Bo jestem inna 35
W lipcu Kuba wziął urlop od dyrektorowania i wyjechali z Martą na tydzień do Władysławowa. Wypoczywali nad Bałtykiem i cieszyli się sobą. Felek oczywiście pojechał z nimi, biegał nad brzegiem morza, ale nie odważył się wejść do wody.
O dziwo, Marta ani razu nie użyła swojego ulubionego niecenzuralnego słowa. Była bardzo miła i bardzo grzeczna.
Kuba śmiał się, że przeszła swoistą metamorfozę, ale bardzo mu się podobała taka Marta. Ten tydzień był potrzebny im obojgu. Pięknie opaleni i wypoczęci wracali do domu.
Po powrocie do Józefowa, w trakcie rozmowy, Marta powiedziała, że podjęła decyzję.
– Jaką decyzję? – zainteresował się Kuba
– Pójdę na terapię – odpowiedziała.
– Czekaj, bo nie rozumiem. Czego ma dotyczyć ta terapia? Wiem, że ciebie, ale powiedz coś więcej.
– Kuba, chcę iść na psychoterapię. Doszłam do wniosku, że naprawdę już czas się zmienić.
– Ach, ty moja mądra starucho! – roześmiał się i przytulił ją mocno.
– Starucho? – klepnęła go lekko po ręce. – A może masz rację?
– Marta, ale najpierw musiałabyś chyba pójść do psychiatry. On cię zdiagnozuje i da skierowanie na terapię.
– Ale po co mi psychiatra? Zapiszę się do prywatnego psychoterapeuty.
– Trzymam cię za słowo – roześmiał się
Był w tej chwili z niej niezwykle dumny. Wiedział, że zrobi wszystko, aby podjąć terapię – zrobi to chociażby po to, żeby mu udowodnić, że to nie są puste słowa. Nachylił się nad nią i mocno pocałował.
– Kocham cię, staruszko – szepnął, a ona wiedziała, że nie nazywa jej tak złośliwie. Wymawiał to słowo z czułością i wielką miłością.
– Ja ciebie też, staruszku – odszepnęła. – Pójdę się trochę przejść, idziesz ze mną? Chodź, weźmiemy Felka i przejdziemy się do lasu – poprosiła.
– A wiesz, że chętnie? – odpowiedział.
Wychodząc z domu, Marcie coś znajomego mignęło na podwórku sąsiada Leona. Podeszła bliżej ogrodzenia. Ewidentnie ktoś chował się przed nią za krzewem bzu.
– Panie Leonie! – zawołała. – Widzę pana, niech pan wyjdzie zza tego krzaka!
Gałęzie się poruszyły, a zza krzewu wyłoniła się sylwetka ciotki Danki. Na jej widok Marta wybuchła gromkim śmiechem. Zdziwiony jej atakiem wesołości Kuba podszedł bliżej.
– Co ci się stało? – zapytał, po czym sam zobaczył ciotkę.
– Danusia? – zdziwił się. – Co ty robisz po drugiej stronie płotu? Pomyliłaś domy?
– Nie, nie pomyliłam. Ucisz tę wariatkę, bo jeszcze czkawki dostanie od tego śmiechu! – Ciotka, która wykazywała się dużym poczuciem humoru, też się roześmiała.
– Przyjechałam do Leosia i jestem tu od dwóch dni. A kto wie? – spojrzała na Martę. – Może nawet na dłużej?
– Ciocia, ale przecież... – Marta nie mogła opanować śmiechu. – Ale ty niedawno co pochowałaś męża!
– No i co z tego? Męża nie ma, a chłopak to i owszem, może być. – Teraz śmiali się już wszyscy troje.
– Nie ma co, obie jesteście walnięte – śmiał się Kuba.
– Marta naprawdę chyba charakter odziedziczyła po tobie. Chodź z nami na spacer, idziemy do lasu z Felkiem.
– Jak wrócicie, to wpadnijcie na rosół – powiedziała ciotka. – Nie mogę iść do lasu, bo zaraz będę makaron robiła. Swojski!
Poszli, a po drodze Kuba zapytał, czy ciotka umie gotować.
– Bardzo dobrze gotuje – odpowiedziała mu Marta. – Tego rosołu nie odpuszczę.
Spacerowali dosyć długo, a jak wrócili, to tylko wpuścili Felka na podwórze i poszli na ten rosół. Ciocia nakryła do stołu, przy którym usiedli we czworo. Rosół był naprawdę pyszny.
– Panie Leonie, to jak mam teraz się do pana zwracać? – zapytała Marta. – Wujku czy jak do tej pory, sąsiedzie?
– Po imieniu, tak będzie najwygodniej – odparł Leon z uśmiechem na twarzy.
– My z Danusią to już tak po tym grillu u was... Spodobaliśmy się sobie.
– A co dalej? – dociekała Marta.
– A dalej to będziemy chyba sąsiadkami! – roześmiała się ciotka. – Krótko się znamy z Leosiem, ale zaiskrzyło, jak to wy, młodzi, mówicie
– Bardzo zaiskrzyło. – Leon pogładził ją po ręce.
Rosół smakował im bardzo. Kuba zapytał, czy może prosić o dokładkę i śmiał się, że ciotka musi w końcu nauczyć gotowania Martę.
Najedzeni poszli do siebie. Popołudnie zeszło im na lenistwie, wieczorem popatrzyli trochę w telewizję, a potem Marta oświadczyła, że dzisiaj nie idzie pod prysznic, tylko poleży w wannie, bo tego domaga się jej ciało
– Tylko tego? – roześmiał się Kuba.
– Na ten czas tak, a jak wyjdę, poproszę cię o masaż pleców. Chcesz?
– Pewnie że chcę! Najchętniej to już teraz bym ci ten masaż zrobił.
– Musisz poczekać. Tymczasem możesz też wziąć prysznic – pocałowała go i uciekła do łazienki.
Leżała może z pięć minut, kiedy Kuba przyszedł do niej i za jej plecami wślizgnął się do wanny. Woda podniosła się do samego brzegu. Posadził ją między swoimi nogami, a ona oparła głowę o jego tors. Zamknęła oczy, które on zaczął całować. Pieścił jej gołe ciało – delikatnie, z namaszczeniem. Wiedział, że ona to lubi.
– Kuba, nie wytrzymam – szeptała. – Wychodzimy z wanny. Chcę się kochać, ale nie w pianie.
Wyszła, stanęła na podłodze, na której leżał miękki dywanik, i wyciągnęła do niego rękę.
– Chodź, chcę ciebie tu i teraz.
Wyszedł z wanny i kochali się jak nigdy przedtem – w łazience, na twardej, kamiennej podłodze, mając pod sobą tylko ten mały dywanik. Zmęczeni, ale szczęśliwi poszli do sypialni po to tylko, żeby znów doznać rozkoszy. Pragnienie tej bliskości po prostu ich rozsadzało.
Minęło znów kilka dni. W ich związku wszystko szło ku dobremu. Marta, tak jak obiecała, zapisała się do psychoterapeuty. Właśnie pojechała do niego na pierwsze spotkanie. Prowadził prywatną praktykę w swoim domu w Falenicy. Przyjechała kilka minut przed czasem i siedziała na korytarzu, czekając na wejście o ustalonej godzinie. Ktoś wszedł. Spojrzała – mężczyzna, jeszcze dosyć młody, wysoki i całkiem przystojny. Podszedł do drzwi gabinetu.
– Przepraszam – odezwała się. – Pan na którą godzinę jest zapisany? Bo ja na szesnastą i chyba powinnam zaraz wejść.
– A to się świetnie składa, wejdziemy oboje – odpowiedział wesoło.
Wariat czy co? – pomyślała szybko. – Ale jak to oboje? To jest terapia grupowa?
– Proszę – otworzył przed nią drzwi. – Jestem Adam Bromski. A pani? – zajrzał w notes. – Marta Makowska?
– Tak, to ja.
– Ja jestem tym psychoterapeutą, do którego się pani zapisała – wyjaśnił. – Zapraszam.
Puścił ją przodem, zamknął drzwi, usiadł za biurkiem i wskazał jej krzesło naprzeciw siebie.
– Z czym pani do mnie przychodzi, pani Marto? – zapytał.
– Z problemami – wzruszyła ramionami. – A z czym można przyjść do psychoterapeuty?
– No tak, rozumiem. To może powie mi pani coś więcej o swoich problemach? Co je spowodowało?
– Nie wiem, chyba od dziecka te problemy się we mnie rozwijały... – Rozejrzała się po gabinecie. Nie było żadnej kozetki ani wygodnego fotela. Poza tym biurkiem i dwoma krzesłami nie było nic, a gabinet był chyba mniejszy od jej łazienki. Terapeuta zauważył, że się rozgląda, ale się nie odzywał, tylko uważnie ją obserwował
– Dobrze. Czy ma pani zdiagnozowane jakieś zaburzenia natury psychicznej?
– Nie. A po co? – zaczynała się denerwować.
– No wie pani, żebym mógł wiedzieć, pod jakim kątem prowadzić tę terapię.
– Proszę pana – pochyliła się lekko ku niemu. – Od dziecka miałam chyba ADHD, czy jak to się na to mówi. Byłam i jestem wybuchowa, impulsywna, szybko się denerwuję, a wtedy nie ręczę za siebie. Padają słowa bardziej lub mniej niecenzuralne. Co jeszcze chce pan wiedzieć?
– Jak sobie pani radziła w szkole?
– Bardzo dobrze. Szybko przyswajałam wiedzę, zarówno w szkole podstawowej, jak i średniej, a później na studiach.
– Pani studiowała? Na jakim kierunku? – wyglądał na zaskoczonego.
– Na ASP, architektura wnętrz
– Czyli że...
– Tak, jestem architektem. Posiadam wykształcenie wyższe i pracuję zawodowo, robię projekty dla różnych zleceniodawców.
Przyglądał jej się intensywnie. Widział nerwowość w jej twarzy, w jej ruchach, w szybkim mówieniu, ale mimo że miał też doktorat z psychiatrii, nie potrafił jej zdiagnozować.
– Pani Marto, ja nie wiem, czy pani jest potrzebna psychoterapia. Pani przede wszystkim musi sama się kontrolować, sama sobie pomóc. To, co się teraz u pani dzieje, siedzi w pani głowie. Zagnieździło się wiele lat temu i nie chce wyjść. Ja myślę, że będzie pani traciła czas, siedząc tu u mnie, a ja i tak pani nie pomogę.
– To po co prowadzi pan tę praktykę? Ogłasza się w Internecie? Po co są te pozytywne komentarze i opinie o panu? Sam je pan pisze? Mnie pan nie pomoże, bo nie jestem jedną z tych, na których głupocie i niewiedzy pan zarabia? A czy pan ma udokumentowaną swoją praktykę? Nie widzę tu żadnego dyplomu, nic! – mówiła zdenerwowana
– To nie tak, jestem lekarzem psychiatrą z wykształcenia i tym samym...
– Nie ma, że tym samym czy nie tym samym! – przerwała mu ostro. – Pan jest oszustem. Kurwa, a ja się dałam nabrać!
Wybiegła z jego gabinetu jak oparzona. Natychmiast zadzwoniła do Kuby.
– Słuchaj, trafiłam na oszusta, naciągacza, a nie psychoterapeutę! Kuba, kurwa mać, nici z terapii. Chciałam, ale nie wyszło!
– Uspokój się. Porozmawiamy o tym, jak wrócę do domu, dobrze? Teraz nie bardzo mogę rozmawiać, mamy naradę
– Dobrze. – Rozłączyła się.
Wsiadła do samochodu i odjechała. Jadąc do Józefowa, na wysokości Michalina, zatrzymała samochód na czerwonym świetle. Spojrzała przez szybę w bok. Pod jedną z sosen siedziała jakaś skulona postać. Marta zjechała na pobocze, wysiadła i podeszła bliżej. To była kobieta.
– Proszę pani, czy potrzebuje pani pomocy? – zapytała .
– Choruję na cukrzycę, zabrakło mi leków – odpowiedziała kobieta słabym głosem.
– Jak mogę pani pomóc?
– Potrzebuję zażyć lek, a nie mam pieniędzy na wykupienie recepty. Leki są bardzo drogie...
– Ma pani tę receptę?
Kobieta skinęła głową, kurczowo trzymając w ręce pognieciony świstek papieru.
– Pomogę pani wstać. Pojedzie pani ze mną do apteki, kupię pani te leki.
Marta pomogła jej podnieść się z ziemi, posadziła pasażerkę w aucie i natychmiast pojechała do najbliższej apteki.
– Proszę nie wychodzić, ja zaraz wrócę – przykazała. Wyjęła przezornie kluczyk ze stacyjki i włączyła blokadę drzwi.
Weszła do apteki, a po kilku minutach wyszła z torbą leków, które rzeczywiście były bardzo drogie. Dokupiła też słodki syrop, który farmaceutka poleciła podać od razu, by nie doszło do groźnego odcukrzenia, zanim leki zaczną działać. Marta wróciła do samochodu i podała syrop oraz torebkę kobiecie.
– Proszę wypić ten syrop. Gdzie pani mieszka? Odwiozę panią do domu.
– Proszę się nie kłopotać. Ja i tak nie wiem, jak mam pani dziękować... Jak będę mogła zwrócić pieniądze? Niedługo będę miała emeryturę.
– Nic mi pani nie musi oddawać – uśmiechnęła się Marta. – Proszę w ogóle o tym nie myśleć. Cieszę się, że mogłam pomóc. To gdzie mam panią zawieźć?
– Ja mieszkam w Józefowie, na początku Leśnej, ale naprawdę proszę się nie trudzić.
– O, ja też mieszkam w Józefowie! I też przy Leśnej, tyle że na samym końcu – ucieszyła się Marta. – Mam tam duży dom, rodzice dali mi go w prezencie. Ale nigdy pani nie widziałam.
– Bo ja mieszkam w takim starym drewniaku. Dostałam go od miasta – pokój z kuchnią, bez wygód. Tylko zimna woda jest w domu, a zimą trzeba palić w piecu.
Marta zawiozła kobietę na miejsce i weszła za nią do środka. Rzeczywiście, warunki były spartańskie. Spora kuchnia i mały pokoik. W kuchni stała stara kaflowa kuchnia na węgiel, kredens sprzed kilkudziesięciu lat, mały stół i dwa krzesła. W kącie warczała mała lodówka, a przy niej stał duży taboret z wiadrem, nad którym ze ściany wystawał pojedynczy kranik. W pokoju znajdowało się tylko zniszczone łóżko i szafa. Było tam niezwykle biednie.
– Czy ma pani jakieś jedzenie? – zapytała Marta.
– Mam jeszcze kawałek chleba i margarynę – odpowiedziała cicho kobieta.
– A jak pani ma na imię? Ja jestem Marta.
– Ładnie... Ja mam na imię Zofia. Sama tu mieszkam. Mąż umarł, a córka wyjechała za granicę. Czasami coś przyśle, ale nie widziałam jej już od kilku lat
– Pomogę pani – Marta błyskawicznie podjęła decyzję. Wyjęła z portfela banknoty. – Proszę sobie kupić jedzenie i bardzo proszę o siebie dbać.
– Ale pani Marto, ja nie mogę tak... – pani Zofia nagle się rozpłakała. – Ja się czuję teraz jak żebraczka. A mam emeryturę, tylko bardzo małą. Nie starcza na wszystko...
– Proszę się nie martwić, tylko regularnie brać leki i koniecznie kupić sobie coś dobrego do jedzenia. Położyłam na stole dwieście złotych. Przyjdę do pani jeszcze, jeśli oczywiście mogę.
Pożegnała się ciepło i wyszła. Teraz już bez żadnych przystanków pojechała prosto do domu, w którym czekał na nią Kuba. Od progu opowiedziała mu o pani Zofii.
– Wiesz, Kuba, to takie przykre. Starsza kobieta, zupełnie sama, nie ma znikąd pomocy. Będę jej pomagała, tak po prostu, z dobroci serca. Może to będzie dla mnie lepsze niż ta cała psychoterapia? Co o tym myślisz?
Kuba podszedł do niej, przytulił ją mocno i pocałował w czoło.
– Jesteś wspaniała – szepnął. – Oboje jej pomożemy.
Komentarze (2)
Kapitalny odcinek
Dziękuję . Będą następne .
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania