Poprzednie częściKrwawy szlak, prolog  

Krwawy szlak, rozdział pierwszy: Plama Krwi

Ten dzień zaczynał się jak wszystkie, nie zapowiadając niczego nowego. Jak co dzień, Mark wstał wraz ze słońcem, podnosząc się ze starego, zdezelowamego materaca, który ocaleńcy targali ze sobą specjalnie dla niego, jako specjalny honor dla człowieka-smoka. Doceniał ich chęci, ale nie obchodziły go zbytnio ani materac, ani żadne inne skromne honory, jakimi próbowali go zasypywać. Traktowali go niemal jak boga, jednak niezbyt mu to odpowiadało. Ale co miał zrobić? Jeśli chcieli go czcić, to czcili, a on nie miał jak tego zmienić.

Wstanąwszy i umywszy się w stojącej na środku polany misce z wodą (też będącą w brudnej jak obora osadzie dobrem luksusowym), usiadł i zaczął wpatrywać się we wschodzące słońce. Zastępywało mu to modlitwę, którą niegdyś odprawiał każdego ranka, nim wraz z miliardami ludzi umarła jego wiara. Od tego czasu modlił się tylko do siebie, pozostały w nim jednak stare, teraz już czcze nawyki.

Po kilku minutach takiego rozmyślania wstał, i trącając Daniela w ramię, wybudził go ze snu. Ten także się podniósł, i wpatrując się w swojego posiwiałego nauczyciela z ukrywanym wyrzutem za wczesne obudzenie go, wziął do ręki stary i lekko przerdzewiały, ale wciąż ostry i śmiertelnie niebezpieczny miecz, którego każdego dnia używał w porannym sparingu. Daniel wprawdzie na przestrzeni lat zmężniał i nabrał wprawy w szermierce, ale nigdy nie potrafił pokonać Marka. Każda ich walka od blisko dwóch lat zawsze kończyła się tak samo. Mark, choć uzbrojony najczęściej w kij lub prymitywną mini kuszę i nóż, zawsze pokonywał Daniela, nie ważne ile razy by się nie ścierali. Jego uczeń naprawdę zazdrościł mu zdolności, nigdy jednak nie mówił, jak irytujące są dla niego te treningi. Jedynie zaciskał zęby i liczył, że następnym razem pójdzie lepiej.

Tym razem jednak lepiej nie było. Walka trwała jak zawsze długo, ale jak zawsze zwycięzcom był w niej Mark, tym razem dzięki fincie i szybkim ataku z dołu.

Daniel po przegranej potyczce nigdy nic nie mówił, odchodził jedynie do swoich rzeczy, by w spokoju pogodzić się z porażką i przygotować się do kolejnego dnia podróży do nikąd.

Po kilku minutach od ich pojedynku pozostali członkowie obozu również budzili się ze snu, i powoli zaczynali zwijać obóz. Nie minęło kilka godzin, a złożony z około setki dusz pochód znów ruszał przed siebie, nie mając żadnego celu ani planu. Na początku wydawało się to Markowi irytujące, ale teraz było mu już wszystko jedno. Przecież i tak nie miał dokąd iść, więc co za różnica w którą stronę się kierują? Cały świat jest martwy po równo, gdzie by więc nie poszedł czeka go to samo. Tak więc szli przed siebie. Przecież to równie dobre co każda inna droga.

Przygotowania do wymarszu, jak i kolejne godziny pochodu również zawsze wyglądały tak samo. Ludzie pakowali co mieli, wkładali nielicznym, a dokładniej pięciu koniom uzdy, by je prowadzić, a potem pakowali co się dało na niewielką przyczepę, którą to pięć koni i kilku ludzi ciągnęło na samym końcu pochodu. Mark początkowo obawiał się, czy inne grupy ocalałych go nie napadną, ale po sprawdzeniu zawartości wozu, szybko zrozumiał, że nie ma powodu do obaw. Tego co się tam znajdowało i tak nikt nie chciałby rabować. Tym bardziej, że przez dwa lata drogi łącznie spotkali pięć osób, które bynajmniej nie były skore do potyczek.

Aż do południa całe około stuosobowe zbiorowisko szło niestrudzenie zniszczonej, ledwo trzymającej się kupy autostradzie, aż do momentu, kiedy na horyzoncie zamajaczył odległy świetlny refleks. Widząc to wszyscy na tyle zdrowi na umyśle, by zrozumieć co się dzieje, zaklnęli pod nosem. Binna natychmiast zaczęła poszukiwać innej drogi, ale niestety, dookoła nich znajdowało się jedynie ogromne górskie pasmo, którego nie można było ani obejść, ani przebrnąć, a powrót nie wchodził w grę - na terenach które opuścili zjedli wszystko co było do zjedzenia, a nie mieli dużych zapasów. Mogli więc iść tylko do przodu. Przez pierwsze kilka kilometrów czarodziejka miała jeszcze nadzieję, że refleks światła jest tylko złudzeniem optycznym, lecz gdy podeszli bliżej, nie mogło być już żadnych wątpliwości. Rozciągający się przed nimi gigantyczny grzyb grubej antybakteriologicznej folii, opatrzonej setkami oznaczeń o kwarantannie i zagrożeniu biologicznym był już na tyle bliski, że nie można było łudzić się, że to jakakolwiek pomyłka. Widząc nową sytuację Mark, Daniel, a także kilku innych ludzi zbliżyło się do Binny, by omówić ich nieciekawą sytuację.

-Nie wygląda to dobrze. - zaczął Mark. - Myślisz, że damy radę przez nią przejść?

-Nie ma szans - odparła bez zastanowienia Binna. - Nawet przejście na około jest zbyt ryzykowne, a co dopiero środkiem. Moglibyśmy posłać przodem konie i sprawdzić czy przeżyją, ale nie chcę ryzykować straty zwierząt. Tym bardziej, że zajęłoby to zbyt wiele czasu.

-O czym wy mówicie? - spytał kompletnie nie rozumiejący tej wymiany zdań Daniel. - Ten materiał nie wydaje się zbyt twardy, cokolwiek siedzi w tym gnieździe nie może być dla nas niebezpieczne skoro nie może go przebić. Czemu nie możemy tam wejść?

Mark zamyślił się na chwilę, zastanawiając się, jak stosunkowo krótko i zrozumiale wytłumaczyć mu, czym była broń biologiczna.

-Widzisz, to gniazdo zostało wytworzone nie przez żadne potwory, a ludzi, którzy starali się odciąć od świata zewnętrznego innych ludzi, celowo zarażonych przez żołnierzy innego kraju specjalnym wirusem, mającym zabić wszystkich mieszkańców państwa. Wirus prawdopodobnie zaraził wszystkich w mieście , a odpowiednie siły postawiły ten klosz, żeby uniemożliwić przedostanie się go dalej. Teraz najprawdopodobniej wewnątrz nie ma już niczego żywego, ale odpowiedzialne za chorobę mikroby na pewno wciąż tam żyją. Nie mamy jednak pewności co do tego, czy kopuła przez lata pozostała szczelna, więc podejście choćby na obrzeża klosza może skończyć się dla nas katastrofą.

Daniel zamyślił się na chwilę, słysząc wypowiedź Marka. Zawsze chętnie słuchał opowieści o dawnym świecie, nigdy jednak nie potrafił zrozumieć okrucieństwa, jakim nieraz darzyli się wzajemnie ludzie. Wiedział, że musiał być jakiś powód, dla którego działy się tego typu rzeczy, ale nigdy nie potrafił wymyślić żadnej sytuacji wymagającej zamordowania kilkuset ludzi, a co dopiero zarażenia całego miasta. Uznał jednak, że po prostu inne czasy wymagają innych środków.

-No dobrze, a więc co teraz zrobimy? - spytał Daniel

-Sugeruję coś takiego: - odparła Binna - Dookoła miasta prawdopodobnie znajdują się drogi kolejowe lub autostrady, a to oznacza równy, łatwy do przejścia teren. Trzeba jedynie ustalić, gdzie konkretnie się one znajdują i czy są bezpieczne, a następnie przejść nimi. Dlatego wyślemy dwie grupy, jedną na zachód i jedną na wschód od miasta. Mark, ty wraz z kilkoma ludźmi, których zaraz ci wskaże, pojedziecie konno i sprawdzicie teren na wschód od nas. To samo, choć niestety na piechotę, na zachodzie zrobi Odrin – wskazała na jedną z innych osób w otaczającego ją tłumku. - Poszukajcie autostrad i innych ewentualnych przejść, a potem wróćcie tutaj. Do tego czasu rozbijemy tu obóz. Każe ludziom poszukać jakiejś dodatkowej żywności, ale raczej nie liczyłabym na zbyt wiele na tej równinie.

-W porządku. - Przytaknął Mark. - Rozdziel ludzi, a ja i Daniel pójdziemy oporządzić konie.

Po tych słowach, oddalił się i podszedł do dwójki parobków, którzy służyli za stajennych. Na jego nieszczęście, ci dwaj należeli do tych kompletnie szalonych przybłęd, którzy stanowili główną część ich zbiorowiska. Byli oni właśnie zajęci dłubaniem kamieniami w ziemi i obserwowanie z tępym śmiechem reakcji przerażonych mrówek. Mark bez większego żalu przerwał ich zabawę zabierając im kamienie, i spojrzał prosto w ich zasmarkane, nieprzytomne oblicza.

-GDZIE. SĄ. K O N I E? - spytał powoli i bardzo wyraźne, starając się przy tym patrzeć prosto w tego szaleńca, który wydawał się trochę bardziej zainteresowany. Niestety jednak, obaj spojrzeli na niego bez krzty zrozumienia, i jedynie otworzyli szerzej usta, z których pociekła odrobina śliny.

-KO-NIE. Gdzie są konie? - spróbował jeszcze raz, i tym razem bez żadnego skutku. Zdenerwowany zaczął pokazywać dwójce charakterystyczne dla jazdy konnej gesty, oni jednak jedynie roześmiali się jak kretyni, myśląc zapewne, że to jakiś wspaniały żart. Mark, wciągnął głośno powietrze.

-Ludzie kurwa, chcę koni!!! Konie do cholery!! - krzyknął na nich, choć wiedział, że w niczym to nie pomoże, bo oni zwyczajnie nie rozumieli, co próbuje osiągnąć. Obaj kretyni faktycznie nie rozumieli, za to wyraźnie zauważyli jego złość i zgodnie skulili się w sobie, jak gdyby obawiali się pobicia. Mark westchnął z niemal rozpaczą w oczach, nie mając pojęcia jak zmusić ich do kooperacji. Dopiero wtedy usłyszał za swoimi plecami ciche uderzenie języka o podniebienie, na które obaj stajenni szybko poderwali się na nogi i spojrzeli w stronę źródła dźwięku. Okazał się nim być Daniel, który krótkimi gestami imitującymi końską jazdę i parsknięciem zdawał się trafić w sposób rozumienia wariatów, który na samą komendę "daj" polecieli by przyprowadzić rumaki.

-Mój herosie - westchnął Mark, gdy tylko odeszli. - Jakim cudem ty się z nimi dogadujesz?

-To proste. Po prostu nie bądź zbyt precyzyjny, mów wyraźnie i rób dużo gestów. Przecież ci tłumaczyłem. - Odparł Daniel, w duchu dumny jak paw z tego, ze przewyższył w czymkolwiek swojego idola.

-Tłumaczyłeś, tłumaczyłeś, ale jakoś nic z tego nie wynika. Nie wiem jak tobie się to udaje, ale ja po prostu nie umiem rozmawiać z głupszym od siebie. Już w czasach cywilizacji kiepsko mi to wychodziło.

Daniel chciał coś odpowiedzieć, ale ich koniuszy wrócili z piątką zwierząt, z których dwójka miała nawet na sobie siodła. Tak samo Mark jak i Daniel zgodnie wybrali te osiodłane i wsiedli na zwierzęta, kierując się z powrotem do Binny. Tam dołączyli do nich kolejni trzej kompani i cała piątka wyruszyła przed siebie.

Mark nigdy nie widział niczego ciekawego w koniach. Jazda na tych wielkich, brudnych zwierzętach zdawała mu się niewygodna i skomplikowana, a ciągłe trzęsienie się końskich grzbietów przyprawiało go o bóle i mdłości. Daniela wręcz przeciwnie. Choć jechali ledwie szybkim kłusem, chłopak zdawał się kipieć ze szczęścia sunąc na grzbiecie zwierzęta. Kochał jazdę jazdę konną równie mocno jak same zwierzęta, i nawet przy najwolniejszej jeździe zdawało mu się, że lata, a nie jedzie na grzbiecie potężnego, białego wierzchowca, a nie starej, wymęczonej szkapy. Kochał wyobrażać sobie jeżdżące konno postacie z niezliczonych książek, które zdobył w wielu minionych w drodze bibliotekach i sklepach, a które dzięki mozolnym lekcja Marka na powrót nauczył się czytać.

Jazda zajęła im raptem kilkanaście minut, zanim za jednym z zakrętów ich oczom ukazała się szeroka dolina, którą cała setka z łatwością mogłaby przejść razem z wozem. Była to bardzo dobra wiadomość, Mark jednak nie poczuł się wcale zbyt wesoły. Miał złe przeczucia, a znajome swędzenie pod łuskowatą skórą, którą Binna tyle lat temu przeszczepiła mu ze smoczego ciała, tylko go w nich utwierdzało. Nie czuł go często, ale nigdy nie zwiastowało niczego dobrego.

-Znaleźliśmy przejście. - Usłyszał za sobą głos jednego ze swoich towarzyszy. Odwrócił się i zobaczył wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyznę w średnim wieku. Nie znał go bliżej, tak jak zresztą żadnego z mieszkańców ich małej społeczności, ale wiedział, że ma na imię Dante i że jest bystrą osobą i całkiem dobrym wojownikiem, co tylko potwierdzała jego obecność tutaj. Wprawdzie niezbyt obchodziły go takie niuanse, ale w tak małej społeczności po prostu nie dało się kogoś nie znać. - Zawracamy i donosimy o tym Pani Binnie?

-Jeszcze nie - Odparł po chwili zastanowienia Mark. Sprawdźmy, czy dalej na pewno jest bezpiecznie. Dopiero gdy będziemy mieć całkowitą pewność, że sto osób może tędy bezproblemowo przejść, wrócimy i doniesiemy o sytuacji Binnie.

Dante skinął głową i gestem nakazał pozostałym podążać za nimi. Jechali jednak tylko krótką chwilę, nim z pierwszy z grupy mężczyzna nagle gwałtownie zawrócił swą szkapę i zdławionym, pełnym zaskoczenia głosem wykrzyknął do pozostałych:

-Ludzie! Oddział wojska na horyzoncie!!!

W pierwszej chwili, słysząc to nikt nie chciał zbytnio wierzyć własnym uszom, myśląc przesłyszał się, lub że stojący na czele Bonhart, (bo tak zwał się ów jegomość) zwyczajnie robi sobie żarty. Dopiero gdy każdy podjechał bliżej i na własne oczy zobaczył, że tuż za zakrętem stoi grupa około dwudziestu konnych, ubranych w mundury, stojących w okręgu wokół sporego ogniska i do tego uzbrojonych w groźnie wyglądającą broń, powoli zaczęto dopuszczać do siebie tę niemożliwą informację.

-Ludzie – powiedział ktoś ze szczęką otwartą na niemal całą szerokość. – Cholera, tam naprawdę stacjonują jakieś osoby. Cała grupa.

-Przecież przez ostatnie pięć lat tułaczki spotkaliśmy z dwudziestu obdartusów, jakim cudem tam stoi cały uzbrojony szwadron? – Dodał odkrywca zbiorowiska.

-Mniejsza dlaczego tam stoi, większa co z tym faktem zrobimy. –odrzekł Dante. – Mark, ty tu dowodzisz, co chcesz zrobić z tym fenomenem?

Mark zamyślił się na chwilę. Spotkanie żywych ludzi na tym, czy zresztą na jakimkolwiek terenie zdawało się samo w sobie cudem, a do tego będących nieźle zorganizowaną i z tego co widział militarną grupą kompletnym żartem. Jednak oni faktycznie tam byli i być może oznaczali wsparcie i potężnego sojusznika. A być może śmierć i szabrowanie zwłok. Mark nie był pewien co zrobić. Możliwość kontaktu była kusząca, ale ryzyko…

Niestety, nim Mark zdążył skończyć swoje rozważania, decyzja zdążyła podjąć się za niego. Grupa jeźdźców o których tak rozmawiali zdążyła zauważyć ich obecność, i widząc ich ponownie wsiedli na koń, po czym podjechała powoli w stronę tamtej piątki. Za rozkazem Marka, wszyscy naciągnęli kaptury na oczy lub kołnierze za usta, by takim kamuflażem maksymalnie zakryć łuski na ciele ich dowódcy, które teraz zaczęły go też swędzieć jeszcze gorzej niż kiedykolwiek. Potwornie żałował, że gruby smoczy pancerz nie daje się podrapać kruchymi, ludzkimi paznokciami.

Konni zbliżali się szybko, a im bliżej byli, tym bardziej rósł niepokój, dający się wyczuć po obu stronach. Cała piątka natychmiast odnotowała, że wierzchowce tamtej grupy są dobrze odżywione i stoją w idealnie równym szeregu, zaś ich jeźdźcy mają niemal identyczne, choć dosyć znoszone i połatane stroje. Do tego przy pasie wszystkich wisiały długie pałki lub wcale nie krótsze miecze, po których co poniektórzy wodzili już palcami. Wielu spośród nich dopełniało wizerunku zawieszoną na plecach sporą kuszą, przy której prowizoryczna broń Marka zdawała się dziecinną zabawką. Wystające spod ubrań blizny i kwadratowe wręcz mięśnie kazały sądzić, że nie jeden raz mieli okazje korzystać z tego arsenału.

Obie grupy jeźdźców spojrzały na siebie nawzajem. Nastała cisza. Po chwili z obcego oddziału wyszedł jeden z żołnierzy, lepiej od innych odziany starszy mężczyzna z brązową, mocno pomarszczoną skórą i kompletnie łysą czaszką, i omiótł całą piątkę inteligentnym spojrzeniem starych, orzechowych oczu, nic jednak przy tym nie mówiąc. Dopiero po chwili Mark zrozumiał, że oczekuje że on przemówi pierwszy.

-Witajcie. - rzekł, po czym zaciął się na chwilę. Po krótkim zebraniu myśli kontynuował, lecz ze zdenerwowania robił między zdaniami dłuższe przerwy i gubił sylaby.– Jestem Mark. Nie chcemy z wami walczyć. Jesteśmy jedynie grupą... grupą ludzi, którzy chcieliby tędy przejść. Nie zamierzamy sprawiać wam kłopotu. Za nami idzie kolejna setka podobnych do nas, ale nie szukamy zwady i na pewno nie będziemy się nikomu naprzykrzać. My jedynie szukamy drogi do obejścia miasta, na które zrzucono niegdyś broń biologiczną. Wrócimy do dowództwa, a potem tędy przejdziemy, wy zaś idźcie swoją drogą. Wasze interesy to nie nasza sprawa.

-Rozumiem. - odparł po chwili ciszy mężczyzna siedzący na koniu. Jego głos wydawał się cichy i bez życia, przywodził na myśl wyschnięte drewno. - Mnie na imię Wisenhert. Niestety obawiam się, że nie możemy na to pozwolić. Widzicie, za tą granicą, zaczyna się nasz teren, i jeżeli zamierzacie na niego wstąpić, musicie zapłacić cło.

-"Wasz teren?" - Mark na tą wiadomość bardzo wysoko uniósł brwi. – To znaczy?

-To znaczy, ze wszystko od Gryfich Klifów, przy których obecnie rozmawiamy, aż do oddalonej trzydzieści kilometrów stąd Wielkiej Pustyni Szklanej jest częścią mojego kraju. Zwie się on Nową Macedonią i znajduje się pod moją suwerenną, niepodzielną władzą. A jednym z praw naszego narodu jest płacenie dla władcy podatków. Ostrzegam, że kary za łamanie go nie są pobłażliwe.

Mark i pozostali bardzo długą chwilę trawili usłyszane wyznanie. Jeżeli spotkanie stojących przed nim ludzi było tylko cudem, to usłyszenie, że założyli oni państwo było dla nich równie zaskakujące jak spotkanie Boga we własnej osobie. Mark na własne szczęście potrafił jednak utrzymać nerwy na wodzy i nie okazał po sobie olbrzymiego zdziwienia jakie wywarło na nim to zdanie. Milczał jedynie przez moment, po czym jak gdyby nie widział w tym co usłyszał nic dziwnego, spokojnie odrzekł:

-A ileż wynosi ta opłata za przejście?

-Sto monet od osoby. Waluta nie gra roli. Sam pan rozumie, w obecnej sytuacji nie ma co się męczyć z wymianą.

-Rozumiem. Ale chyba nie macie w tym kraju zbyt wielu poddanych, czyż nie? Niewielu ludzi jeszcze żyje na tym przeklętym świecie

-Dużo, nie dużo, jak wiem? Trudno tak dokładnie ich policzyć, ale tak jeden, do dwóch tysięcy ludu. Sam pan oceń, czy to wiele.

Gdyby nie solenne postanowienie by niczemu się już nie dziwić, ta wiadomość zapewne zwaliłaby Marka z siodła. Ponad tysiąc ludzi to było przecież więcej niż łącznie spotkał przez ostatnie trzy lata. Mimo to jednak, z najwyższym trudem zachował pokerową twarz i ta bezbarwnie jak tylko mógł, powiedział.

-Ano rozumiem. Tak się jednak składa, że nie mam ze sobą pieniędzy. Nie wiem skąd wy się urwaliście, ale u nas już dawno nie mają one żadnej wartości.

Na to stwierdzenie po stronie anonimowych jeźdźców rozbrzmiały podszyte wyższością chichoty.

-Rozumiem więc, że państwo są dzicy? To dość niefortunnie. Z reguły dla tych, którzy nie znają tak podstawowych mechanizmów jak handel, lub nie potrafią uszanować autorytarnej władzy, w ogóle nie ma miejsca w naszym zacnym kraju. Jednak rozmowa z panem zdaje się sugerować, że nie jesteście do cna nierozgarnięci. To skłania mnie do uczynienia wyjątku. Zgodzę się przepuścić i was i waszych przyjaciół, jeżeli dobijemy targu na drodze handlu wymiennego.

Zapadło ponure milczenie, gdy Mark rozważał te propozycję. Możliwości były trzy: płacić, walczyć lub zawracać. O trzeciej zdecydowanie nie było co myśleć, bo tereny które opuszczali nie wykarmiłyby ich nawet przez tydzień. Mógł wprawdzie wrócić potem, ale był przekonany, że ci dalej tu będą, nie ważne jak długo by zwlekał. A co gorsza, gdyby wrócili bez pozostałej setki, Wisenhert na pewno zapytałby, czemu tejże nie ma i zażyczyłby sobie, by ich przyprowadzić. A wtedy przekonałby się, że większość z nich jest co cna nierozgarnięta i kazał im odejść by umarli z głodu lub od zarazy. Kiepska perspektywa.

Podobnie niemożliwa była druga opcja – walczyć. Otaczająca ich grupa była ponad pięciokrotnie większa, lepiej uzbrojona i bez wątpienia znajdowała się w dużo lepszej strategicznie pozycji. Jedyną szansą na pokonanie ich było dotarcie do reszty grupy i ruszenie całą setką, jednak ukształtowanie terenu i uzbrojenie i tak były na ich niekorzyść. Według szacunków Marka, szansę na zwycięstwo obu stron byłyby wtedy uzależnione od ich strategii, jednak niezależnie od tego kto by wygrał, straty po obu stronach byłyby olbrzymie. A zdecydowanie wolał uniknąć olbrzymich strat. I dlatego podjął, jak uznał, najlepszą możliwą decyzję.

-Czy za zapłatę wystarczą nasze konie? - zapytał, na co pierwsze odpowiedziały pełne przemieszanej ulgi i rozczarowania westchnienia towarzyszy.

-Interesy z wami to przyjemność - odpowiedział Wisenhert, po czym strzelił w palce, co osaczeni zgodnie uznali za sygnał do zejścia z wierzchowców. W jednej chwili trzech jadących na oklep zeskoczyło z kobył. Nad ziemią pozostali jeszcze tylko powoli wyplątujący się z łęku Mark i nie mogący pogodzić się z losem Daniel, który wciąż patrzył na tego pierwszego, jakby spodziewał się, że nagle zmieni zdanie.

-A co z nim? - spytał herszt bandy, gdy Mark kończył mocować się z drugą nogą. - Dlaczego nie schodzi z konia?

-Daj mu moment. Dzieciak zawsze kochał swego zwierza, a że więcej ich nie mamy, to szkoda mu się ze swoim żegnać. Po prostu potrzebuje momentu na pożegnanie. - To mówiąc, wreszcie zeskoczył z siodła i dołączył do stojących z ciasnej grupce towarzyszy. Że wszyscy dookoła patrzą się na niego jak ciele w malowane wrota dostrzegł dopiero gdy przystanął. Że Wisenhert kompletnie stracił głowę jeszcze po sekundzie. A, że przyczyną tego jest jego kompletnie goła, ale przecież pokryta warstwą smoczych łusek głowa po jeszcze dziesięciu. I jeszcze po chwili, że podczas zeskoku z siodła z głowy spadł mu kaptur. Jednak wszystko co zdołał w związku z tym pomyśleć, to szybkie, rzeczowe "O kurwa.”

Nim zdołał wymyślił coś więcej, za swoimi plecami zobaczył już okrążającą ich konnicę. Po chwili jeźdźcy zamknęli ich już w ciasnym okręgu, jednocześnie wymownym ruchem wyszarpując ostre miecze, solidne pałki i kusze.

Otoczona piątka zgodnie chwyciła za swoją broń, ale i równie zgodnie przełknęła głośno ślinę. Otaczający ich zbóje nie dość, że mieli dotychczasowe przewagi, to teraz jeszcze przeważali nad nimi swoimi końmi. Sytuacja nie przedstawiała się kolorowo.

-Co to ma znaczyć? – spytał, nie potrafiący dłużej ukryć przerażenia Mark. – przecież zgodziliśmy się zapłacić.

-Owszem. – odparł na to niesamowicie spokojny i monotonny głos Wisenherta. – Zgodziliście się zapłacić za przejście grupy dzikusów. Ale nie pamiętam, żebyście wspominali, że któryś z nich ma na swojej skórze takie łuski. A chyba nie powiesz mi, że wyleciało ci to z głowy. To dość istotny szczegół, nie sądzisz?

-O-owszem – powiedział z pewnym trudem Mark. - To jest istotne, i powinienem ci powiedzieć, a-ale co to zmienia? Rachunek jest dalej taki sam, co nie?

-Otóż nie do końca. - Rzekł Wisenhert, po czym demonstracyjnie wręcz wyciągnął z pochwy szablę. – Widzisz, jestem człowiekiem, który nie toleruje czterech rzeczy: kłamstwa, zbędnego ryzyka, niczego, czemu nie jest w stanie przeciwdziałać i niczego, czego nie rozumie. To cztery przedmioty, których unikałem całe życie i których wykorzenieniu zawdzięczam swój kraj, bogactwo i własną armię. Bez nich byłbym nikim, rozumiesz?

Mark szybko kiwnął głową by pokazać, że owszem, rozumie.

-No właśnie – kontynuował Wisenhert - Ty tym czasem przychodzisz tu, i nie dość, że żądasz ode mnie wpuszczenia do kraju setki dzikusów, to jeszcze ukrywasz przede mną prawdę, którą jest coś, czego ani nie rozumiem, ani nie mogę temu przeciwdziałać. Jak więc myślisz, co powinienem z takim człowiekiem zrobić, by nie dopuścić do niepotrzebnego ryzyka?

-Kazać mu się wynieść? – powiedział ktoś z cichą nadzieją w głosie.

Wisenhert zaśmiał się kpiąco.

-Nie powiem, pomysł całkiem dobry, ale nie do końca tak załatwiamy to w Nowej Macedonii. U nas, gdy raz widać jakieś zagrożenie, to pozbywamy się go tak, by mieć pewność, że nie będzie trzeba tego powtarzać. Nie wystarczy pozbyć się jednego, trzeba także wysłać pozostałym wiadomość. Pozwól, że wytłumaczę wam, jaką.

To mówiąc, wykonał w stronę swoich ludzi niewyraźny gest dłonią, a oni natychmiast ruszyli. Wisenhert, razem z trójką lub czwórką jeźdźców natychmiast rzucił się w stronę Marka, a ten cudem zdołał uniknąć pierwszego uderzenia, po czym z desperacją doskoczył do pozostałej czwórki walczących o życie czwórki. Wszyscy tchwili ściśnięci plecami jak szczury wśród kotów. Atakowani z każdej strony rąbali i siekli jak tylko się dało, lecz nawet ogień, który sporadycznie wychodził z paszczy Marka nie zniechęcił agresorów, którzy śmiejąc się, coraz bardziej zbliżali się do stłoczonych wojowników. Okrążając ich, raz za razem bili coraz śmielej i mocniej, zmuszając do coraz bardziej desperackiej obrony. Nie trwało to długo nim w końcu jeden obrońców, mający jedynie bezużyteczne w starciu z mieczami kastety, nie zdążył się uchylić, i jego głowa napotkała okutą żelazem pałkę. Nim pozostali to zauważyli, w szczelinę wpadło już dwóch jeźdźców, w jednej chwili zabijając jednego człowieka, a drugiego zmuszając do ucieczki. Mark otoczony zewsząd wrogiem, spodziewał się gradu uderzeń, lecz ten nie nastąpił. Zamiast tego, poczuł linę. Linę oplecioną wokół jego wokół gardła, mającą drugi koniec w ręce jadącego na koniu Wisenherta. Już po chwili zrozumiał o co chodzi, lecz nic nie mógł zrobić. Poczuł tylko jak lina się napręża, i już po chwili łapiąc się za gardło leciał już za koniem, szorując ciałem po ziemi. Ostatnim co zobaczył, był patrzący na niego z przerażeniem w oczach Daniel, a ostatnim co usłyszał, był jego własny krzyk, nakazujący chłopcu ucieczkę. Potem była jedynie ciemność, strach, oraz niewysłowione zimno.

 

 

Daniel patrzył na śmierć Marka w kompletnym oszołomieniu, nie mogąc uwierzyć, że to naprawdę się dzieje. Choć wciąż był na koniu, miał więc jeszcze szansę ucieczki, to ani myślał wtedy o uciekaniu. Nie myślał zresztą o niczym. Na krótki, trwający może sekundę moment, świat wokół niego zdawał się zniknąć. Nie czuł strachu, nie czuł bólu, nie obchodziła go zbliżająca się śmierć. Istniała tylko martwa, gasnącą twarz jego nauczyciela. Nie mógł uwierzyć w to, że Mark, jego mentor, najbliższy przyjaciel i niemalże ojciec w ogóle mógł umrzeć. To co zobaczył sprawiło, że przestał czuć cokolwiek. Ogarnięty niesamowitym bólem, depresją i szaleństwem, desperacko rzucił się przed siebie, jak oszalały wywijając mieczem i bezmyślnie przedzierając się do martwego ciała Marka, jakby nie rozumiał, że nic nie może mu już pomóc. Zapewne zginąłby wtedy, gdyby nie ostatni z ocalałych; który myśląc, że to po niego jedzie chłopak, wskoczył on jego na konia, zręcznym ruchem zabrał mu lejce i szybko wycofał szkapę spośród gąszczu jeźdźców, po czym na złamanie karku pomknął przed siebie. Pozostali jeźdźcy zaraz ściągnęli lejce i ruszyli za nimi w pogoń.

Strach przed śmiercią nie tylko na ludziach robi spore wrażenie. Także rachityczna szkapa z drużyny Marka, teraz przerażona i otumaniona odorem śmierci, nagle była w stanie pędzić z olbrzymią prędkością, której konie Wisenherta, mimo znacznie lepszej kondycji, nijak nie mogły się równać. Niestety, ci zbrodniarze i na to mieli oni gotowy sposób. Może i ich konie były wolniejsze od tego, którego ścigali, to nie można było tego samego powiedzieć o bełtach, które z łatwością dogoniły uciekinierów. Powietrze przeszył świst lecących ładunków, a następnie ohydny chrzęst, gdy kawałki drewna wbiły się kolejno w plecy Daniela, potem w jego ramię, a na koniec głęboko przebiły jego pośladek. Chłopak zdążył jeszcze przez czerwoną mgłę zobaczyć własne obozowisko, oraz jeszcze kilka bełtów w ciele swojego towarzysza broni, nim pociemniały z bólu zsunął się i spadł z siodła, lądując prosto we wszechogarniającą ciemność.

Średnia ocena: 4.8  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Anonim 04.04.2017
    chyba trzeba krzyczeć, żeby ktoś zauważył.
    naprawdę tego nienawidzę, albowiem każdy zasługuje choćby na jedno słowo uwagi.
    ot, zwykły przejaw człowieczeństwa w plastikowym świecie.
    nie kasuj tekstów. daj im się zakorzenić, ktoś zauważy, ktoś na pewno.
  • Abbadon 08.04.2017
    Słucham? Jeżeli chodzi o następny kawałek, to skasowałem go tylko dlatego, że to był ten sam tekst wstawiony przez moją pomyłkę dwukrotnie.
  • Kamikadze dwa lata temu
    Ciekawa narracja. Świat przedstawiony i charakteryzacja bohaterów już mi się podoba, a to dopiero początek :)
  • Nefer 2 miesiące temu
    Lubię fantasy, to zajrzałem. Ciekawa kreacja świata postakatastroficznego, wartka akcja, kilka interesujących pomysłów. Przeczytam ciąg dalszy, żeby zobaczyć jak to wszystko się rozwinie. Strona językowa niezła, nie widać większych błędów. Trochę lepsza korekta by się przydała, ale w tej materii zawsze coś da się poprawić. Podobnie jak i w sprawie stylu (np.akapit opisujący wyruszenie patrolu oraz stosunek bohaterów do koni - powtarzają się tam nieustannie słowa "jazda" i "jeździć").
    Pozdrawiam

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania