Poprzednie części:  Bo jestem inna 1

Bo jestem inna 39

Minęło kilka dni od wyjazdu z Polski Hani i Ryszarda. Marta snuła się po domu jakaś taka smętna, przygaszona, jakby jej czegoś lub kogoś brakowało. Była znużona codziennością. Każdy dzień był prawie taki sam, a ona nigdy przecież nie była tak apatyczna jak ostatnio. Zawsze pełna werwy, mająca dzikie pomysły, które w większości realizowała, teraz była zupełnie niepodobna do siebie.

„Chyba się starzeję” – myślała.

Usłyszała szczekanie Felka. Wyjrzała przez okno, ale nic nie zobaczyła. Wyszła na ganek i podeszła bliżej furtki, za którą stał ten sam człowiek, którego widziała wcześniej, po przyjeździe z lotniska. Patrzył na nią z ironicznym uśmiechem na ustach.

– Znów pan? – zapytała głośno. – O co panu chodzi, do cholery?

– Nie poznajesz mnie naprawdę? Czy tylko udajesz? – odpowiedział pytaniem.

– Nie chcę poznawać. Wiem, kim jesteś, tylko nie wiem, po co i dlaczego tu stoisz.

– No proszę, poznajesz? Tak, Jacuś jestem, twój Jacuś. Wróciłem.

– Idź stąd, wracaj tam, skąd przybyłeś. Ja już dawno o tobie zapomniałam i nigdy nie byłeś mój. Idź sobie.

– A wiesz, skąd przybyłem? Nie chciałbym tam wrócić. Siedziałem całe piętnaście lat, nie mam gdzie mieszkać, a ty masz duży dom.

– Mam, i co z tego? Mam też kogoś, kogo kocham, a ty co? Nie masz nic? – zdenerwowała się.

– Myślałem, że będę miał ciebie. Przecież mnie kochałaś. Nawet cię bzyknąłem, zapomniałaś? Wpuść mnie, daj coś do zjedzenia – mówił.

Marta kątem oka dostrzegła, że zza rogu swojego domu całą tę scenę obserwują ciotka z Leonem. Wiedziała, że gdyby coś się działo, oni wezwą pomoc albo sami przybiegną.

– Przychodziłem tu, jak jeszcze twoi rodzice żyli. Mama zawsze mnie nakarmiła – mówił dalej Jacek.

– Moi rodzice żyją i mają się dobrze – odpowiedziała mu. – Nic ci nie dam. Głodny jesteś? To idź do pracy. Chyba nie ma przeciwwskazań do tego, żebyś pracował. Ode mnie nie dostaniesz nic.

– A jak twój szanowny mężulek dowie się, że cię pieprzyłem? To co zrobisz?

– Szantażujesz mnie? To ci, palancie, powiem: z moim mężulkiem rozwiodłam się kilka lat temu. A ten, który jest obecnie, nie jest mężulkiem. Doskonale wie o wszystkim – z kim i kiedy się pieprzyłam. A teraz spierdalaj stąd! – wkurzyła się

– Może wiedzieć więcej... – Jacek tracił pewność siebie.

Marta wyskoczyła za furtkę i z ogromną siłą oraz impetem uderzyła go w twarz. Tak mocno, że aż złapał się za policzek i syknął z bólu. Z nosa pociekła krew, którą obtarł dłonią. Odwrócił się i już miał odejść, ale jeszcze pochylony wypiął się i wycharczał:

– Możesz mnie pocałować w dupę, ty szmato józefowska.

Na te słowa Marta krzyknęła tylko: „Mówisz, masz!” i tak go kopnęła, że poleciał twarzą na chodnik. Stanęła nad nim i wysyczała:

– Żebym cię tu więcej nie widziała, ty złamany kutasie. Spierdalaj stąd!

Podniósł się i już nic się nie odzywając, pobiegł przed siebie. Spojrzała na Felka, który z radością kręcił młynka ogonem, tak jakby chciał powiedzieć: „Dobra robota, ale pomógłbym ci, jakby trzeba było”.

Zza swojego domu wyłonili się ciotka z Leonem.

– No, Marta, diabeł w tobie siedzi! – śmiał się Leon.

– Masz, babo, jaja, ale to po mnie – dopowiedziała ciotka i wymownie spojrzała na męża.

– No a po kim, ciotka, jak nie po tobie! – śmiała się Marta.

– Masz obiad na dzisiaj? – ciotka zmieniła temat.

– Nie mam, a ty masz? Co gotowałaś, ciociu?

– Pyszną fasolówkę – odpowiedział jej Leon. – Specjalnie gotuje więcej, żeby i dla was było. Ale naprawdę jest pyszna.

– Poczekaj, zaraz przyniosę dla ciebie i dla Kuby.

– Nie, ciociu... – Marcie zrobiło się po prostu głupio. – Ciągle dostajemy coś dobrego od was. A zresztą, daj, jak masz wylać? – roześmiała się. – Ale umówmy się, że ja kupię wszystko, co potrzeba, a ty tylko będziesz gotowała. Może tak być, cioteczko?

– A pewnie, że może! – ciotka przystała na to z ochotą.

Kuba po przyjeździe z pracy zajadał się tą fasolówką tak, jakby cały dzień nic nie jadł.

– Jak dobrze, że mamy tu Danusię – mlaskał z uznaniem. – Gdyby nie ona, to byśmy byli całe dnie na suchym jedzeniu albo na restauracyjnym.

– Kuba, wiedziałeś, że ja nie bardzo znam się na gotowaniu – odpowiedziała Marta. – I wiesz co? Wpadłam na pomysł, żeby ciocia gotowała też dla nas. My będziemy ją zaopatrywać w produkty, tak że nic nie będzie na tym traciła, a ona będzie gotowała dla nas wszystkich.

– A to bardzo dobra myśl – pochwalił ją. – Tak będzie sprawiedliwie, tym bardziej że oni też za dużo pieniędzy nie mają.

– No właśnie – przytaknęła. – Jutro zabiorę ciocię na zakupy, zrobimy zaopatrzenie na cały tydzień.

Jak uzgodnili, tak zrobili. Ciotka była dumna z tego, że jest chwalona, a oni zadowoleni, że codziennie mają domowy, często dwudaniowy obiad.

W połowie czerwca Kuba wraz z Martą otrzymali zaproszenia do Stanów Zjednoczonych, wysłane przez Hanię. Marta długo się zastanawiała: lecieć czy nie lecieć? Kuba właściwie był zdecydowany

– Co ci szkodzi? – pytał. – Polecimy na miesiąc. Mnie w tym czasie zastępować będzie Zbyszek, ty odpoczniesz od tych projektów, zobaczymy coś innego niż tylko Józefów i Warszawę. Przyznam ci się, że nigdy nie byłem w Stanach.

– Dobrze, polecimy. Kiedy? Ale przecież nie mamy wiz.

– Ale wizy są zniesione od kilku miesięcy, potrzebna będzie tylko autoryzacja. Płaci się za nią, nie wiem, kilkanaście dolarów i możemy sobie lecieć na ten jeden miesiąc. Marta, ja i tak polecę, ale wolałbym z tobą.

– Dobrze, to na kiedy załatwiamy wszystko? – zapytała.

– Myślę, że od pierwszego do końca sierpnia. Miesiąc w Nowym Jorku... – rozmarzył się. – Wyobrażasz sobie?

– Nie. – Marta nachyliła się nad nim i mocno, namiętnie go pocałowała.

Kuba nie czekał dłużej. Ten pocałunek wzbudził w nim nagłe pożądanie. Złapał ją za rękę i pociągnął do sypialni.

– Chodź, bardzo cię chcę, Marta. Tak bardzo, bardzo, bardzo... – szeptał jej do ucha.

– Kuba, ale ja dzisiaj nie mogę – śmiała się.

– Dlaczego właśnie dzisiaj? – zapytał.

– Przecież chyba wiesz dlaczego.

– Kurczę, długo te miesiączki jeszcze będą trwały? No trudno, ale już „po” będzie podwójnie, odbiję sobie – pocałował ją.

Ostatni dzień lipca był bardzo nerwowy. Już następnego dnia mieli lecieć do Stanów. Marta poprosiła rodziców, żeby przyjechali zająć się Felkiem. Oczywiście zgodzili się z zastrzeżeniem, że będzie z nimi Natan i Mila, bo Łukasz z Kingą też planowali wyjazd do Chorwacji na dwa tygodnie, ale bez dzieci. Niezawodna ciocia Danka zapewniła, że pomoże przy dzieciach i w końcu obie siostry spędzą ze sobą trochę czasu.

Z samego rana pojechali do Warszawy, a po południu siedzieli już w samolocie. Po blisko dziesięciu godzinach spokojnego lotu wysiedli na porcie lotniczym imienia Johna F. Kennedy’ego w Nowym Jorku. W poczekalni czekali na nich Hania, Ryszard i ich córka Marina ze swoim partnerem, czarnoskórym Chrisem. Powitaniom nie było końca. Marina, szczęśliwa, że w końcu poznała wuja z Polski, ciekawie przyglądała się Marcie.

– Wiem, że Kuba to mój wuj, a ty? Moja ciotka? – zapytała.

– A ja jestem po prostu Marta – roześmiała się.

Po przywitaniu i prezentacji Marina z Chrisem zaproponowali, żeby wszyscy pojechali do ich mieszkania, ale Hania sprzeciwiła się temu:

– Mari, jedziemy do nas, do domu. Oni muszą odpocząć, a mamy spory kawałek, przez ten cholerny tunel trzeba przejechać. Spotkamy się za dwa dni, pokażemy im Nowy Jork.

– To dobra myśl – odezwał się milczący do tej pory Ryszard. – A co chcielibyście zobaczyć w Stanach oprócz Nowego Jorku? – zapytał.

Hania z Martą siedziały na tylnym siedzeniu. Były tak zajęte rozmową, że nawet go nie usłyszały. Akurat przejeżdżali tym podwodnym tunelem

– O kurwa... – wymsknęło się Marcie. – Rzeczywiście ten tunel jest nieco przerażający.

– Marta, tyle razy tędy jechałam i zawsze kurewsko się boję – odpowiedziała jej Hania.

Znów zaczęły trajkotać jak przekupki. Tak bardzo cieszyły się z tego spotkania, że nikt ich chyba w tym momencie nie uciszyłby ani nie przegadał. Kuba tylko uśmiechał się pod wąsem. Był wzruszony, że te obie tak bardzo kochane przez niego kobiety tak szybko przypadły sobie do gustu.

W końcu całą podróż mieli za sobą. Dom Hani i Ryszarda był dosyć obszerny, z ogromną kuchnią, która służyła też za jadalnię. Były tam trzy sypialnie – Hani, Ryszarda i trzecia, z wielkim łożem, teraz przeznaczona dla gości. Był też salonik – nieduży, ale bardzo gustowny, oraz duża łazienka. Na dole znajdował się duży garaż, pralnia z suszarnią, WC, małe pomieszczenie służące za spiżarnię oraz jacuzzi. Dom był jednopiętrowy, ale piętro było wysokie.

Hania zaprosiła ich na kolację. Zaserwowała bardzo smaczne jedzenie. Najedzeni, ale zmęczeni wzięli wspólną kąpiel i poszli do przeznaczonej dla nich sypialni. Przytuleni – tak jak zawsze u siebie – zasnęli snem kamiennym.

Następnego dnia po śniadaniu udali się na zwiedzanie okolicy. Pięknie tam było, zielono, a dołem płynęła szeroka rzeka. Martę dziwiło, że ludzie mieszkają tutaj tak spokojnie i nie mają ogrodzonych domów. Zaskoczył ją też mini-cmentarzyk na jednym z podwórek.

– U nas można było chować zmarłych blisko domu – wyjaśnił Ryszard. – To były tak zwane cmentarzyki rodzinne. Ale są też cmentarze takie normalne.

– A czy tych grobów nie można przenieść na prawdziwy cmentarz?

– Nie ma takiego przymusu. Kiedyś to była taka tradycja – cmentarzyki przy domu czy w pobliżu, na wzgórkach. To są stare groby, mają po kilkadziesiąt lub nawet więcej lat. Sięgają dziewiętnastego wieku, więc niektóre mają nawet dużo ponad sto lat.

Słuchali zaciekawieni historią wsi. Po powrocie był obiad, odpoczynek i rozmowy do samego wieczora

Następnego dnia pojechali do Nowego Jorku. Byli na Manhattanie, zwiedzili Broadway, zobaczyli nowy drapacz chmur postawiony na miejscu dwóch, w które uderzyły samoloty, oraz miejsce pamięci wielu ludzi, którzy tam zginęli. Zobaczyli też wiele innych miejsc. Marty jednak Nowy Jork nie zachwycił – za dużo ludzi, bezdomni porozkładani na chodnikach, ciemne ulice, w których można było stracić życie. Nie, to zdecydowanie nie były jej klimaty.

Zwiedzali kraj, jeżdżąc po różnych stanach. Nevada z pustynią i Las Vegas ich zachwyciła – piękne, kolorowe, tętniące rozrywką miasto, zbudowane na pustyni, gdzie kiedyś nie było nawet wody. Oczywiście wstąpili też do kasyna, w którym Kuba, grając w jednorękiego bandytę, niespodziewanie wygrał tysiąc dwieście dolarów. Cieszył się jak dziecko, tym bardziej że pierwszy raz w życiu grał w coś takiego. Zachwycili się ogromną fontanną, która wyglądała jak małe jezioro, a woda wytryskiwała prosto z kamieni. Nocowali w hotelu na trzydziestym piętrze, gdzie wynajęli dwa pokoje dwuosobowe. Za wszystko płacili Kuba z Martą. Było ich na to stać, a nie chcieli obciążać budżetu Hani i Ryszarda

Jechali przez kilka stanów i w każdym zatrzymywali się na noc. Byli w Kalifornii po to, żeby zobaczyć Hollywood, przejechali przez Los Angeles, a na noc postanowili zostać w Santa Monica. Poszli nad ocean i podziwiali przepiękny zachód słońca. Marta bardzo chciała zobaczyć wodospad Niagara. Pojechali tam, ale przeszli na stronę kanadyjską, bo stamtąd był piękniejszy widok. Przeszli się też po miasteczku Niagara Falls i zjedli obiad w obrotowej restauracji, z której mogli podziwiać całą Niagarę i okolicę.

Wrócili na noc do Stanów. Byli jeszcze w Chicago, a później kierowali się już do domu, do amerykańskiej Warszawy. Zahaczyli o Waszyngton i jeszcze dwie noce spędzili w podróży.

Został im tydzień na bycie z rodziną na miejscu. Przyjechała Marina z Chrisem i rozmowom nie było końca.

Ostatniego dnia pobytu Marta, kładąc się spać, przytuliła się do Kuby i szepnęła:

– To była piękna wycieczka. Dobrze, że przylecieliśmy.

– Będzie jeszcze piękniej, jak pozwolisz mi się kochać – odszepnął Kuba. – Czy wiesz, że już ponad miesiąc głodujemy?

– Jesteś głodny? – nie zrozumiała go na początku.

– Jestem głodny ciebie. – Przygarnął ją, przytulił i zaczął całować. – Chcę cię posiąść pod tym amerykańskim niebem. Bardzo chcę.

– Ja też, Kuba. Stęskniłam się za tobą, za twoimi pieszczotami, za... A, co ci będę mówiła, wskakujemy do łóżka! – roześmiała się.

Ostatnia noc w Stanach była piękna, wypełniona namiętnością po brzegi. Kochali się i byli bardzo szczęśliwi.

Nad ranem obudził ich cichy szum amerykańskiego poranka i odgłosy krzątającej się w kuchni Hani. Pakowanie walizek poszło sprawnie, choć w sercach obojga mieszał się smutek rozstania z bliskimi i ekscytacja na myśl o powrocie. Droga na lotnisko JFK minęła im na wspomnieniach z Las Vegas i Niagary, a pożegnalne uściski z Hanią, Ryszardem i Mariną trwały aż do ostatniego wezwania na pokład.

Gdy samolot wzbił się w powietrze, Marta oparła głowę na ramieniu Kuby i spojrzała przez okno na niknące w chmurach Nowe Państwo. Czuła się wypoczęta, szczęśliwa i pełna nowej energii.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Barmaria 2 godz. temu

    Pięknie się akcja rozwija. Mam nadzieję, że Jacuś zadnego numeru nie wykrąci.

  • Grażyna godzinę temu

    Nie , raczej nie . dziekuję za gwiazdki .Pozdrawiam .

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania