Krwawy szlak, rozdział trzynasty: Długi dzień wśród kamieni 1/2

Gdy po długich rozmowach, spekulacjach i potajemnym wiązaniu spisków, Daniel i Binna wrócili z powrotem pod mur pod eskortą Graice, za niewysokim kamiennym wzniesieniem przywitał ich dość niecodzienny widok. Na murku, wraz ze wcześniej spotkaną trójką strażników, stał wysoki, czarnowłosy mężczyzna z czarną brodą, odziany w dziwnie wyglądającą, żółto-zieloną szatę, przypominającą trochę dywan z doczepionymi rękawami. Nieznajomy trzymał w dłoniach długi, brązowy kawałek drewna z metalowym zakończeniem w kształcie takiego samego znaku, jaki tkwił na szczycie Kuźni i ścianach domów: koło z wpisanym w nie trójkątem przeciętym dwoma liniami, oraz trzecią linią biegnącą pod nim. Nieznajomy mówił coś spokojnym, głębokim głosem w stronę zebranego pod jego stopami tłumu. Gdy go dostrzegli, wciąż stali za daleko, by rozróżnić poszczególne słowa, ale jasnym było, że stojący pod murkiem ludzie, spośród których było także kilka kompletnie nieznanych im twarzy, słuchali go w milczeniu i w większości z wyrazami konsternacji lub lekkiego lęku na twarzach. Gracie na jego widok westchnęła jakby z pogardą lub strachem. Daniel spojrzał na nią pytająco.

-Kto to?

-Orędownik Pana. – wysyczała - Samozwańczy zresztą.

-Co? To posłaniec Wisenherta? Jak tu trafił?

Kobieta westchnęła tylko.

-Nie o to chodzi. To sługa kogoś znacznie ważniejszego, i dużo niebezpieczniejszego niż nasz przyjaciel. Ale o tym sam się wkrótce przekonasz. Na razie po prostu idź. I pamiętaj, by uważać na słowa.

Szedł. W kilka kroków dalej, do ich uszu dobiegły wreszcie przytłumione, bo skierowane w inną stronę, ale mimo to wyraźne słowa człowieka:

-...Ale nie lękacie się! Kenbra wszystkich was ma w swojej opiece i każdego ocali! Oddajcie mu serca wasze, oddajcie mu ręce wasze, oddajcie mu umysł i ciało, a dostąpicie łaski jego!

Tłum, niezbyt emocjonalnie pokiwał głowami. Jeśli nie liczyć kilku z wyraźnie pełnych oddania i pasji miejscowych, nikt nie wydawał się specjalnie zainteresowany przemową.

-Kim jesteś? Co tu robisz? – Daniel przerwał bezceremonialnie kazanie, stając tuż obok człowieka. Trójka strażników drgnęła nerwowo, mężczyzna w dywanie powstrzymał ich jednak ruchem ręki. Nie wydawał się przy tym być choć odrobinę zaskoczony.

-Och, nareszcie jesteście. Niemało kazaliście na siebie czekać. Ale nie martwcie się, wykorzystałem ten czas głosząc nowinę ludziom prostym.

Mężczyzna wskazał dłonią po otaczającej go grupce ludzi, po czym do reszty odwrócił się w stronę swoich gości, dając wszystkim do zrozumienia, że kazanie skończone. Teraz, gdy nieznajomy stał przodem do chłopaka, ten mógł zobaczyć, że jest on lekko podstarzały, bardzo chudy, a przede wszystkim, blady jak sama śmierć. Prawdopodobnie od dawna nie jadł, długo nie wychodził na słońce, a bardzo prawdopodobnym wydawało się także, że wiele dni minęło już od jego ostatniego snu. Daniel na ten widok natychmiast przypomniał sobie o prześladowaniach, o których mówiła mu Graice, ale też niemal od razu wyczuł, że nie może tu o to chodzić. Może dlatego, że broda nieznajomego była absolutnie nienaganna, może przez fakt, że przypominająca dywan z rękawami szata nieskazitelnie czysta, może przez to, że kompletnie nie czuło się od niego tak typowego dla wszystkich, którzy od kilku dekad pozbawieni byli kanalizacji, swądu potu i brudu. A może chodziło o jego nienaganną postawę i dumnie wzniesione czoło, ale absolutnie nie do wiary było, by ten człowiek mógł paść ofiarą jakiegokolwiek znęcania się. On po prostu nie pasował na kogoś takiego.

-Witam, panie Daniel. – odezwał się spokojnie i rzeczowo, podczas gdy chłopak taksował go wzrokiem. - Witam i ciebie, panno Binno oraz ciebie, Graice, dawno się już nie widzieliśmy. Teraz niestety, przychodzi mi głosić słowo Pana Naszego do nowych uszu. Mam jednak nadzieję, że będziemy jeszcze mieli możliwość odbycia rozmowy. Może dołączysz do wieczornych modłów?

Graice nie odpowiedziała nic, spojrzała jednak w inna stronę i wypluła z ust kilka kropelek krwi przemieszanej ze śliną. Choć robiła coś takiego niemal bez przerwy, tym razem dało się poznać, że nie chciała jedynie oczyścić sobie ust. Mężczyzna zdawał się niepocieszony i zakłopotany.

-Graice, pamiętaj, że w oczach Kenbry wszyscy zawsze będziemy grzesznikami.

-Więc nie mam czego tam szukać. – odparła twardo i z wyraźnym wyrzutem kobieta. – Skoro i tak mi nie wybaczy, po co mam do niego iść? Czego niby szukać? Jeśli o mnie chodzi, to nie mam do niego żadnego interesu, a jeśli On chce mi coś przekazać, nich zrobi to osobiście. Bez pomocy kapłanów.

-Oczekujesz więc, że sam Bóg przyjdzie do ciebie osobiście? – na twarzy mężczyzny pojawiło się zdenerwowanie - Za kogo ty się uważasz?

-Mogłabym zapytać o to samo. – odparła siarczyście Graice. – Myślisz, że wiesz wszystko? Że znasz mnie już na wylot, bo zmówiłeś siódemkę do swego Boga?

-Wiem wszystko, co muszę, by ci pomóc wrócić na swoje miejsce. Tylko tego chcę.

Graice zacisnęła wargi. Chyba chciała jeszcze coś dorzucić, jednak krótkie spojrzenie na Binnę i Daniela, przypatrujących się niezręcznie tej wymianie zdań, sprawiło że otrzeźwiała nieco z gniewu. – Zresztą nieważne. Miałam jedynie odeskortować tych dwóch, teraz zaś mogą zostać z tobą. Miłej rozmowy.

To mówiąc, odwróciła się na pięcie i odeszła. Mężczyzna, choć wyraźnie miał ochotę powiedzieć jej coś jeszcze, zachował milczenie i pozwolił kobiecie odejść. Gdy ona była już kawałek od nich, zwrócił się wreszcie do Daniela i Binny, całkiem ignorując przy tym rozchodzący się już tłumek, przed którym wcześniej przemawiał. Dalej jednak krzątało się tam za to kilku innych ludzi, w szatach z wymalowanym na nim wiadomym znakiem, którzy rozdawali coś i przemawiali do nielicznych zainteresowanych. Mężczyzna z laską tymczasem w pełni skupił się tej dwójce.

-Przepraszam za to, czego byliście świadkami. Ja i Gracie od dawna mamy drobne zatargi na polu naszych światopoglądów i czasem zdarza się, że wypływają one w złym momencie. Tak czy inaczej, witam w naszym mieście. Jestem Kapłanem Kenbry i przybyłem do was, by ogłosić wam jego nowinę. Niezwykle cieszę się, że mamy okazję się poznać.

-Witam. – odrzekł z miejsca Daniel - Ja jestem Daniel, a to Binna. – to stwierdzenie było raczej bez sensu, skoro Kapłan wyraźnie znał juz ich imiona, chłopak nie wiedział jednak, co innego odpowiedzieć. – A twoje imię?

Kapłan uśmiechnął się, pobłażliwie i wzniośle zarazem.

-Już mówiłem. Jestem Kapłanem Kenbry. Tacy jak ja odrzucili swe dawne godności. Mówcie mi po prostu Kapłanie, bo tym tylko jestem. Bez ciała, bez krwi, bez umysłu i duszy, istnieję tylko dla niego i tylko on jest mi bliski.

-Kapłanem? To znaczy?

-Orędownikiem Kenbry. Jego sługą.

Daniel spojrzał na Kapłana ze zdziwieniem.

-Kim jest ten Kenbra, o którym mówisz? I czemu sam nas nie odwiedził? Jak możesz być jego częścią?

Kapłan roześmiał się uprzejmie, co dość groteskowo kontrastowało z jego bladą skórą i podkrążonymi oczyma. Daniel spodziewał się, że mężczyzna po prostu odpowie na jego pytanie, ale on zamiast tego spojrzał wyczekująco na Binnę, jakby z góry wiedział, że ona odpowie na to pytanie lepiej niż on. Tym samym dołączył do bardzo wąskiej grupy osób, które kiedykolwiek dały radę ją speszyć.

-On jest kapłanem. – odparła zmieszana kobieta - Człowiekiem, którego zadaniem jest wykonywanie woli, głoszenie prawa czy ogłaszanie wiedzy o istotach, które żyją ponad ludźmi. Jest czymś w rodzaju posłańca, albo może raczej łącznika między nimi i nami.

-Istoty żyjące ponad ludźmi? Masz na myśli ptaki?

-To całkiem dobre porównanie. – tym razem Kapłan nagle zdecydował się przemówić osobiście. – Ale nie do końca o to chodzi. Kenbra jest w istocie nieco jak ptak, tyle że szybujący gdzieś w odległych zakątkach kosmosu i patrzący na nas stamtąd. Ale to ogólne stwierdzenie. Kenbra jest raczej jak energia, która przenika każdego z nas i każdego pilnuje. Jest w naszych sercach i wszystkimi rządzi. To po prostu coś ponad ludzkiego, coś, czego nigdy do końca nie zrozumiemy. To on rządzi światem, zmienia pory roku, ustanawia ruch księżyca i gwiazd, a także wiele więcej. Tym właśnie są bogowie. A Kenbra, jest wyjątkowy pośród nich. Tak samo starych, nowych, jak i tych, którzy dopiero nadchodzą.

Daniel zastanowił się chwilę, układając nowe informacje w głowie. Kłębiło mu się w niej setki pytań, postanowił więc zadań najważniejsze.

-Starych bogów? Więc przed Wojną również można było spotkać bogów? Kenbra był już wcześniej?

-Nie do końca. – odparł mężczyzna - W każdej epoce, w każdym miejscu i czasie, niezależnie od wszelkich czynników, ludzie zawsze potrzebowali słowa bożego. Ale Kenbra, choć istniał od zawsze, ukazał się ludziom tylko raz, na początku czasów, po czym porzucił ich, gdy nadszedł odpowiedni moment. Wrócił dopiero teraz. Dopiero dziś uznał, że nie może dłużej oglądać nas z cienia, jak robił to zawsze i wyszedł an światło dnia, by nami pokierować. Widzisz, po wielu latach wojen i zniszczeń, Kenbra zrozumiał wreszcie, że ludzie są zbyt ułomni, by istnieć samodzielnie. Dlatego dał nam swoją mądrość, by na zawsze zakończyć wszelkie wojny i Kapłanów, by głosili jego słowa. To dzięki niemu poznałem wasze imiona. Moglibyśmy odbyć na ten temat wiele ciekawych rozmów, na razie jednak, musicie zadowolić się tym. – Kapłan wyjął ze swojej szaty dwa zgięte kilkanaście razy arkusze papieru, pozaginane wielokrotnie i skomplikowanie tak, by mogły zmieścić się w małym czworokącie wielkości połowy dłoni. Daniel wziął swój do ręki i obejrzał dokładnie. Wydawało mu się niesamowite to, jak wygodnie wyglądało to misterne dzieło origami. Razem z nimi, kapłan dał im po małej pętli, na której w małych odstępach zaplecione zostało siedem małych paciorków.

-Co to? – zapytał skonsternowany Daniel, oglądając prezenty.

-Książeczka, którą wam dałem, pozwoli wam lepiej zrozumieć, kim jest nasz zbawca. Różaniec zaś, służy przypominaniu siedmiu nakazów. Chciałbym móc opowiedzieć wam o nich osobiście, obawiam się jednak, że to będzie musiało poczekać. – mężczyzna wskazał palcem w stronę miasta, gdzie wraz z małym wozem szło kilkunastu mężczyzn

-Hę? – jęknął zdziwiony Daniel. – A to kto?

-Wasze zaopatrzenie. Macie przecież zebrać dla nas kamień, czyż nie?

Daniel i Binna spojrzeli po sobie w kompletnym osłupieniu.

-CO?! Skąd ty o tym wiesz?! Jak?! Co jeszcze zdradził ci Kenbra?!

-Nie tym razem – odrzekł z rozbawioną wyższością mężczyzna. - Nie trzeba posiadać darów bożych, by domyśleć się, że zgodziliście się pomóc nam budować mur. Szukamy ludzi do tego zdania od tak dawna, że fakt, iż Gracie zaproponuje wam taki układ był równie oczywisty jak to, że wieczorem zajdzie słońce. To jasne, że Graice zaraz po rozmowie z wami poszła zawiadomić o wszystkim odpowiednich ludzi o tym, że się zgodziliście, a ci już czekali z gotowymi sprzętami i wyruszyli natychmiast. Szkoda. Liczyłem, że przedstawię wam coś więcej na temat naszego Pana. Niestety, Kenbra widać życzy sobie inaczej. Mam jednak nadzieję, że będziemy mieli jeszcze okazję porozmawiać. O wielu sprawach. Może zobaczymy się po wieczornych modłach? Omówimy kilka istotnych spraw?

-Oczywiście – odrzekła Binna, jak nakazywała jej wpojona przez lata dyplomatyczna maniera, jakiej wymagało od niej dowodzenie ludźmi – Gdzie będą miały miejsce modlitwy?

-Niedaleko stąd. W małym banku, który łatwo znajdziecie, po odgłosach modłów. Ciebie też zapraszam, Danielu. Po naszej rozmowie na pewno masz wiele pytań, na które chciałbyś poznać odpowiedź.

-To prawda. – odparł całkiem szczerze chłopak. Po chwili wahania dodał jeszcze - Ale na razie, odpowiedz mi na chociaż jedno: Czy Kenbra byłby w stanie pomóc mi w osiągnięciu moich celów?

Oczy Kapłana błysnęły dziwnie, a blada skóra rozciągnęła się w kolejnym uśmiechu. Danielowi bardzo nie spodobał się ten błysk i uśmiech. Bardzo.

-Wszystko jest możliwe Danielu. Wszystko. Kenbra jest bardzo potężny, a za zachowanie jego słowa każdego czekają nagrody. Wiele różnych nagród. Być może mógłbyś wybrać sobie coś, co cię zaciekawi.

Po tych słowach Kapłan, a wraz z nim wszyscy jego podopieczni, odeszli z powrotem za granicę muru, a Daniel i Binna poszli do swoich spraw. Nie minęło wiele czasu, nim w tym samym niemalże miejscu pojawiła grupka niskich, postawnych i nieprzyjemnie wyglądających drabów, pchająca ze sobą jakiś wózek w siedmioosobowej kolumnie.

Większość spośród mężczyzn miała na sobie stare bluzy i wytarte jeansy, a do tego cały czas pocierało o siebie dłonie i nerwowo rozglądających na boki, trzymając się blisko siebie. Tylko jeden spośród nich, tak jak reszta niski i przysadzisty, ale w przeciwieństwie do niej ubrany w brązowe utwardzone spodnie i całkiem przyzwoitą kurtkę z nałożona na nią kolczugą, stanął na granicy małego wzniesienia, po czym wyjął z wozu pchanego przez swoich pachołków dziurawą patelnię i całkiem dobrą chochlę, którymi kilka razy doniośle zadzwonił. Odłożył oba na miejsce dopiero wtedy, gdy większość ludzi zaczęła ponownie podchodzić pod murek.

-Witamy w naszym mieście. – niezbyt przyjemnym, gardłowym głosem przemówił do zgromadzenia drab. Mówił głośno i groźnie, tak że od razu jasnym było, że nie będzie znosić sprzeciwów – Jestem Carl, tutejszy hutnik. Mam nadzorować was przy dzisiejszej pracy. Tam, za mną, stoi kilku z kasty zoologów, nadzwyczajnie awansowanych, by pomagać mi przy nadzorze. Na co dzień tresują ptaki i psy, to i z ludźmi jakoś im pójdzie. Wasze zadanie, jak wiecie, polegać ma na wyrywaniu kawałków gruntu i zabieraniu ich w wyznaczone miejsca. Żadnych przerw, żadnego obijania się, rżeć dostajecie po robocie. Sprzęt wam damy, podzielimy po sześć osób, każdego nadzoruje jeden strażnik. Jakieś pytania?

Przez chwilę trwała cisza, przerywana jedynie przez zdziwione szepty między sobą, nikt nie odezwał się jednak bezpośrednio do Carla. Zadowolony hutnik zatarł ręce.

-Doskonale. Łapcie za żelastwo i do roboty!

Jeden ze zdenerwowanych pachołków Carla jak na komendę wybrał z wozu długi, metalowy kilof, po czym podał go pierwszej z brzegu osobie, która chwyciła go niepewnie. Młody mężczyzna spojrzał na Binnę i Daniela, a gdy jedno z nich skinęło potakująco głową, przyjął narzędzie i ustawił się z boku. Kolejni zaczęli podchodzić na jego miejsce i zabierać swoje sprzęty. Gdy Daniel otrzymał swój przydziałowy łom, ze zwykłej ciekawości spróbował zawiązać rozmowę z jednym z rozdających sprzęt mężczyzn. Zapytał go o jego pracę, o to czym zajmują się zoolodzy. Ku jego zdziwieniu, człowiek nie tylko nie odpowiedział, ale też skulił się w sobie, jakby bojąc się ataku. Daniel mimo to spróbował jeszcze raz, pytając o imię, co tym razem zaowocowało potężnym uderzeniem w potylicę, z otwartej dłoni Carla. Chłopak aż zatoczył się z bólu i zdziwienia, stracił równowagę i padł na chodnik, pół metra niżej.

-Nie blokować kolejki do cholery! Ludzie czekają, ustawiać się kurwa, nie defetyzm szerzyć!

Daniel na własne szczęście nie odpowiedział, wstał jedynie i posykując z bólu potarł obolałe miejsca. Przez myśl przemknęło mu, że trochę zaczyna rozumieć Asha z jego dziwaczną nerwową manierą, bo on z takim traktowaniem spotykał się już zapewne niejeden raz.

Po odebraniu swoich sprzętów, drużyny zgodnie z zapowiedzią podzielone zostały na pięć małych zespołów po sześć osób, oraz jeden z ośmioosobowy. Nad każdym zespołem czuwał ubrany w bluzę rachityczny jegomość, a nad wszystkimi jegomościami Carl, przechadzający się po każdym sektorze. Daniel trafił całkiem fortunnie – w jego małej grupce znajdował się Dante, miał więc z kim pogadać. Pozostałą czwórkę współpracowników też znał całkiem dobrze, ale jego ostatni awans społeczny, jeśli można było to tak nazwać, sprawiał że mało kto chciał z nim rozmawiać jak równy z równym. Od większości ludzi często dało się wyczuć uniżony szacunek, jakim darzy się wyższego rangą, albo dziwną wrogość, wciąż trzymającą się ich po wyjściu z pustyni.

Ich strażnik, niski łysawy człowieczek z krótkim meszkiem na policzkach, przyglądał im się w milczeniu z pewnej odległości i wyraźnie się denerwował, mimo że w przeciwieństwie do nich, on miał prawdziwą, porządną broń, jaką był wykonany ze skóry bat. Daniel miał tylko nadzieję, że trzymał go tylko dla obrony własnej.

Wszyscy pracowali w ciszy, metodycznie i powoli. Robota, choć nie wymagała zbyt wiele myślenia, była bardzo męcząca. Najpierw, przy użyciu ciężkich metalowych narzędzi, wyłupywali z ziemi kawałki kamienia, potem, chwytając je w ręce, przenosili skały na sterty, oddalone o kilkanaście kroków, powiększając tym samym mały prowizoryczny murek. Tam w obroty brało je kilku innych chudych, milczących robotników, którzy najpierw szlifując i łupiąc nadawały im kształty cegieł, potem smarowali dziwnym szarym kremem, a wreszcie ustawiali w ściany. Gdy Daniel chciał bliżej przyjrzeć się tej czynności, nad głową trzasnął mu bat, przecinający ze świstem powietrze tuż nad nim. Choć nie uderzył go w plecy, trudno było brać coś takiego za dobry znak.

Kolejne godziny pracy mijały powoli, w znoju i trudzie. Ciężkie płyty kamienia ciążyły w rękach, pot oblewał nieprzyjemnie całe ciało, dłonie bolały od dzierżenia kilofa, a nogi noszenia kawałów kamienia. Daniel, tak samo jak wszyscy inni, szybko mieli dosyć pracy, ale stojący nad nimi człowiek z batem absolutnie odmawiał dania im przerwy, a gdy tylko któryś zaczynał gardłować, natychmiast krzyczał po Carla, który szybko i boleśnie uczył ludzi dyscypliny. Trzeba więc było pracować. Powoli, metodycznie, wytrwale, czując ból w każdym kawałku ciała. Wyłupać kamień. Podnieść kamień. Zanieść. Wyłupać, podnieść, zanieść. Wyłupać, podnieść, zanieść.

Ale ani nielekkie traktowanie, ani stały nadzór nie miały szans na powstrzymanie ludzkiej ciekawości. Potrzebne było zaledwie kilkadziesiąt minut, by mimo wyraźnych gróźb i ryzyka ktoś spróbował po raz pierwszy zagadać Daniela o to, co działo się za murami. Niestety, ostra reprymenda i świst bata uniemożliwiły Danielowi przekazanie wieści. Drugi raz spróbowano zaraz potem, tym razem tuż przy murarzach, tym razem omal nie obrywając rzuconą w stronę inicjatora rozmowy resztką cegły, mijającą ucho człowieka raptem o kilka centymetrów. Może i ich współpracownicy budowy byli zastraszeni i zdenerwowani, nie wydawało się jednak, by przeszkadzało to im w stałym poganianiu siebie nawzajem. Przeciwnie, wszyscy mieszkańcy Miasta, niezależnie od pozycji, mimo definitywnej nieufności i totalnego braku wzajemnego zaufania, każdą napotkaną oznakę buntu bądź lenistwa natychmiast, gorliwie i bardzo surowo karali.

Ludzie nie poddawali się jednak łatwo, i od słówka do słówka, zdanie za zdaniem, po wielu upomnieniach i ostrzegawczych świtach, Daniel w serii krótkich i zagmatwanych zdań opowiedział o wszystkim, co wydarzyło się od momentu przekroczenia przez nich granic miasta, aż do rozmowy z kapłanem. Pominął jednak większość informacji odnośnie planowanego spisku, obawiając się by wiedza ta nie dotarła do nieodpowiednich uszu. Oficjalnie powiedział jedynie, że następne dwa tygodnie spędzą tutaj, budując mur, by w zamian za to otrzymać zamówioną broń oraz, w ramach przemilczanego porozumienia z Graice, miejsce w karawanie, która już wkrótce wyruszać miała na wschód, by przetransportować zapasy broni i zbroi przeznaczone dla Wisenherta jako opłata podatków i zarazem sposób zaopatrzenia miasta w niezbędny prowiant, którego nie mogło samo wyprodukować. Taka wymiana miała miejsce dwa razy do roku i szczęśliwie dla nich, nadchodził właśnie czas wyruszenia kolejnej karawany.

O spiskach i tajnych pomówieniach Daniel dał znać jedynie Dantemu, z solidnym upomnieniem, by przekazał tę wiedzę nie więcej niż jednej czy dwóm bardzo zaufanym osobom. Dante od razu zaczął układać sobie w głowie listę wszystkich tych, których warto byłoby wtajemniczyć. Była ona niestety o wiele zbyt długa, ale to nie był duży problem. Wystarczyło po prostu wybrać najlepszych.

Po ustaleniu tej kwestii, rozmowa zeszła na temat tajemniczego kapłana, który nawiedził ich kilka godzin temu. Daniel trochę zdziwił się, gdy ludzie zaczęli o niego pytać, spodziewał się bowiem, że to oni wiedzieli więcej niż on. Niestety, Kapłan długością przemowy wcale nie zmniejszył poziomu jej zagmatwania i niezrozumienia.

-I to wszystko? – zapytał jeszcze raz idący obok niego człowiek, poprawiając chwyt na kwadratowej bryłce kamienia – Naprawdę nie powiedział ci nic, czego nie powiedział nam?

-Kompletnie nic. – potwierdził jeszcze raz Daniel, przyśpieszając kroku, bo ich nadzorca znów uniósł bat nieco wyżej - A właściwie, to powiedział nawet mi mniej niż wam, bo musiał szybko odejść, żeby Carl mógł zrobić swoje.

-I naprawdę nie powiedział nic, co wyjaśniłoby jego najście? – zapytał chwilę potem kolejny mężczyzna, metodycznie łupiący z jezdni swój kawałek asfaltu - Nie wszedł z tobą w żaden układ ani nic ci nie proponował? Nie robił żadnej z tych rzeczy, które zawsze robią z wami ważni panowie?

-Nie. – odpowiedział po raz wtóry Daniel. – Mówił odrobinę o układach, ale wydawał się zbyt zajęty tym całym bogiem, by handlować. Powiedział nawet, że chce spotkać się z nami spotkać, ale tak jakby to było tylko przy okazji. Był jakiś strasznie dziwny. O co właściwie chodziło mu z tym jego... jego... jak nazywa się ten cały bóg?

-Kenbra. – podpowiedział mu ktoś zza jego pleców. Zwolnił na chwilę by mu to przekazać, ale ostrzegawczy świst bata zaraz zmusił go do ponownego przyśpieszenia kroku.

-No właśnie, Kenbra. – podjął Daniel - O co w ogóle z tym chodzi? Przez przyjście tych z kilofami nic nam w końcu nie powiedział.

-To jakaś porąbana rzecz. – powiedział któryś z nich i od razu przyśpieszył, bo bat ostrzegł i jego. – Zwykłe dziwactwo, mówię ci. Ponoć Kenbra to jakiś jakby człowiek, ale nie bardzo, bo dużo większy niż inni. Podobno jak się pojawił to ziemia była płaska, a wszyscy ludzie cały czas się wtedy zabijali. Kapłan mówił, że Kenbra jako pierwszy zakończył wojny i ustanowił swoich ludzi. Że ponoć on ludzi nienawidzi, znaczy Kenbra, nie kapłan, a przecież się nimi opiekuje. Mówił też, że jest więcej bogów, niż tylko Kenbra, ale innych nie wolno czcić, tylko jego. Nic z tego nie rozumieliśmy.

-Jak to bóg zakończył wojny? – Daniel był tak zdziwiony, że aż na chwilę zaprzestał podważania swojej płyty chodnikowej. Przecież jeszcze niedawno była wojna. I w sumie to dalej jakieś są. Przecież właśnie... – Daniel urwał szybko i nerwowo spojrzał na strażnika, uświadamiając sobie, że omal wygadał się o prowadzonej wyprawie. Z niepokojem uświadomił sobie wtedy, że strażnik od jakiegoś czasu także na niego patrzy, ściskając przy tym bat naprawdę mocno. Pozostali nie zwrócili na to uwagi.

-Nie wiem. – wysapał Dante, spocony jak wieprz i czerwony z wysiłku, podchodząc do niego ze swoim głazem. - Nikt nic z tego nie rozumie. Ale jeśli mnie pytasz, to to pewnie jakieś jedno wielkie kłamstwo, by trzymać ludzi w ryzach. Dawno temu, zanim jeszcze trafiłem do naszej osady, słyszałem kilka opowieści o takich rzeczach. Podobno byli kiedyś ludzie, którzy wmawiali innym, że istnieją jakieś super-potwory, które dają im różne zakazy, i każą ich przestrzegać, żeby nie zniszczyły świata. A tymczasem to ci ludzie sami je wymyślali, żeby kontrolować innych. Podobno trzeba tam było pracować całymi dniami i bardzo się męczyć, żeby nie rozgniewać tych potworów, które ludzie wymyślili, a przecież one nigdy nic nie mogły zrobić, bo nie istniały. Człowiek, który mi to opowiadał, mówił, że w takich miejscach zawsze było mnóstwo zasad i zakazów, a przecież ten cały Kapłan co drugi wdech mówił nam, że jak chcemy być dobrzy, to musimy przestrzegać wszystkich zasad. A zakazów to nam dawał od cholery! Nie wolno się wywyższać, nie wolno się bogacić, pić nie wolno, nic nie wolno, do cholery! Psiakrew, nawet palić nam zakazywał! Chore jakieś, co nie? Mówię ci, ten cały Kera, to na pewno.....

-Kenbra. – przerwał mu nagle wysoki, lodowato wściekły głos, którego żaden z nich nie słyszał wcześniej. Wszyscy z zaskoczeniem odwrócili się w stronę, z której głos dobiegał i uświadomili sobie, że mówił do nich ich nadzorca, zezłoszczony jak rój os. Powoli, z nienawiścią w głosie wypowiadał poszczególne sowa, sycząc przez zaciśnięte żeby – To Kenbra, a nie Kera! Nie wolno wymawiać tego imienia bez szacunku! I nigdy, przenigdy, nie ważcie się tak więcej mówić o Kapłanie! – mężczyzna mówił każde słowo z wysiłkiem, jakby powstrzymywanie się przed czymś kosztowało go niesamowitą ilość energii. - Kapłan wszystkich chroni i prowadzi. Jest naszą jedyną ostoją. Nigdy, nie pozwolę wam, żebyście go tak obrażali!

Cała szóstka pracujących od kilku bez wytchnienia popatrzyła na niego z wyrazem zdziwienia, a nawet lekkiego strachu. Poganiacz, dotąd tak spokojny i niezdecydowany, teraz aż kipiał od gniewu.

-Kenbra wyniósł nas z krainy wiecznej wojny, ale to nie znaczy, że zakończył wszystkie. – z braku reakcji swoich słuchaczy, mówił dalej. - On stworzył nowy świat i chciał nas z niego wykluczyć, bo brzydzi się ludzką ułomnością, ale pozwolił nam żyć tylko dlatego, że znajduje wśród nas kilku wybranych, którym wybaczył! A ja, jego dziecko, nie pozwolę na to, byście mówili o nim w ten sposób! Nigdy, jasne!?

Daniela zamurowało. Dantego też. Jednak ktoś z tyłu, starszy mężczyzna z siwymi skroniami, na swoje nieszczęście potraktował słowa chłopaka jako wyzwanie.

-Nie pieprz bzdur! Naprawdę w to wierzysz?! Nie widzisz, że to po prostu hutnicy wymyślili sobie... Aghhh! Kurwa!

Trzask, który się nagle rozległ, musiał być słyszalny w całym obozie. A nawet jeśli nie był, to krzyk trzaśniętego batem starca na pewno już tak.

-Jak śmiesz! Jak możesz tak mówić?! Tutaj, w tej wiosce, tylko Kenbra chroni nas przed Hutnikami! Liczy się jego słowo i słowo ich. Nasze nie. Hutnicy pobłądzili, ludzie. Łamią zasady, nie zachowują Nakazów, grzeszą, a co najgorsze, mimo to wciąż nazywają się jego dziećmi. Kenbra jest wściekły! A gdy on jest wściekły, zsyła swój gniew. Wkrótce spadnie on właśnie na hutników, a oni poczują, czym jest jego zemsta! Nikt nie chce być tutaj, gdy ten gniew nadejdzie i dlatego lepiej szybko stąd odejdźcie, albo przestańcie grzeszyć na jego ziemi. Jeśli nie chcecie wszyscy zginąć. – Poganiacz przyjął nagle ekstatyczny wyraz twarzy, podniósł wysoko głowę i z wyraźną euforią wyrecytował z pamięci -„Jeśli nie chcesz doznać gniewu, jaki Kenbra, Pan twój, zsyła na grzeszników, odejdź z ziemi jego, gdy są tam grzesznicy i umknij z niej, bo każdy kto imię jego znieważa i nakazy jego łamie, a za dziecko jego się uważa, karę najokrutniejszą poniesie. Księga Kenbry, rozdział trzeci, wers dwunasty.”

Mężczyźni patrzyli na niego jeszcze czas, nie mając pojęcia, co powiedzieć, ale nieco bojąc się odejść. W końcu i pozostali wrócili do pracy, bojąc się już nawet szeptać między sobą.

Danielowi, gdy już ochłonął po nagłej niespodziance, kilka elementów zaczynało układać się w ciekawy obrazek, o którym Graice albo nie wiedziała, albo wolała mu nie mówić. Nie był pewien, czy na cokolwiek mu się to przyda, ale zaczął czuć, że miejsce to robi się jeszcze dziwniejsze, niż w jego najśmielszych oczekiwaniach. Niewykluczone też było, że mogli mieć wewnątrz miasta znacznie więcej sprzymierzeńców, niż się spodziewali.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • oldakowski2013 04.04.2018
    Interpunkcja. Jeżeli w dialogu stawiasz kropkę, zaczynaj z dużej litery. Dużo jest tego błędu. Pozdrawiam.
  • KarolaKorman 05.04.2018
    ,,Krawy szlak, rozdział '' - Krwawy
    Nie czytałam, więc o całości się nie wypowiadam, ale błąd w tytule rzucił mi się w oczy - popraw sobie
    Pozdrawiam :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania