Krwawy szlak, rozdział czwarty: Początek Drogi

W poprzednich częściach:

W pełnym magii post apokaliptycznym świecie, oddział zwiadowczy pewnej wioski napotyka dziwnego mężczyznę, imieniem Wisenhert, który oświadcza, że założył własny kraj, którego jest królem. Między grupami wywiązuje się walka, w której giną wszyscy z grupy zwiadowczej, poza dwójką, która ucieka do wioski. Wśród ofiar walk jest ojciec Daniela, młodego chłopaka, który też był w grupie zwiadowczej. Dlatego decyduje się pomścić utraconego członka rodziny. Wkrótce jednak okazuje się, że przywódczyni osady zdecydowała się pójść z nim na ugodę. Jednak chłopak nie ma zamiaru tak tego zostawić

 

Już następnego dnia, Daniel zdecydował się opuścić swoje schronienie. Miejscowy medyk stanowczo mu to odradzał, on jednak nie miał zamiaru marnować czasu. Chciał rozejrzeć się po okolicy i zobaczyć, jak wygląda ich sytuacja, oraz jak daleko są w stanie zawędrować. Wiedział, że im szybciej to zrobi, tym szybciej wyruszą, a nie miał zamiaru marnować choćby chwili. Ich cel już teraz miał kilkanaście dni przewagi, a pełna mobilizacja na pewno zajmie kilka dni. Dlatego musiał to zrobić jak najszybciej.

Zaraz po opuszczeniu pomieszczenia, w którym spędził ostatnie kilkanaście dni uderzyła go bijąca w oczy jasność i potężny przypływ świeżego powietrza. Po tak długim czasie w zamkniętym, dusznym mieszkaniu było to dla niego niczym cud. Mimo, że solennie obiecał sobie nie marnować choćby sekundy, nie mógł powstrzymać się przed daniem sobie kilku krótkich chwil na odetchnięcie pełną piersią i zachwyt cudownym, słonecznym ciepłem.

Dopiero po kilku sekundach trwania w tej pozycji, gdy jego oczy przyzwyczaiły się już do potężnego słonecznego blasku, wyszedł by rozejrzeć się po okolicy. Już kilka minut spaceru dały mu dość jasny pogląd na obecną sytuację.

Znajdowali się w czymś na kształt sporej farmy, umiejscowionej na obrzeżach niegdyś wielkiego miasta. Około pięćdziesięciu tutejszych mieszkańców żyło w nawet nieźle zachowanej, bo ani nie skażonej, ani nie grożących rychłym zawaleniem eks-fabryce, które dawniej produkowały zapewne kawę lub czekoladę, co wydedukował po olbrzymich zapasach czarnych ziaren, obecnie służących za paszę dla zwierząt. Te trzymano w znajdujących się kawałek dalej w głąb miasta resztkach małej willi, zapewne należącej do szefa wspomnianej fabryki, której basen i spory ogród świetnie nadawał się do trzymania koni, świń i baranów. Poza tymi dwoma budynkami, wszystkie pozostałe stały puste. A przynajmniej było tak przed ich przybyciem, bo teraz mieszkanie znaleźli w nich ci spośród jego współtowarzyszy, którzy nie mieli zamiaru socjalizować się z mieszkańcami.

Po krótkim spacerze, gdy dowiedział się już wszystkiego co niezbędne, ruszył w stronę fabryki, gdzie chciał porozmawiać z tutejszym wodzem o wsparciu dla ich wyprawy w postaci prowiantu lub dodatkowych wierzchowców. Wprawdzie nie orientował się jeszcze, kto jest rzeczonym wodzem, wierzył jednak że jeżeli pociągnie za kilka języków to łatwo uda mu się go znaleźć. W końcu nie miałby po co się chować, a w przekonaniu Daniela każdy mieszkaniec tego pseudo kraju chętnie oddałby i duszę w zamian za głowę jego samozwańczego dyktatora.

Niestety, gdy po krótkim spacerze doszedł do wcześniej wspomnianej fabryki, z pewną niechęcią uświadomił sobie, że tuż przy wejściu do niej stoi Binna, a wraz z nią jakiś mężczyzna. Daniel, wciąż mając w pamięci wczorajszy incydent, miał teraz szczerą ochotę odwrócić się na pięcie i uciec jak najdalej, by nie musieć znosić niezręczności tej sytuacji, jednak poczucie obowiązku nie dawało mu zawrócić. Obiecał sobie przecież, że nie straci ani minuty, a ta konfrontacja musiała nastąpić tak czy inaczej. Skoro nie mógł więc uciec od rozmowy na temat decyzji Binny, musiał stawić jej czoła tak szybko, jak tylko mógł. Dlatego też, mimo rosnącego zdenerwowania podszedł do rzeczonej pary i starając się opanować drżenie ciała, spojrzał prosto w oczy kobiety. Przez chwilę nic nie mówił, czekając aż ona przestanie udawać, że go nie widzi, i spojrzy wreszcie na niego. Zrobiła to dopiero po bardzo długiej chwili.

-Binna? – powiedział Daniel, głosem człowieka oczekującego wyjaśnień. Chciał coś dodać, ale struny głosowe okazywały mu zaledwie umiarkowane posłuszeństwo, pozwolił więc by ton jego głosu przemówił za niego.

-Słucham. - odparła Binna. Starała się, by jej głos brzmiał obojętnie, ale Daniel widział napięcie niemal tryskające z jej twarzy. Zadziałało to na niego dość ośmielająco.

-Chciałbym porozmawiać z tobą o twojej decyzji. Co Dante miał na myśli, mówiąc że poszłaś na układ z Wisenhertem? Jaki to był układ? I dlaczego się na niego zgodziłaś?

Jego pytania na krótką chwilę zawisło w ciszy. Binna z pozoru spokojnie trawiła słowa Daniela, nic przy tym nie mówiąc. Minęła jeszcze dłuższa chwila, zanim tak chłodno i wyrachowanie jak tylko potrafiła, rzekła:

-To nie jest coś, o czym łatwo mi mówić. Tym bardziej, że to długa historia. Lepiej więc będzie jeżeli porozmawiamy o niej siedząc.

-W takim razie zapraszam do mnie - odpowiedział anonimowy towarzysz Binny. Był grubawym, niskim mężczyzną w starszym wieku, i mimo, że teraz był w pełni poważny, jego głos i postawa zdradzały u niego osobowość wesołka. Otworzył małe metalowe drzwi prowadzące do hali produkcyjnej i wskazał im kolejne na samym jej końcu. Weszli do środka i przeszli przez rząd małych wysepek, składających się z przedzielonych jedynie liniami z koców lub sznurów miniobozów, w których gdzieniegdzie tłoczyły się małe cztero lub pięcioosobowe grupki. Te wysepki wyraźnie służyły głównie za miejsce do przechowywania co ważniejszych rzeczy i snu, podczas gdy resztę czasu spędzano poza tymi nimi. Dzieliło to teren na dwa oddzielne heksy: jeden służący do snu, drugi za coś na kształt wieloosobowego pokoju dziennego. Znajdował się tam nawet stół w postaci taśmy produkcyjnej, zastawiony półmiskami z jedzeniem, z których każdy brał wedle uznania.

"Wesołek" przeszedł przez całą halę wymieniając kilka powitań i zaprosił Daniela wraz z Binną za kolejne drzwi, nad którymi widniał ledwo już widoczny, odrapany napis "kantyna", teraz zasłonięty dodatkowo wyschniętym napisem "wódz".

W środku, jak się okazało znajdował się odrapany jednoosobowy pokoik, zaopatrzony w małe, lekko tylko zdezelowane dwuosobowe łóżko, kilka pożółkłych obrazów lub plakatów, przenośna kuchenka, okno z paroma bujnymi roślinami w obtłuczonych doniczkach, oraz kilka rozlatujących się krzeseł wokół wykonanego z jasnego, lakierowanego drewna stołu, na którym leżała mapa, kilka książek i prawie kompletny zestaw szachów.

Pokój ten zrobił na Danielu niemałe wrażenie, jednak nie miał czasu ani ochoty na podziwianie bardzo ekskluzywnych jak na warunki sprzętów i ozdób. Bardziej interesowała go teraz historia Binny.

Ta zaś właśnie siadała przy stole, i z niemałym napięciem bawiła się puklem jasnych włosów, wystających spod jej wiecznie podniesionego kaptura. Gdy wszyscy już usiedli, wbiły się w nią dwie pary wyczekujących oczu. Wywołało to kolejną długą, pełną napięcia chwilę ciszy, po której kobieta nie widząc już żadnego sposobu na zwłokę, wreszcie zaczęła swoją historię:

-To było jeszcze tego samego dnia, kiedy wy GO spotkaliście. Tuż po tym, co spotkało wasz oddział. Żołnierze Wisenherta szybko zaniechali gonitwy, a wy dojechaliście do nas na koniu, obaj już nieprzytomni. Gdy tylko zobaczyłam w jakim stanie się znajdujecie, z miejsca wiedziałam, że nawet gdybym zużyła całą moją energię, nie przeżylibyście nawet dziesięciu godzin. Oczywiście próbowałam uratować was mimo to, ale na nic się to nie zdawało. Obrażenia które otrzymaliście były po prostu zbyt poważne, a moja wiedza o medycynie zbyt mała, by cokolwiek zdziałać. Potrzebowaliście pomocy prawdziwego lekarza. A skoro drugi zwiad już wrócił i nie znalazł nic, jedyną nadzieją by was uratować było przejście na drugą stronę przełęczy. Dlatego wpakowaliśmy was na wózek i przeszliśmy tam, skąd wy nadeszliście.

Binna przerwała na moment, licząc na jakiś komentarz Daniela. On jednak nie komentował.

-Wisenherta – ciągnęła dalej. - spotkałam w tym samym miejscu co wy, niedługo po tym, jak zrobił co zrobił. Wiem, że to było to samo miejsce, bo oni wciąż jeszcze chodzili wokół trupów, ujeżdżali konie i ściągali z ludzi wszystko co się dało. Okropny widok.

-I Dlaczego ich wtedy nie zaatakowałaś? -przerwał jej w tym momencie Daniel. Mimo, że obiecał sobie nie osądzać jej pochopnie, w jego głosie obok spokojnej lodowatości, dało się jasno słyszeć oskarżenie. - Przecież była was równa setka, a ich około dwudziestu. Mieliście przewagę jednego na pięciu, i mimo to nie zaatakowałaś?

-Teraz jest nas już tylko dziewięćdziesięciu siedmiu. - odrzekła z lekkim wyrzutem w głosie. - A gdybym walczyła wtedy, zostałoby nas znacznie mniej.

-I dlatego odeszłaś z podkulonym ogonem? – nie ustępował Daniel. Binna gdy to usłyszała, była wyraźnie oburzona.

-Wolałbyś, żebym straciła i was i nie wiadomo ilu jeszcze? Czy ty oszalałeś?

-Ja oszalałem? – głos Daniela niemal przerodził się w krzyk. - To ty pozwoliłaś, żeby setka ludzi poddało się dwudziestce! To byli mordercy Binna! Oni zabili Marka!

-Więc chciałeś, żeby zabili jeszcze więcej ludzi?!

-Tak!! – Daniel w końcu nie wytrzymał do reszty i wybuchnął. – Chciałbym, żeby zginęło znacznie więcej ludzi!!! Chciałem żeby pozdychali wszyscy do cholery!!! Przecież każda bitwa oznacza ofiary, prawda! Ale gdybyś stanęła z nimi do walki, oni zniknęliby z tego świata na zawsze! A wtedy nikt więcej by nie zginął, rozumiesz?!! NIKT!!! Ale ty uciekłaś z podkulonym ogonem i przez to te szczury dalej jeżdżą po świecie! Chcesz bronić setki ludzi, ale teraz zginie ich niezliczenie wiecęj! A to przez ciebie! Przez twoje tchórzostwo!

-Przecież zrobiłam to by cie chronić, niewdzięczny fiucie!

-A kto powiedział, że chcę ochrony?!

-Więc wolałbyś się tam wykrwawić na śmierć?!

-Żebyś wiedziała! Też też tego chcę, dziwko!

Nagle oboje zamilkli. Binna przez stwierdzenie, że jej przyjaciel chciałby umrzeć, Daniel przez nazwanie jej dziwką. Stwierdzenia o pragnieniu śmierci wcale nie żałował, za to nigdy wcześniej nie wyraził się tak o nikim, a na pewno nie o swojej przybranej matce. Dlatego ta matka wzięła bardzo, bardzo głęboki oddech, i spojrzała na Daniela jednocześnie ze współczuciem, zawodem i lodowatą nienawiścią. Daniel jakoś wytrzymał to spojrzenie.

-Owszem, było nas więcej. To prawda. Ale to jego ludzie mieli przewagę Daniel, nie my. Oni przeważali nad nami sprzętem, wyszkoleniem, znajomością terenu, pozycją i zapewne jeszcze pod wieloma innymi względami. Oni na pierwszy rzut oka byli wyszkoloną jednostką, a my bandą obdartusów z dwójką rannych na wozie. Walka z nimi nie miałaby sensu. Nie miałaby wtedy i nie ma teraz, rozumiesz? Jedynie sprawiłaby, że wszyscy byśmy zginęli.

Przez chwilę Daniel nic nie mówił. Nie wiedział, co ma na to odpowiedzieć, więc siedział i trawił to, co usłyszał. Obaj trawili. Teraz, gdy się uspokoił i spojrzał na to z tej perspektywy, Binna zdawała się mieć rację. Nawet w dużej grupie, nie mieli przeciw Wisenhertowi nazbyt przekonujących szans. Mimo to nie zrezygnował z projektu zemsty za to co się stało, jednak nie wiedział, jak odeprzeć to co ona powiedziała. Jej argument był zbyt pewny. Dlatego siedział w ciszy jeszcze przez chwilę, po czym postanowił najpierw poznać resztę historii, a potem znaleźć sposób na zemstę. Tak więc zapytał wreszcie o to, co od początku najbardziej go nurtowało.

-W takim razie... Co zrobiłaś?

-Dałam im to, czego zażądali. – odparła Binna, nagle dziwnie bezbarwnym głosem. - Chcieli podatku za przejście, cła. A ja, nie mając innego wyjścia zgodziłam się je zapłacić. Rzecz jasna nie mieliśmy żadnych pieniędzy, więc zapłaciliśmy mu przedmiotami. Przeszli przez nasz obóz i zabrali wszystko co miało choćby najmniejszą wartość. Ukryłam twój miecz pod twoim ciałem, i namówiłam, by was nie przeszukali, ze względu na wasz zły stan, więc nie znaleźli tej broni. Ale resztę broni wzięli. Tak samo jak biżuterię, którą kobiety miały na sobie, książki, ostatniego konia, resztkę zapasów jedzenia, namioty, wszystko. Zastawili tylko wóz, żeby nie męczyć rannych. Ale na tym się nie skończyło. Jestem pewna, że to, co mu daliśmy wystarczyło za zapłatę cła dokądkolwiek, jednak On wciąż jeszcze nie chciał nas przepuścić. Chciał nas upokorzyć, złamać, upewnić, że nie stawimy mu oporu. Dlatego kazał zabrać także ubrania, które mieliśmy na sobie. Zabrał je wszystkim, który nie byli ranni. Także mnie. Dopiero wtedy pozwolił nam przejść, ostentacyjnie patrząc na naszą kolumnę. Nigdy nie czułam się równie pokonana.

W porównaniu do nastroju, jaki zapanował, gdy Binna zakończyła swą opowieść, cisza która trwała wcześniej, zdawała się być brazylijskim karnawałem. Daniel pierwszy raz w całym swym życiu widział taki wyraz twarzy u Binny. Emanowało z niej poczucie bycia pokonaną. Upokorzoną. Gdy na nią patrzył, nie wierząc własnym oczom spostrzegł, że z jej oczu odrywają się pojedyncze łzy. Chciała to ukryć, ale i tak to widział. Nie wiedział co powiedzieć. Nigdy wcześniej nie był w podobnej sytuacji.

A tym czasem Binna, choć na granicy załamania, dalej ciągnęła swoją historię.

-Potem przynieśliśmy was aż tutaj. Dopiero w tej wiosce ktoś potrafił ci pomóc. Ludzie którzy tu mieszkają zlitowali się też nad nami, dali nam nowe ubrania, jedzenie, odstąpili też miejsca do zamieszkania. I to wszystko. Tak dochodzimy do chwili obecnej. Oto jak wygląda nasze położenie.

Daniel czuł, że to co zaraz powie sprawi, że sam siebie znienawidzi. A mimo to nie chciał nawet przemyśleć przemilczenie owych pomysłów. Gdy przed oczami stawała mu twarz Marka w ostatnim momencie życia, blado-szara t, o zgasłych, łzawiących oczach i desperacko łapiących powietrze ustach, natychmiast znikały z niego wszelkie wątpliwości. Zebrał się w sobie i ciężkim ze strachu głosem przemówił:

-A więc... Kiedy wyruszamy w pogoń?

Binna spojrzała na niego wzrokiem, tak pełnym zdziwienia, jak gdyby właśnie została uderzona piorunem. Nic jednak nie powiedziała, więc Daniel kontynuował.

-A więc? Mamy już kilkanaście dni straty, a on jest coraz dalej. Każda stracona chwila tylko nas od niego oddala.

-Ale Daniel... Przecież on... - wykrztusiła kobieta, po czym znowu umilkła, sama nie wiedząc co próbowała powiedzieć.

-On co? - ponownie odparł chłopak, czując, jak wzbiera w nim ten sam gniew, jaki trawił go wczoraj. Dobrze rozumiał, że wściekając się na nią zachowuje się niczym ostatni cham, ale nic nie mógł na to poradzić. Po prostu nie potrafił inaczej - On ma broń? On zna teren? On jest dowódcą? On ma odwagę, której nam brakuje? Ma świadomość, że jesteśmy zbyt słabi by go ścigać? Owszem. Ma to wszystko. Ale wiesz, co jeszcze ma? Głowę mojego ojca, przytroczoną do siodła i sumienie zbrukane krwią naszych ludzi. Ich krwią i ich godnością. A to nie jest coś, co wolno mi darować. Wiem co przeszłaś, oraz wiem jak trudna jest nasza sytuacja, naprawdę. Jednak nie mogę tak tego zostawić. Mogę zginąć, ale muszę tam iść. To mój obowiązek Binna. Obowiązek wobec Marka i reszty. A teraz także obowiązek wobec ciebie.

-Daniel. Przecież to szaleństwo.

-Szaleństwo?! –niemalże wykrzyknął to słowo. Wiedział, że musi się uspokoić, ale nie panował już nad nerwami. W obliczu wspomnienia duszonego przyjaciela, wszelkie argumenty traciły sens. – Nie, to nie szaleństwo. Powiem ci, co jest szaleństwem. Szaleństwem jest patrzeć ja najbliższą ci osobę wieszają za szyje jak rannego konia, a potem siedzieć na dupie, zostać w resztkach fabryki i paść świnie, albo włócz się jak zwierzę donikąd, gdy ma się jasny cel. Szaleństwem jest uciekać od tego, bez czego i tak nie ma po co żyć. Szaleństwem jest kulić ze strachu przed tymi, którzy nie zasługują nawet na to, by ich opluć. Jeżeli jednak ktoś jest zbyt słaby, by nawet w chwili gdy ktoś taki stoi tuż przed nim, zaatakować go, dobrze. Niech zostanie tu i szaleje do woli. Ja jednak nie zamierzam. Ja mam swoją godność Binna. Mam honor. To jedyna rzecz jakiej nikt mi nie odebrał, i nie pozwolę, by ten skurwiel był pierwszy. Dlatego ruszę za nim, zabiję go i odbiorę to, co należy do mnie. Albo zginę próbując. I nieważne czy pójdę tam z tobą, czy całkowicie sam.

Umilkł. Binnna przez kosmiczne długą chwilę trawiła jego słowa, potem jednak z doskonale udawanym spokojem odrzekła:

-Przykro mi Daniel, ale nie mogę. Mam zbyt wiele do stracenia. Nie możemy ich pokonać, a już i tak dość straciliśmy.

Daniel powoli podniósł wzrok i spojrzał na nią swoimi zbolałymi, pełnymi gniewu oczami. Oczami, które nie należały już dłużej do dziecka.

-Rozumiem. W takim razie dziękuję za całą twoją pomoc. I za poświęcenie, jakim wykazałaś się, by utrzymać mnie przy życiu. Niestety na marne, jak się okazuje. Do zobaczenia. Oby. - to mówiąc, wciąż pełen gniewu wstał, z zamiarem skierowania się w stronę drzwi. Powstrzymała go jednak opadająca na bark dłoń mężczyzny, który cały ten czas siedział tuż obok niego. On i Daniel spojrzeli sobie w oczy. Ten pierwszy skinął głową na miejsce, gdzie chłopak jeszcze przed chwilą siedział, dając mu do zrozumienia, że ma je zająć z powrotem. Zrobił to, a wtedy mężczyzna po raz pierwszy odkąd weszli do pomieszczenia przemówił.

-Binno, uważam, że powinnaś pozwolić mu iść. I pójść razem z nim.

-A-ale Adam... Ale…

- Ale nie możecie go pokonać, wiem. Rozumiem, czemu tak myślisz, wiedz jednak, że to nieprawda. On wcale nie jest taki, jak go malujesz. Albo raczej jak on sam się maluje. Dałaś mu się oszukać. Wisenhert kocha gadać, jaki to wielki nie jest on i jego oddział, jak wspaniałe stworzył państwo i jak olbrzymią ma władzę, ale wszystko tylko bujda. Dym w oczy, którym chce wszystkich omamić. Rzeczywistość wcale nie jest taka niesamowita, jak wydała wam się przy pierwszym spotkaniu. Tam, gdzie on pokazał wam elitarną, w pełni oddaną jednostkę, w rzeczywistości jest tylko kilku siepaczy, którzy może i kochają gnębić słabszych, ale nawet nie stanęliby do walki przeciw równym czy silniejszym. Wiem, że pozory mylą, ale w rzeczywistości na widok waszej armii połowa z nich uciekłaby w popłochu, gwarantuje ci. Z reguły zresztą nawet nie jest ich nawet aż tylu, bo jego ludzie nigdy nie towarzyszą mu przez cały czas. To tylko tymczasowi rekruci, którzy odchodzą od niego gdy oddala się od ich wiosek. Z reguły jest ich więc tylko sześciu albo siedmiu, wybieranych na ochotnika spośród ludności wiosek. Czasem ci ochotnicy są przymusowi, jeżeli nikt nie chce się stawić.

-W takim razie, dlaczego my spotkaliśmy ich aż tylu? Jestem pewien, że zaatakowała nas jakaś dwudziestka.

-Widzisz, te tereny nie są dla niego zbyt przyjazne. Dawniej, nim stał się władcą, nie kochaliśmy go tu zbytnio. Dlatego długo, oraz bardzo zaciekle odmawialiśmy płacenia bandyckiego myta, które pobiera, co owocowało wielu walkami. Między innymi powstaniem w sąsiedniej wiosce sprzed dwóch lat, które on krwawo stłumił. Albo zamachem stanu w tej, sprzed trzech. Często z nim walczymy, więc nie czuje się tu bezpiecznie. Dlatego zaczął brać więcej ludzi, by móc utrzymywać nas w ryzach. Nie mam pojęcia skąd wziął ich aż tylu. Musiał chyba zaprząc do siebie całą północ, jeżeli naprawdę było ich aż dwudziestu.

-Więc twierdzisz, że możemy pokonać władcę tego kraju? – spytała Binna

Tak. Zresztą, bardzo trudno jest także nazwać to miejsce krajem. Wisenhert mówi, że nim rządzi, że zbiera podatki, przywrócił pieniądz i zarządza krajem, w rzeczywistości jednak jego "Nowa Macedonia" to jedynie kilka niezależnych polis, takich jak moje, które przez większość czasu mają go w głębokim poważaniu. On wcale nie może ustanowić żadnego faktycznego prawa, bo wiele wiosek zainteresowanie jego osobą przejawia dopiero gdy przyjeżdża, by pozabierać nam trochę ciężko zapracowanych plonów i zwierząt, a potem przewieść je do swojego domu, będącego w jego mniemaniu stolicą. Robi tak co jakieś sześć miesięcy. I zabiera niemało. Dobrze, że mamy te blaszki i papierki, które przyjmuje zamiast zwierząt, bo inaczej pomarlibyśmy z głodu. A właściwie, to mówienie o przywróceniu pieniądza to kolejna półprawda. Choć faktycznie ich używamy, to są one jedynie kolejnym ogniwem handlu wymiennego, jako przedmiot służący do spławiania naszego „władcy.” Rwie sobie przez to włosy z głowy, ale nic nie może poradzić. Tak jak w wielu innych sprawach. Bo on wcale nie ma władzy o jakiej mówi. Nowa Macedonia to ułuda, Binna. Ułuda na którą sam dał się nabrać, a potem nabrał, ciebie i wielu innych. Patrzysz na mały oddział i widzisz armię, patrzysz na obdartusa i widzisz króla. Ale to kłamstwo. On wcale nie jest większym władcą ode mnie czy od ciebie. Możesz go pokonać. Możesz i musisz spróbować. Opowiadałaś mi o swoich losach, i jasno wynika z nich, że wcale nie jesteś od niego słabsza. Też stworzyłaś swoje minipaństwo, też posiadasz potężnych wojowników i masz olbrzymią władzę. Nawet większą niż on, bo twoi ludzie zawsze są przy tobie i naprawdę w ciebie wierzą. Takich jak ty, zdolnych powalić tego człowieka jest tu zresztą wielu. Po prostu nikt w to nie wierzy, bo okrucieństwem i terrorem wbił im do łbów, że jest półbogiem. A przecież jest tylko człowiekiem. Przecież on krwawi, tak jak my do cholery!

Daniel z uwagą słuchał każdego słowa mężczyzny, czując jak nadzieja wypełnia mu serce. Gdy ten skończył, poczuł, że musi coś dodać. Wstał i podnosząc głos przemówił:

-On ma rację. Możemy to zrobić. Musimy. Ty musisz, Binna. Dla dobra tych, którzy zginęli, i tych którzy tak chcą ich pomścić. Inaczej nie będziesz mogła dłużej nazywać się niczyją królową.

Binna słuchała ich obu szeroko rozwartymi, wciąż czerwonymi od łez oczami, w których Daniel wyraźnie widział powracający blask. Poczuł, że wygrał pierwsze starcie na długiej drodze do zwycięstwa nad swoim nowym wrogiem, gdy zobaczył Binnę hardo podnoszącą głowę i mówiącą:

-Zgoda. Pojedziemy za nim. Najpierw jednak, by go złapać musimy ustalić, gdzie jest. Znasz jego położenie?

Wódz wioski na to pytanie rozprostował leżącą na stole mapę. Przedstawiała ona od południa: naprawdę topornie narysowaną górę, przez którą przeszli, ich wioskę u jej stóp, zniszczone miasto kawałek nad za nią, pasmo wyżyn, mała półpustynię, stolicę, oraz gęsty las, a za nim olbrzymią czarna plamę ze znakiem zanieczyszczenia radioaktywnego, podpisaną jako „Wielka Pustynia Szklana.” Na mapie znajdowała się około dziesięciu gniazd potworów, kilka bagien, oraz długa rzeka, kończąca terytorium kraju od wschodu. Wszystko to było niczym plamami ospy usłane dziesiątkami krzywych domków, mającymi symbolizować wioski. Adam odchrząknął i rzekł:

-Nie mam pewności, gdzie aktualnie przebywa. Wprawdzie jestem pewien, że jeździ właśnie po okolicy i zbiera daniny, nie wiem jednak, w której części okolicy dokładnie się znajduje. Mogę na pewno powiedzieć tylko tyle, że przez następne kilka miesięcy będzie kluczył po całym kraju od wsi do wsi, co da wam możliwość dogonienia go. Potem na miesiąc zatrzyma się w stolicy - wskazał punkt na samym środku mapy. - a następnie ponownie wyruszy. Robi to regularnie.

-A więc wiemy że gdzieś jest, ale nie wiemy gdzie. Słabo. Nie ma żadnego sposobu na ustalenie tego dokładniej?

Adam zamyślił się na moment, pocierając palcami dłoni podbródek. Potem wskazał na mapie fragment daleko wysunięty na zachód, kawałek za czerwoną linią oznaczająca koniec terytorium kraju.

-Tutaj. W tej wioseczce mieszka gypsa. Może wam pomóc, jednak to spory kawałek drogi. Spory i cholernie niebezpieczny.

-Gypsa? - powtórzył zaskoczonym głosem Daniel. - co to takiego, kobieta, która widzi przyszłość?

-Nie przyszłość, a przeszłość. Gypsy to natchnione kobiety, zdolne do zobaczenia tego co było, z najmniejszymi szczegółami, niezależnie ani od tego gdzie, ani kiedy się stało. Wprawdzie zaglądanie w bardzo odległe czasy, lub dowiadywanie się tego, co ktoś chce ukryć jest dla nich niebezpieczne, ale Wisenhert zawsze jeździ podobna trasą, i raczej wątpię by starał się ją ukrywać. Tak wiec ustalenie jaką drogę obrał powinno być w jej mocy.

-A co znaczą te znaki naokoło tego wioski? – Daniel wskazał na sporą liczbę spirali dookoła rysunku chatki

-To siedliska potworów. – odparł Adam. Wioska w której mieszka ta kobieta znajduje się na bagnach, gęsto zamieszkanych przez potwory. Tak gęsto, że nawet Wisenhert zrezygnował z traktowania jej jak części swojego terytorium. Dlatego nie oczyścił tego terenu.

Daniel z lekkim niedowierzaniem spojrzał najpierw na to miejsce, a potem na całą mapę. Poza bagnami, prawie nie było na niej spirali.

-A co z resztą siedlisk? – zapytał – przecież dotąd spotykaliśmy jakieś potwory co trzeci dzień, a tutaj nie widzę żadnych.

-No… Wisenhert zabił resztę potworów – przyznał mężczyzna z ociąganiem. – uważa pozbywanie się ich za swój obowiązek, by zapewnić innym bezpieczeństwo.

Daniel nie za bardzo rozumiał to, co usłyszał. Kompletnie nie pasowało do reszty wizerunku tego mężczyzny, jaki miał w głowie. Teraz jednak nie miał czasu by o tym pomyśleć.

-No dobrze, a co z bronią? - zabrała głos Binna. - Zabrano nam wszystko co mieliśmy, a pójście na niego z łomami i kamieniami w skarpetkach to wciąż szaleństwo.

-W takim razie polecam wam to miejsce - tym razem wskazał domek na północny wschód od chatki gypsy, tym razem na szczęście bliżej prawdopodobnego miejsca pobytu ich celu. – To cos w rodzaju małej manufaktury kowalskiej. Zaopatruje ona głównie Wisenherta, ale nie stroni od żadnej szansy zarobku. Nie wiem jednak, jak im zapłacicie.

-Nad tym zastanowimy się później. – odpowiedział Daniel - A na razie nasz plan wygląda tak: idziemy tu, rozmawiamy z gypsą, potem tu i załatwiamy trochę broni, a na koniec odnajdujemy Wisenherta i ucinamy mu ten jego parszywy łeb. – swoboda z jaką to powiedział, była z lekka niepokojąca- Skoro więc mamy plan, czas wcielić go życie. Jakiego możesz udzielić nam wsparcia?

Wódz spojrzał na niego zdziwiony

-Wsparcia?

-Prowiantu, broni, jakiś koni, sam rozumiesz. Nie możemy ruszyć na kogoś takiego bez jedzenia i sprzętu.

Mężczyzna przez chwilę patrzył na niego z wyrazem twarzy świadczącym o autentycznym zdziwieniu, potem jednak najwyraźniej przyznał mu w duchu rację, bo powiedział:

-Cztery kury, dwa prosięta, kilka chlebów i tyle kakaowca, ile tylko chcecie. Możecie też wziąć wszystko co znajdziecie w zgliszczach miasta.

Daniel uśmiechnął się i podziękował, po czym odwrócił się i już chciał ruszyć za Binną, która zdążyła wyjść już z pomieszczenia, gdy Adam ponownie chwycił jego ramię.

-Jednak zanim wyruszysz, musisz zapamiętać jedno. Nie każdy w tym kraju jest po naszej stronie.

-Co? - spytał chłopak szczerze zaskoczony. - Co masz na myśli?

-To, że nie wszyscy są przeciw Wisenhertowi. Mówiłem o jego zbrodniach przy Binnie, bo tu, na północy, bardzo zależy nam na jego śmierci. I mogę przyrzec, że wcale nie przekoloryzowałem. Jednak Na południu postrzegają go inaczej. Niektórzy cieszą się, że mają kogoś, kto zapewnia im bezpieczeństwo, siekając bandytów i zabijając potwory. Inni cieszą się, bo wierzą, że rządy jednego króla oznaczają lepszą przyszłość.

-Co? - spytał otępiały Daniel. Myśl, że ktoś taki jak Wisenhert mógł mieć jakichkolwiek zwolenników zdawała się w ogóle nie docierać do jego jaźni.

-Zdarzało się także, że leczył chorych, lub karmił dotkniętych nieurodzajem. Ten człowiek jest okrutny i samolubny, ale dba o swoich. Ma dwie twarze. I choć większości dał jedynie ból i straty, to wśród wielu którzy go nienawidzą, znajdzie się i kilku którzy zawdzięczają mu życie. Dlatego nie wszędzie powinieneś wprost przyznawać się do swoich zamiarów.

Daniel skinął głową i wyszedł, lekko otępiały. Ostanie słowa jakie usłyszał nadęły go lekką niepewnością, nie zamierzał jednak rezygnować z tego co postanowił. Wspomnienia jego straty były zbyt świeże, by cokolwiek mogło go powstrzymać, i wciąż zamierzał dokonać swojej zemsty. Spojrzał w twarz czekającej na niego przed halą Binnie, i po raz pierwszy w życiu poczuł, że jest coś, co MUSI zrobić.

-Pomszczę cię Mark, przyrzekam. - szepnął sam do siebie, i ruszył ku przyjaciółce. Przed nim wciąż było niesamowicie długa droga.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania