Krwawy Szlak, rozdział trzydziesty piąty - Zmiany 2/3

- Dzień dobry - powiedział spokojnie, starając się nadać swojemu głosowi wyraz uprzejmej stanowczości. - Jestem Daniel. To mnie uratowaliście z kilka dni temu z walki z Wisenhertem. Także ja byłem człowiekiem, który próbował odebrać mu wcześniej życie. Dziękuję uprzejmie za waszą gościnę.

Siedzący przy stole potężnie zbudowany, siwiejący mężczyzna parsknął śmiechem, zasłaniając usta jedyną ręką.

- Wszyscy wiemy, kim jesteś, chłopcze! To tyś jest ten tajemniczy awanturnik, co się jako jedyny wyplątał z harataniny, jaką wam Wisenhert urządził! Szczęścia miałeś co niemiara, stonko ty jedna!

- Tak. Miałem. – Daniel dał z siebie wszystko, by nie dać poznać po sobie złości, jaką wywołały w nim te słowa. – Jak dobrze, że wyplątałem się z tej "harataniny", w której straciłem wszystkich swoich przyjaciół, bliskich i całą rodzinę, jaka mi jeszcze pozostała. Nie mówiąc już o moim dobytku, broni, zapasach, lewym oku i godności. Jakież to szczęście.

Przy stole zapanowało długie, niezręczne milczenie.

- Nie chciałem cię urazić - sapnął siwy mężczyzna.

- Trudno. Zdarza się.

- Przepraszam za niego - rzekła bardzo stara, kompletnie siwa kobieta z jednym okiem. - Rien nigdy nie należał do zbytnio taktownych. Nie potrafi wyczuć powagi chwili, to prawda, ale to dobry człowiek.

- Dokładnie - dodał mężczyzna w średnim wieku z potężnym zezem. - Uwierz mi, wszyscy współczujemy ci straty. To musiało być doprawdy okrutne doświadczenie.

- Zgadza się. Wszyscy jesteśmy z tobą - odezwała się kolejna osoba, tym razem niemłody już mężczyzna z rozległymi poparzeniami na całej twarzy. Jego skóra wyglądała przez to tak, jakby się rozpuszczała. Mimo to wydawał się zdrowy, przynajmniej w porównaniu z resztą biesiadników. Prawdziwym powodem jego kalectwa były zapewne palce, a właściwie ich brak na obu rękach - To niesamowite, iż nie załamałeś się mimo tak wielkiej tragedii. Naprawdę współczujemy ci twojej straty.

- Dziękuję. - odparł wreszcie Daniel i rozejrzał się po zebranych. Nie uśmiechnął się jednak. Czuł jedynie zmęczenie i głód, nic ponadto. Przy stole wciąż panowała cisza.

- Czemu właściwie to się stało? - odezwała się wreszcie starsza kobieta, ta sama która usprawiedliwiała wcześniej jednorękiego mężczyznę nazwanego Rienem. - Rzadko zdarza się nam widzieć takie… zachowanie.

Daniel z lekkim zdziwieniem popatrzył na Azaila.

- Nie powiedziałeś im? – zapytał wprost.

Starzec uśmiechnął się, głaszcząc się po policzku.

- Uznałem, że to była twoja spowiedź. Twoja osobista sprawa. Od ciebie tylko zależy, czy chcesz się nią podzielić.

Daniel nie oddał uśmiechu, choć w głębi ducha poczuł wdzięczność.

- Masz rację. To moja osobista sprawa. Nie życzę sobie rozmawiać na ten temat.

Na to nikt nie odpowiedział. Wszyscy patrzyli na siebie nawzajem lub na zastawę, nie wiedząc, jak dalej pociągnąć rozmowę. Atmosfera zdawała się niełatwa, a przedłużające się milczenie niczego nie polepszało. Daniel najpierw pomyślał, że jest to wywołane jego wejściem i niezbyt przyjaznym powitaniem; coś jednak podpowiadało mu, że to nie o niego chodzi. Przynajmniej nie tylko. Czuł przez skórę, że tego typu niezręczna cisza nie jest tu wcale rzadkim zjawiskiem. Patrząc na tych okaleczonych, jednorękich i ciężko poparzonych ludzi, można było śmiało założyć, że niewielu spośród nich często się uśmiecha.

Wyjątek stanowiła dwójka dzieci, które cały czas bawiły tylko przy stole, nie zwracając na Daniela większej uwagi. Po prostu siedziały na przeciw siebie i machały jak szalone rękami, śmiejąc się jakby nie było jutra. Daniela zaskoczył ten spokój w obliczu tylu zestresowanych dorosłych.

- Patrzysz na Reinera i Gertę. – powiedział nagle mężczyzna bez palców. – Oboje stracili słuch w czasie zabawy na polu. Znalazły niewypalony granat i zaniosły go do domu. Ich rodzice nie widzieli co to jest, więc postanowili go rozebrać i zrobić sobie chochlę. Nie mieli pojęci, że ta rzecz może wystrzelić. A mogła, i jak najbardziej wystrzeliła. Zabiła w domu wszystkich poza tymi dwoma. Od tego czasu mieszkają tutaj i nie słyszą. Nauczyły się mówić tak, że one siebie rozumieją, ale jakoś można się z nimi dogadać, jeśli tylko się postarasz. W każdym razie nie sprawiają nam takich problemów jak zwykłe dzieci. A to duży plus, nieprawdaż?

Daniel skinął głową, chociaż nie miał pojęcia, jakie problemy sprawiają zwykłe dzieci. W osadzie maluchy trzymały się rodziców, a poza tym było ich niewiele. Większość bała się, że ich dzieci umrą, gdy będę jeszcze młode. Co zresztą zdarzało się nierzadko. W całej wiosce widział może troje takich, które zdążyły nauczyć się same chodzić. A i one nie miały łatwo.

Daniel popatrzył na siedzące przy stole małe stworzonka jeszcze raz. Choć brudne i obdarte, wydawały się cieszyć i bawić całkiem dobrze, prowadząc jakąś sobie tylko zrozumiałą grę. Choć były z kompletnie innej rzeczywistości, a do tego zachowywały się nienaturalnie cicho, bardzo przypominały te, które widywał w osadzie. Małe, lekko niezdarne, z nieproporcjonalnie dużymi główkami, zawsze wesołe i patrzące na wszystko dookoła tak, jakby cały świat był jedną wielką zagadką. Widać, każde małe dziecko było w jakimś małym stopniu takie samo.

- Wydają się bardzo wesołe, jak na sieroty.

- To było dawno. Nie można wiecznie pamiętać o zranieniach.

Serce Daniela ścisnęło się lekko, słysząc to stwierdzenie. Dobór słów jego towarzysza zapewne był po prostu niefortunny, ale i tak go to zabolało.

- Pewnie masz rację – westchnął. - W końcu trzeba zapomnieć.

- Zazwyczaj, tak.

Daniel zamrugał, zdziwiony. Chciał zapytać mężczyznę, co ma na myśli, gdy nagle w sali pojawiła się Erina, niosąc w dłoniach duży półmisek, pełen parującej strawy.

Daniel chciał podejść do dziewczyny i jej pomóc, jednak jeden z jego sąsiadów złapał go za bark i pokręcił głową. Daniel w lot pojął aluzję. Erina radzi sobie sama.

Po kilku zaskakująco pewnych krokach, dziewczyna podeszła do stołu i położyła jedzenie na samym środku blatu. Wyglądało to tak, jakby całą trasę wyćwiczoną na pamięć, przechodząc ją już tysiące razy.

Zresztą, może tak właśnie było?

Daniel podał swoją miskę i otrzymał ją z powrotem pełną niezbyt apetycznie wyglądającej czarnej papki, o konsystencji wyjątkowo gęstego błota. Ze środka wystawało kilka grzybów i liści, których nie potrafił rozpoznać. Zapach był jednak przyjemny, postanowił więc zaryzykować i nabrał nieco na łyżkę.

Po jego ustach rozszedł się nienajgorszy, kwaśno-słony smak. Wymęczony organizm wściekle domagał się od niego pożywienia, zjadł więc jedną, potem drugą, następnie kolejną porcję. Jadł szybko i w milczeniu, starając się nie rozglądać dookoła. Na szczęście gdy pojawiło się jedzenie, ludzie szybko stracili nim zainteresowanie.

- Zapewne zastanawiasz się, skąd mamy to jedzenie? - zapytał mężczyzna z jedną ręką, gdy skończył już swoją porcję. - Recepturę na tą potrawę zna tylko Erina, ale to głównie jagody, grzyby, chleb i kilka jajek, ofiarowanych nam przez miejscowych.

Daniel nie odpowiedział. Pochodzenie jego strawy tak naprawdę niezbyt go obchodziło, chciał tylko zjeść w spokoju. Mężczyzna się tym nie przejmował.

- Żyć w takim miejscu nie jest łatwo, ale przyzwyczaisz się. Roboty nam tu nie brakuje. Za jakiś miesiąc, gdy będziesz już mógł porządnie chodzić…

- Nie zostanę tu miesiąc. - Uciął nagle Daniel. – Wkrótce wyruszam.

- Co?! - Krzyknęła kobieta, która wcześniej uciszyła jednorękiego. - Chłopcze dokąd ty chcesz iść w takim stanie?!

- Przed siebie. Wciąż mam swoje obowiązki.

Wszyscy zamilkli. Daniel nie powiedział tego wprost, ale jasnym było, jakie obowiązki miał na myśli.

- Obiecałeś przecież, że zostaniesz, aż do końca się wykurujesz! – stwierdził Azail.

- Tak też mam zamiar zrobić. Mogę już chodzić, więc za jakieś pięć, sześć dni powinienem być gotów, żeby wyruszyć. Może nawet szybciej.

- Chyba ci rozum odjęło! - krzyknął jednoręki jegomość - Nie ma mowy! Nie pozwolę żebyś tułał się sam, ranny po świecie, próbując się zabić! Nie po to dajemy ci nasze jedzenie, żebyś zmarnował się na…

- Jeśli żal ci jedzenia, mogę odejść już. - Przerwał mu Daniel. - Wystarczy słowo, jeśli wam zawadzam. A jeśli chcecie pomóc, tydzień to i tak dłużej, niż powinienem tu zostać. I nie liczcie, że zrezygnuję z czegokolwiek na waszą rzecz. Wziąłem co mi daliście tylko dlatego, że nie miałem jak odmówić.

- Ofiarowaliśmy ci tyle rzeczy! Jesteś nam winien…

- Nie jestem wam nic winien! Nie prosiłem was o pomoc, a wy nie musieliście mi jej udzielać, jeśli liczyliście, że będę wam płacił. Podjąłem już swoją decyzję, a teraz ją egzekwuję. Powinniście byli zawczasu wiedzieć, kim jestem, skoro zrobiłem, co zrobiłem. A jeśli uważacie mnie za niewdzięcznika, możecie wyrzucić mnie i teraz. W innym wypadku, proszę was o sześć dni i spokój. Mogę na to liczyć?

Biesiadnicy patrzyli na siebie nawzajem, ale nikt nie odpowiedział.

- Dobrze. Udam się więc teraz do pokoju. Muszę odpocząć. Dobra robota Erino. To niesamowite, ile tkwi w tobie talentu.

Daniel odszedł, z wyraźnym trudem wspinając się na schody. Na większości twarzy malowało się zmartwienie, Azail był jednak zaskakująco spokojny.

- Spokojnie - szepnął do wszystkich teatralnie. - Jeszcze zmieni zdanie. Na pewno.

Nie mówił tego wcale, by dodać im otuchy. Faktyczne w to wierzysz.

Czas miał pokazać, czy słusznie.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania