Poprzednie części:  Bo jestem inna 1

Bo jestem inna 37

Mijały dni, miesiące, lata. Marta dopiero co się rozwiodła; miała trzydzieści osiem lat, a tu już za kilka tygodni skończy czterdzieści jeden. „Dlaczego tak szybko ten czas pędzi, dlaczego nie stanie na chwilę w miejscu, czemu ta nasza młodość tak szybko ucieka?” – pytała nie wiadomo kogo. Chociaż nie czuła tej czterdziestki na karku, to jednak było jej trochę smutno. Pocieszała się tylko tym, że ciotka Danka ma sześćdziesiąt siedem lat i właśnie wychodzi za mąż po raz drugi, a wygląda piętnaście lat młodziej, jest pełna wigoru i nie przejmuje się upływającym czasem. „Pewnie ze mną będzie tak samo, tylko że ja nie wyjdę za mąż” – pomyślała.

Siedziała na ławce przed domem. Słońce jeszcze przygrzewało. Felek położył się na trawie przy jej nogach i wyglądał, jakby też rozmyślał o czymś sobie tylko wiadomym.

Ktoś otworzył furtkę. Spojrzała – to była pani Zosia, z którą zaprzyjaźniły się obie z ciotką. Podeszła bliżej do Marty

– Dzień dobry, nie będę przeszkadzała? – zapytała. – Mam taką delikatną sprawę do pani…

– Dzień dobry, pani Zosiu. Prosiłam przecież, żeby mi pani mówiła po imieniu. Coś trzeba załatwić, w czymś pomóc?

– Tak, potrzebuję kupić lek, którego nie ma w naszej aptece. A wiem, że pani… że ty, Marto – poprawiła się – bywasz często w Warszawie. Czy mogłabyś zapytać o ten lek, gdyby to nie było zbyt uciążliwe dla ciebie?

– Pani Zosiu, nie ma problemu! Zresztą, zapraszam na kawę.

– Nie, dziękuję. Ja tylko w tej sprawie.

– Żaden kłopot, ma pani tę receptę?

– Tak. To zostawię pieniądze, tylko nie wiem, ile on kosztuje…

– Żadnych pieniędzy! Ja go po prostu kupię, jutro będę w Warszawie. Pani Zosiu, dla mnie to drobiazg, naprawdę.

– No ale… jest mi tak bardzo niezręcznie. Tak dużo mi pomogliście wszyscy, ja nawet nie wiem, jak się odwdzięczyć.

– Proszę o tym nie myśleć.

– Dziękuję. To ja już pójdę. A Danusia jest, nie wiesz?

– Dzisiaj rano ją widziałam, chyba gdzieś pojechali z Leonem.

– Do widzenia, dziękuję ci, kochanie.

Odeszła, a Marta poczuła się bardzo szczęśliwa, że może pomóc, że żyje nie tylko dla siebie, ale też dla kogoś, kto naprawdę tej pomocy potrzebuje.

Weszła do mieszkania, zrobiła sobie herbatę i z kubkiem w ręce poszła na górę, do swojej pracowni. Miała do skończenia projekt. Mogłaby go dać Kubie, ale chciała zobaczyć się z Magdą i kupić ten lek dla pani Zosi.

Zadzwonił telefon. Spojrzała na wyświetlacz – to mama. Odebrała.

– Co tam, mamuś? – zapytała.

– Martusiu, z tatą coś się dzieje, a nie chce iść do lekarza. Może ty byś mu przemówiła do rozumu?

– A co się dzieje?

– No nie wiem, nie chce nic powiedzieć.

– Mamuś, jutro wpadnę. Będę jechała do Warszawy, żeby oddać projekt, to wstąpię do was. A ty jak się czujesz?

– A dobrze, tylko wiesz co… martwi mnie ten ślub Danki. Ona chyba do reszty zwariowała. Była u nas z tym Leonem. On mi się nie podoba…

– Mamo, wystarczy, że podoba się cioci. Ty masz tatę i Leon nie musi podobać się tobie.

– No tak, tak. To wpadnij, córciu, jutro. Pa!

– Pa, mamuś, kocham cię. – Rozłączyła się.

Mama z ciotką były siostrami. Miały jeszcze jedną, starszą od nich; ciotka Danka była najmłodsza i zupełnie się od nich różniła. Marta była do niej podobna nie tylko z charakteru, ale i z urody – była chyba tylko jeszcze bardziej zwariowana. Mama to była chodząca powściągliwość: kochana, dobra, ale nie miała w sobie jakiegoś takiego polotu, była spokojna i zawsze bardzo opanowana. Ciocia Lusia natomiast, mimo że podobna do mamy prawie jak dwie krople wody, była przy tym bardzo flegmatyczna. Nie miała za grosz poczucia humoru i wszystkich zawsze krytykowała – nawet swojego męża, który nie wiadomo dlaczego wytrzymywał z nią od pięćdziesięciu lat. Usłyszała że ciotka Danka ją woła , wyszła na ganek .

– Co tam, ciociu?

– Nic, sprawdzam, czy jesteś – odpowiedziała ciotka.

– Dlatego tak krzyczałaś? Mogłaś przecież przyjść do mnie.

– Dlatego musiałam najpierw sprawdzić, czy jesteś. Już idę!

Marta poczekała na nią i obie weszły do mieszkania. Ciocia od razu poszła do salonu i padła na sofę jak nieżywa.

– Źle się czujesz? – przestraszyła się Marta.

– Zaraz masz takie myśli! Załatwiliśmy ślub w urzędzie. Będzie tylko cywilny, bo po co kościelny? Małe przyjęcie w domu, ty i Kuba świadkami będziecie. Ode mnie tylko Marysia z Frankiem – znasz ich, bo to twoi rodzice przecież – roześmiała się ze swojego dowcipu. – Zadzwoniłam też do Luśki, ale wiesz, to takie stare się zrobiło, że nawet nie wiedziała, kto za mąż wychodzi. Mówię, że ja, a ona mi pieprzy, że tak nie można i takie tam. Ale może przyjadą razem z Wackiem, bo przecież ona sama to by zginęła.

Marta tylko kiwała głową i się nie odzywała, bo wiedziała, że ciotce nie można przerywać.

– A Leoś to ma brata, to on też przyjdzie z żoną. No i Zosia, oboje ją zaprosimy. No, to tyle, będę leciała. A gdzie Kuba?

– Jeszcze nie wrócił, ale będzie. Nie martw się o niego, ciociu, bo będę zazdrosna – roześmiała się Marta.

– A bądź sobie! Powiem ci szczerze, że jakbym miała piętnaście lat mniej, to zakręciłabym się koło niego. Niby niemłody już, ale ciacho.

Obie zaczęły się śmiać i w takich szampańskich humorach zastał je Kuba. Spojrzał na jedną, potem na drugą.

– Piłyście coś? – zapytał.

– A masz coś? – śmiała się ciotka. – To polej, wypijemy!

Marta nieznacznie pokazała na ciotkę i zakręciła palcem przy czole. Ciotka zaraz potem poszła do swojego Leona, a Marta opowiedziała Kubie, dlaczego były takie wesołe.

– No widzisz, Kubuś? Ale fajna ta moja ciotka, prawda?

– Prawda – pocałował ją czule. – Ale prawdą jest też to, że obie macie trochę nie tak pod sufitem – śmiał się.

– No wiesz co?! – udała obrażoną, ale po chwili zapytała, czy chce coś do jedzenia. Nie chciał, nie był głodny.

Następnego dnia Marta pojechała do Warszawy. Oddała projekt, spotkała się na chwilę z Magdą, kupiła lek dla pani Zosi i szybko pojechała do Radości. Ojcu na szczęście nic nie było – powiedział, że wystarczy, że raz kichnie, a mama już się dopatruje ciężkiej choroby. Posiedziała z nimi trochę i zaczęła się żegnać. W drodze powrotnej zawiozła pani Zosi lek, podała jej też torbę z owocami i szybko wróciła do domu.

Postanowiła, że może w końcu ugotuje sama jakiś obiad, chociaż gotować nigdy nie lubiła i specjalnie nie umiała. Zajrzała do lodówki, w której były tylko jajka, wędlina, masło, żółty ser i pomidory.

„Co z tego można zrobić?” – pomyślała. – „Zajrzę do internetu”. Nie znalazła jednak niczego prostego, a to, co pokazywali na kulinarnych stronach, zdecydowanie przekraczało jej możliwości. Z opresji uratowała ją niezawodna ciotka, która przyniosła spory rondelek z fasolką po bretońsku, tłumacząc, że za dużo ugotowała i ona z Leonem nie zjedzą tego nawet na dwa razy.

Marta podała obiad, gdy tylko Kuba wrócił z pracy do domu. Był wniebowzięty i wychwalał ciotkę pod niebiosa

W połowie listopada ciocia wychodziła za mąż. Ubrana w gustowną, kremową garsonkę, eleganckie pantofle, z bukiecikiem kwiatów i włosami upiętymi w luźny kok z wpiętym kwiatem wyglądała pięknie. Miała sześćdziesiąt siedem lat, ale w tym dniu wyglądała o piętnaście młodziej. Marta z Kubą jako świadkowie też prezentowali się bardzo dystyngowanie – on ubrany w jasny garnitur, ona w piękną, beżową sukienkę.

Zdecydowali oboje, że w ramach prezentu ślubnego wynajmą i opłacą salę w restauracji oraz jedzenie: przystawki, uroczysty obiad i deser dla jedenastu osób, bo na uroczystość przyjechała też ciocia Lusia z mężem. Wszystko pięknie wyglądało i wybornie smakowało. Trzy siostry, a każda zupełnie inna. Jedna zwariowana i spontaniczna, druga bardzo stonowana, dbająca o maniery, i ta trzecia – najstarsza, flegmatyczna, jak mówiła o niej Marta. Brat Leona z kolei był bardzo postawnym, pewnym siebie mężczyzną. Jego żona,

nieco przygaszona, mało się odzywała i rozmawiała tylko z panią Zosią. Kuba ukradkiem patrzył i oceniał wszystkie panie. Lubił mamę Marty, ale to ukochana zajmowała pierwsze miejsce w jego rankingu, a drugie Danuśka, jak często nazywał ciotkę.

Po tym miniprzyjęciu wszyscy zaczęli się żegnać i każde odjechało w swoją stronę. Marta z Kubą wrócili do domu jako ostatni, ponieważ zostali, żeby uregulować rachunek. Po powrocie do mieszkania zajęli się już tylko sobą. Była wspólna kąpiel, a potem upojny wieczór – taki, w którym mogli dać upust swoim żądzom. Oboje byli bardzo aktywni, więc w ich łóżku nudą nigdy nie wiało.

Byli ze sobą naprawdę szczęśliwi. Kuba praktycznie cały czas mieszkał już u Marty w Józefowie, jednak nie zrezygnował ze swojego apartamentu w centrum Warszawy. Po kolejnym Nowym Roku odebrał telefon. Spojrzał na Martę, a ona pomyślała, że pewnie nie chce rozmawiać w jej obecności i zamierzała wyjść, ale zatrzymał ją gestem ręki.

– Halo? Słabo słychać, coś przerywa… Kto? Hania? Hania, to naprawdę ty?! – ucieszył się. – Kiedy? Oczywiście! Tak, bardzo się cieszę. Czy ty wiesz, jak długo się nie widzieliśmy? Ja nawet nie znam twojej córki. Dobrze. Pa, będę czekał i tęsknił!

Rozłączył się, nagle złapał Martę na ręce, zakręcił z nią młynka i zaczął ją namiętnie całować.

– Co się stało? – pytała trochę ze śmiechem, ale też trochę ze strachem.

– Hania, moja siostra, przylatuje do Polski! Marta, nawet nie wiesz, jak się cieszę. Rzadko ze sobą rozmawiamy i nie widzieliśmy się prawie dwadzieścia pięć lat – mówił ze łzami radości w oczach. – To ona mnie wychowywała po śmierci rodziców.

– Kochanie… – Marta przytuliła się do niego mocno. – Cieszę się razem z tobą. Będzie sama czy z mężem?

– Nie wiem, ale będzie! Musisz ją poznać, a ona ciebie też jest bardzo ciekawa.

Siostra Kuby przyleciała z Nowego Jorku razem z mężem – starszym, bardzo sympatycznym mężczyzną, który świetnie mówił po polsku. Kuba wraz z Martą przywitali ich na warszawskim lotnisku Chopina. Hania była niewysoka i trochę korpulentna, ale biło od niej ogromne ciepło. Rozpłakała się, witając z Kubą, po czym mocno wyściskała Martę.

– Ty mój mały braciszku – powiedziała. – Z ciebie to teraz kawał chłopa! Ale z tego wszystkiego zapomniałam o swoim chłopie… – zaśmiała się. – Ryszard, podejdź do nas, nie stój tak na uboczu.

Pojechali z lotniska prosto do apartamentu Kuby. Marta zaproponowała, że zamówi catering, ale podziękowali, tłumacząc, że jedli w samolocie i nie są jeszcze głodni.

– Ale może kawy byśmy się napili? – zapytała Hania męża, po czym wyszła do kuchni razem z Martą.

– Fajna jesteś – powiedziała otwarcie. – Cieszę się, że Kuba cię ma. Kochasz go?

– Bardzo – odpowiedziała Marta i od razu zapytała o jej męża: – Twój mąż świetnie mówi po polsku. Ty go nauczyłaś?

– On jest Polakiem urodzonym w Stanach, ale u nich w domu zawsze mówiło się po polsku. Nasza córka też świetnie zna nasz ojczysty język.

Woda w czajniku akurat się zagotowała. Marta, nalewając wrzątek do filiżanek, niechcący oblała sobie dłoń.

– Kurwa! – zaklęła pod nosem.

– Co się stało? – do kuchni natychmiast przybiegł zaniepokojony Kuba.

– Marta poparzyła rękę – odpowiedziała mu siostra i roześmiała się serdecznie. – Marta, dzięki tej „kurwie” poczułam, że naprawdę jestem w domu! Ale pokaż tę rękę.

– Nic się nie stało, trochę tylko piecze. Bo wiesz, Haniu, ja w kuchni kiepsko się czuję i dlatego zamiast do filiżanki, nalałam sobie prosto na dłoń.

Zaniosły kawę do salonu i wszyscy zaczęli rozmawiać. Marta i Hania od razu bardzo przypadły sobie do gustu. W pewnym momencie Kuba położył na stoliku klucze.

– Haniu, apartament jest do waszej dyspozycji tak długo, jak tylko zechcecie. Ja mieszkam u Marty w Józefowie. Wszystko tu znajdziecie, lodówka jest w pełni zaopatrzona.

Odpoczywajcie teraz, bo lot mieliście długi.

– Jutro zabierzemy was do Józefowa – weszła mu w słowo Marta. – Koniecznie musicie u nas pobyć, zobaczycie, jak pięknie jest w lesie i nad rzeką.

– Dobrze, chętnie przyjedziemy – Ryszard uśmiechnął się ciepło do Marty. Bardzo mu się podobała. Kochał swoją żonę, ale od zawsze był łasy na kobiece wdzięki, a Marta emanowała nimi w nadmiarze.

Kuba i Marta pożegnali się z gośćmi i ruszyli w drogę powrotną do Józefowa. Wieczorny chłód i szum sosen za oknem samochodu powoli zmywały z nich emocje całego dnia.

– Hania jest niesamowita – odezwała się Marta, patrząc na profil Kuby oświetlony deską rozdzielczą. – Bije od niej takie dobro. I niesamowicie cię kocha, widać to w każdym jej spojrzeniu.

– Mówiłem ci – uśmiechnął się ciepło, kładąc dłoń na jej kolanie. – A ty oczarowałaś ją od pierwszej sekundy. Ryszarda zresztą też.

– Ryszard to uroczy starszy pan. Choć miałam wrażenie, że patrzy na mnie trochę zbyt… uważnie.

– Taki już jego urok, amerykański luz – zaśmiał się Kuba, nie wyczuwając w zachowaniu szwagra niczego podejrzanego. – Najważniejsze, że jutro będą u nas.

Gdy wrócili do domu, Marta długo nie mogła zasnąć. Myślała o rodzinie, o dynamicznych zmianach w ich życiu – od rozwodu, przez szalony ślub ciotki Danki, aż po nagłe pojawienie się Hani i Ryszarda. Czuła, że ten rok przyniesie jeszcze wiele niespodzianek, a intuicja podpowiadała jej, że wizyta gości z Nowego Jorku mocno namiesza w ich spokojnej codzienności w Józefowie.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Barmaria

    Nareszcie sielanka🫶

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania