Krwawy Szlak, rozdział trzydziesty piąty - Zmiany 1/3

Następnego ranka, do pokoju Daniela zamiast Eriny, jak miało to miejsce zazwyczaj, wszedł Azail. Chłopak natychmiast się obudził, gdy tylko mężczyzna odsunął deskę zagradzającą wejście. Daniel starał się na niego spojrzeć, ale nie mógł się skoncentrować. Wciąż był osłabiony, każda pobudka niosła ze sobą kilka długich chwil otępienia, przypominających trzymanie głowy pod wodą. Spróbował wstać, ale lina krępująca nadgarstki go powstrzymała. Podnoszenie się każdego ranka to był głupi, mimowolny ruch, którego za nic nie potrafił się pozbyć.

Gdy Azail podszedł do łóżka, wciąż półprzytomny Daniel zauważył, że jego gość nie ma przy sobie żadnego jedzenia, jedynie jaki mały, podłużny przedmiot. Nie bez wysiłku skupił wzrok na obiekcie i przekonał się, że jest to długi, przedwojenny nóż wojskowy.

Staruszek stał cierpliwie przed Danielem, czekając aż ten do końca się obudzi.

- Eh?… - jęknął Daniel, czując nieprzyjemny przypływ adrenaliny. - Azail? Co…? Po co ci ten nóż?

Staruszek jakby go nie usłyszał. Patrzył tylko na niego niechętnie, jak gdyby sam widok Daniela napawał go obrzydzeniem.

- Długo myślałem o tym, co mi wczoraj powiedziałeś – zaczął podniośle, niczym człowiek recytujący długo układaną przemowę. - Szczególnie o tym, jak zacięty jesteś w kwestii swojej zemsty, do której wciąż dążysz, mimo że tyle przez nią straciłeś. I o tym, że w twojej opinii wciąż jej potrzebujesz. Mówiłeś, że wymaga jej od ciebie twój dawny świat.

Azail westchnął cicho.

- Długo zastanawiałem się, co z tym zrobić. Myślałem, modliłem się, rozmawiałem też z innymi. I w końcu wszyscy zgodziliśmy się, co będzie najlepsze.

Azail podszedł bliżej do Daniela. Tak blisko, że ten mógł niemal poczuć zapach jego brudnych ubrań. Nóż w jego ręce błyszczał złowrogo.

- Wisenhert jest naszym dobroczyńcą, Daniel. To jemu zawdzięczamy ten przybytek, bezpieczeństwo, jedzenie, nadzieję. Dzięki niemu setki, może nawet tysiące osób znalazły dom i bezpieczeństwo. Dwie rzeczy, które nigdy nie powinny być zagrożone.

Źrenice Daniela zwęziły sie ze strachu. Desperacko odsunął się od Azaila na tyle, na ile tylko pozwalała mu lina. Jego serce biło gwałtownie, gdy starzec podnosił nóż.

- Poza tym, on jest także moim przyjacielem, nawet jeśli sam już o tym nie pamięta. Oddałbym wszystko, by go chronić. I zrobiłbym wszystko.

Daniela zacisnął omdlałe dłonie w pięści, starając się zebrać w sobie energię do kopania.

- Właśnie dlatego musimy coś zrobić, by być pewnymi, że znów mu nie zagrozisz.

Nie odejdę jak bydło, powtarzał sobie Daniel, patrząc na nóż, wzniesiony nad jego głowę. Będę walczył. Będę się bronił. Aż do końca.

- Tutaj wszyscy to rozumieją, kim naprawdę jest Wisenhert - powiedział Azail, gdy nóż zawędrował gdzieś nad głowę Daniela. Trwało to kilka przerażających sekund, nim lina krępująca jeden z nadgarstków Daniela opadła. Następnie to samo stało się z drugą. – Dlatego pokażemy to także tobie.

Zaskoczony chłopak usiadł i spojrzał na swoje ręce. Poza dużymi czerwonymi liniami, nie było na nich nawet śladu po niegdyś krępujących go linach. Był wolny. A Azail nawet go nie zadrasnął.

- Spokojnie. Nie jesteśmy mordercami. Choć nie ukrywam, tę opcję także rozważaliśmy. – Wyjął zza pazuchy mały pojemniczek na krem. - Posmaruj tym nadgarstki. Liny na pewno nie były zbyt wygodne.

Daniel, nie do końca rozumiejąc, co właściwie się dzieje, skinął głową i wziął pudełeczko do ręki. Wyraźnie był to artefakt, ale balsam do rąk nie był zbyt ciekawym znaleziskiem, nawet w powojennym świecie. Chyba, że było się już naprawdę głodnym.

Daniel wziął trochę specyfiku na palec i nasmarował nim czerwony od liny nadgarstek prawej ręki. Maść miała konsystencję mokrego błota, ale pachniała przyjemnie i porządnie łagodziła obrzęk. Daniel spróbował wstać z łóżka, ale na próżno. Zdołał zrobić jeden niepełny krok, nim pioruny bólu w plecach, klatce piersiowej i wszystkich kończynach przeszyły go na wylot.

Zakrzyknął zduszonym głosem, tracąc obraz przed oczami. Nie zauważył nawet momentu, w którym zaczął lecieć. Kilka sekund później po prostu znalazł się na podłodze, półleżąc, desperacko starając się zwalczyć kołysanie się świata. Mimo głodu zwymiotował na podłogę, wyginając przy tym mocno plecy, co z jeszcze bardziej otworzyło świeżo zagojone rany. Białe mroczki przed oczami omal nie pozbawiły go przytomności po raz drugi.

Mimo to, wytrzymał. Dopiero po długiej chwili, gdy zdołał nieco uspokoić oddech, zauważył wreszcie, że Azail obejmuje go ramieniem i próbuje włożyć coś do ust. Instynktownie namacał wargami małą pastylkę i zmusił się do przełknięcia jej. Po kilku chwilach ból zelżał nieco, ale poczucie tonięcia i huśtania się rzeczywistości pozostało.

- Niech mi Illo wybaczy, chyba przeceniłem twój stan. Może powinieneś jednak zostać jeszcze w łóżku na jakiś czas. To zrozumiałe, jeśli tego potrzebujesz.

- Nie! - odpowiedział Daniel, dużo gwałtowniej niż miał zamiar. Azail popatrzył na niego z przestrachem. - Nie, jest w porządku – powiedział, tym razem łagodniej – Po prostu zacząłem nieco zbyt mocno.

- Dobrze więc. Przygotowaliśmy dla ciebie śniadanie, w sali na dolnym piętrze. Dasz radę tam dojść?

- Chyba tak. Ale musisz mnie podtrzymywać.

- Nie musisz się zmuszać, jeżeli czujesz, że jeszcze nie pora.

- To jest pora. Po prostu pomóż mi iść.

Azail, choć nie bez wyraźnego zmartwienia, podał Danielowi ramię, w które ten wczepił się mocno. Gdy wstał po raz drugi, lepiej przygotowany na to co go czeka, udało mu się mniej więcej utrzymać przytomność i równowagę. Nie bez trudu przeszedł z Azailem kilka pierwszych kroków, potem spróbował iść sam. Nie było wcale tak źle. Czuł rwący ból w plecach i rękach oraz słabszy, tępy, w większej części torsu. Przez jego żołądek przechodziły też dziwne sensacje, ale to ostatnie mogło być efektem zażywanych przez niego od wielu dni specyfików.

- Dasz radę iść samemu? - Spytał troskliwie staruszek.

- Jasne. Nie jest aż tak źle. - odparł Daniel i zrobił kolejne kilka kroków, aż dotarł do drzwi wejściowych. Ziemia pod jego stopami trzęsła się nieprzyjemnie, ale był w stanie chodzić. Gdy dotarł za próg, przed jego oczami ukazał się krótki korytarz z dwoma rzędami zniszczonych lub prowizorycznych drzwi po obu stronach. Z prawej kończył się on klatką schodową, z lewej wieńczyła go pokaźna warstwa gruzu z zapadniętego dachu. Sam korytarz zdobiła jedynie fioletowa tapeta w kwiaty, wyblakła, pomarszczona i zszarpana przez czas.

Daniel zrobił kolejny krok, wspierając się dla pewności o lekko śliską ścianę. Mięśnie rwały go przy każdym ruchu, choć w jakiś sposób było to nawet przyjemne uczucie. Przez czas, który spędził na łóżku, mięśnie zdążyły mu już mocno skostnieć i dobrze było je porozciągać.

Doszedł, kuśtykając i pojękując, aż do klatki schodowej, a z niej zszedł na niższe piętro. Tam zastał duże, wysokie pomieszczenie, ozdobione potłuczonym żyrandolem i dawno zmatowiałą niebieską wykładziną, której ktoś najwyraźniej usilnie i od dawna starał się przywrócić dawny blask. Ściany zdobiły stare tapety, będące w niewiele lepszym stanie.

Jedynymi meblami w całym pomieszczeniu był rozpadający się od dawna kominek, wystający z ziemi kawałek drewna o trudnym do odgadnięta przeznaczeniu i długi brązowy stół, nakryty dla ośmiu osób. Pięć miejsc było już zajęte. Część z siedzących odlegle kojarzył ze swoich gorączkowych majaków, innych nie zdecydowanie nie znał.

Podszedł bliżej do stołu, gdy nagle kolano odmówiło mu posłuszeństwa. Poleciał na ziemię, ale Azail złapał go w połowie drogi. Z nagłego bólu musiał wczepić palce w ramię swojego opiekuna i tak dość aż do stołu, przy którym zajął miejsce wskazane mu przez starca.

Daniel zamknął oczy i zwiesił głowę, starając się skupić wyłącznie na oddechu . Przez jakiś czas był bliski ponownego omdlenia, jego mięśnie płonęły, żołądek wariował. Nie pozwolił jednak, by opanowała go adrenalina. Powoli i z namaszczeniem wciągał i wypuszczał powietrze, dopóki jego ciało się nie uspokoiło. Dopiero gdy jego umysłowi udało się już odzyskać kontrolę nad ciałem, otworzył oczy i przyjrzał się pozostałym biesiadnikom. Byli to w większości staruszkowie lub dojrzali mężczyźni, z wyjątkiem dwójki dzieci, siedzących podejrzanie cicho jak na ich wiek. Wszyscy patrzyli na niego z zaciekawieniem, ale nikt się nie odzywał. Wyraźnie nie chcieli przeszkadzać mu w jego dziwnej, ale chyba bardzo ważnej czynności.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania