzice, Hania, teraz Leon, wcześniej ciocia Lusia, pani Zosia. Czy kiedyś po nas ktoś zapłacze?
– Marta, my jeszcze żyjemy – odpowiedział mocno Kuba. – Mamy przed sobą cele.
Musimy pomagać Danusi, opiekować się nią, chociażby przez tę furtkę w płocie. Mamy też naszego staruszka, Felka. Nie myśl już o takich smutnych sprawach.
– Masz rację – westchnęła.
Z nadejściem kolejnej wiosny wszystko się zmieniło, a ponure myśli o odchodzeniu zniknęły bezpowrotnie.
Stworzyli dom młodemu chłopakowi.
Miał piętnaście lat, na imię Fabian i był sierotą. Biologiczna rodzina nie mogła lub po prostu nie chciała się nim zająć, przez co chłopak trafił do domu dziecka.
Marta po burzliwej, ale pełnej miłości rozmowie z Kubą postanowiła: zostaną dla Fabiana rodziną zastępczą i koniec, nie ma odwrotu.
Po dopełnieniu wszelkich formalności Fabian zamieszkał z nimi.
Był wysokim, szczupłym i przystojnym nastolatkiem o lekko pociągłej twarzy, ciemnej karnacji, dużych, lekko skośnych oczach i ciemnych, kręconych włosach.
Wyglądem niesamowicie przypominał Martę. Co więcej, był śmiały, wygadany i zawsze mówił prosto z mostu to, co myślał.
Zamieszkał w pokoju na górze. Pozwolili mu urządzić go dokładnie tak, jak chciał – byleby tylko dobrze się w nim czuł.
– Fabian, chodź na obiad! – krzyczała do niego Marta z dołu.
Zbiegł po schodach dokładnie tak samo głośno, jak ona sama kiedyś zbiegała. Polubiła go niemalże od pierwszej sekundy.
Zasiedli do stołu w kuchni we czwórkę, bo była z nimi także ciocia Danusia. Fabian pałaszował obiad, aż miło było patrzeć.
– Fajnie mi u was – odezwał się w pewnym momencie chłopak.
– Ale nie wiem , kurwa , jak mam się do was zwracać. Bo chyba „mamo” i „tato” to nie, prawda?
– Jak ci wygodniej – odpowiedział mu Kuba. – Ale „pan” i „pani” chyba też nie pasuje?
– Oho! – odezwała się rozbawiona ciocia Danka. – Skóra zdjęta z naszej Martusi w jego wieku! Ty się, Marta, lepiej przyznaj… Podobny do ciebie jak dwie krople wody, może to twoje rodzone dziecko?
Kuba spojrzał na chłopca i uśmiechnął się ciepło.
– Synu, bardzo cię lubię, ale wolałbym, żebyś przy stole nie przeklinał. Wystarczy już jedna osoba w tej rodzinie, która zupełnie nad tym nie panuje.
– Kubuś! – pogroziła mu palcem Marta, choć oczy jej się śmiały.
Fabian patrzył na nich i głośno się roześmiał.
– Fajna rodzinka mi się trafiła. Nie to, co moja biologiczna…
Nie ciągnęli go za język, sam z siebie zaczął opowiadać. Wychowywała go mama, ojca nigdy nie poznał, bo ten zostawił ich, gdy matka była jeszcze w ciąży. Kochał ją, ale sam przyznał, że przysparzał sporo problemów. „No co? Trochę trudny jestem” – skwitował z rozbrajającą szczerością. Mama zmarła na raka dwa lata temu. Żadna ciotka go nie chciała, babcia też nie i tak trafił do domu dziecka. Dopiero Marta i Kuba wyciągnęli do niego rękę. Cieszył się, że ma prawdziwy dom, swój własny pokój, nową babcię Danusię i… rodziców, co dopowiedział już bardzo cicho.
Był mądrym, bardzo oczytanym i nadzwyczaj dorosłym chłopakiem jak na swoje piętnaście lat. Przenieśli go do szkoły w Warszawie. Chodził do pierwszej klasy liceum i uczył się świetnie. Marta i Kuba z dumą jeździli na wywiadówki – nigdy nie było na niego skarg, poza tym, że czasem używał słów niecenzuralnych. Na to jednak Marta z rozbawieniem przymykała oko.
Fabian mieszkał u nich już od kilku miesięcy, kiedy po raz pierwszy, z początku nieśmiało, nazwał Kubę ojcem, a Martę mamą. Któregoś dnia Marta poszła do niego na górę. Rozmawiali o szkole, gdy chłopak zupełnie spontanicznie rzucił, że „ma fajną mamę”. Popłakała się ze wzruszenia.
– Synu… – wykrztusiła tylko. – Dziękuję.
– Wiesz, jak skończę szkołę i zdam maturę, pójdę na studia – zaczął opowiadać o planach. – Zostanę architektem, tak jak ty.
-Kurewsko mi się to podoba.
Nie zwróciła mu uwagi na słownictwo. Wiedziała, że w jego wieku była dokładnie taka sama. On był po prostu tak samo „inny”, jak inna była ona.
Fabian miał rewelacyjny kontakt z Kubą. Rozmawiali na każdy, nawet najtrudniejszy temat. Nieraz ostro się sprzeczali, ale zawsze potrafili się dogadać.
Byli prawdziwą rodziną. Gdy pewnego dnia zapytali go, czy chciałby oficjalnie zostać ich synem i przejść przez proces adopcji, zgodził się bez wahania. Ciocia Danka mocno im kibicowała – pokochała chłopaka całym sercem, tak samo jak Martę i Kubę.
Niedługo potem, po wyroku sądowym, oficjalnie został Fabianem Jasińskim.
Wszyscy byli niesamowicie szczęśliwi.
Fabian, jak każdy nastolatek, nie był oczywiście aniołkiem – zdarzało mu się trochę rozrabiać z kolegami, ale zawsze potrafił przyjść i uczciwie przyznać się do błędu.
Rodzice cierpliwie nad nim pracowali i udało im się wyprowadzić go na ludzi.
Mając siedemnaście lat, chłopak poznał dziewczynę.
W domu odbyły się wtedy poważne rozmowy, również te dotyczące sfery intymnej – u Jasińskich nie było tematów tabu.
Fabian zaczął spotykać się z Mileną. Dziewczyna często odwiedzała go w domu. Oboje wyglądali na parę bardzo zaprzyjaźnionych, mądrych i szczerze kochających się dzieciaków, a wszystko między nimi działo się z wielkim rozsądkiem.
Czas jednak nie stał w miejscu.
Fabian z powodzeniem skończył czwartą klasę liceum i zdał maturę ze świetnymi wynikami. Marta i Kuba pękali z dumy, że ich syn, którego mieli w swoim życiu od tak niedawna, wyrósł na tak wspaniałego człowieka.
Po wakacjach Fabian rozpoczął studia na architekturze wnętrz – dokładnie tak jak Marta. Problem z tym, kto odziedziczy rodzinny majątek, rozwiązał się sam. Póki co, Fabian dostał w całkowite posiadanie warszawski apartament Kuby.
Wkrótce Kuba przeszedł na zasłużoną emeryturę. Swój wolny czas poświęcał teraz w całości ukochanej Marcie oraz cioci Danusi – starszej pani, która na starość zrobiła się tak samo uroczo zwariowana jak jej siostrzenica i przybrany wnuk.
Lata leciały nieubłaganie. Fabian obronił dyplom, ożenił się z Mileną, a niedługo potem uczynił swoich rodziców najszczęśliwszymi dziadkami na świecie.
Mały Michałek stał się od tej pory całym ich życiem.
Pewnego popołudnia Kuba i Marta siedzieli w salonie, przytuleni do siebie i tak samo szaleńczo zakochani jak na początku swojej drogi. Czas był dla nich łaskawy – w dalszym ciągu tworzyli piękną, wzbudzającą podziw parę starszych ludzi, a namiętność, którą się darzyli, wcale nie wygasła.
Kuba spojrzał na żonę, zbliżył się i zaczął ją całować tak, jak robił to przez całe życie, delikatnie drażniąc językiem płatek jej ucha.
– No to co, babciu, co będziemy teraz robić? – szepnął, a w jego oku pojawił się ten sam łobuzerski, młodzieńczy błysk.
Marta roześmiała się głośno i serdecznie.
– Teraz, dziadku, rozpaliłeś we mnie żądzę. Biegniemy do sypialni!
– Nie za wcześnie? – droczył się z nią.
– Nigdy nie jest za wcześnie! Teraz czas na seks. Taki dziki i namiętny, dokładnie taki, jak na samym początku naszej znajomości.
Pobiegli na górę i zrobili wszystko tak jak dawniej – bez pamięci, z pasją i dzikością.
– Fabian był najlepszą decyzją w naszym życiu – powiedziała cicho Marta jakiś czas później, leżąc z głową oparą o nagi, ciepły tors męża.
– Masz świętą rację – przytaknął Kuba, gładząc ją po ramieniu. – Pięknie było zostać ojcem… a teraz być dziadkiem.
– Nasze życie nabrało zupełnie nowego, głębokiego sensu – odpowiedziała Marta, zamykając oczy z poczuciem całkowitego, absolutnego szczęścia.
– Teraz już to wiem na pewno.
KONIEC
Komentarze (2)
Szkoda,że już koniec, Ten odcinek zawarł szmat czasu, od smutku do szczęśliwego zakończenia.
Oczywiście *****+*****+*****
Dziękuję bardzo . Popracuję nad innym opowiadaniem , może nie będzie nudne ani dużo gorsze od tego . A moze będę kontynuowała historię Fabiana ? Pomyślę . Pozdrawiam ciepło .
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania